jeudi 7 mars 2013

Time to see the light

Właśnie minęło pół roku odkąd mieszkam we Francji. To niby tylko 6 miesięcy, ale przez te 6 miesięcy zdarzyło się tyle, że sama czasami w to nie wierzę.

Właśnie mebluję moje własne mieszkanie. Kuchnie mam już praktycznie wyposażoną. Pod koniec miesiąca może kupię dwuosobowe łóżko. W mieszkaniu pachnie jaśminem, który uwielbiam. Sąsiad ma mi zrobić półki. Moja pierwsza zastawa stołowa jest biała.

Rano budzi mnie słońce, które wpada przez okno wychodzące na wschód. Przewracam się na drugi bok, do ściany i wtulam się w poduszkę, która pachnie tak znajomo... Kiedy decyduję się wstać, jest już koło południa. Leniwie przeciągam się w łóżku i patrzę jak słońce spaceruje po mojej kuchni. W końcu wstaję i tostuję 3 brioszki. Jedną jem z konfiturą, drugą z miodem, a trzecią albo samą, albo z nutellą. Do tego herbata owocowa albo kakao.

Za jakiś czas zaadoptuję kota. Czarnego. Będziemy obserwować słońce w kuchni razem.

Ale zanim to nastąpi, czekam na obiecaną wycieczkę do Wersalu. Miałam pojechać tam sama, ale Ch. nalegał żebym poczekała aż wróci z Pirenejów. Poczekam. Skoro czekałam 5 miesięcy na 3 słowa, to 7 dni mnie nie zbawi.

Ktoś mi kiedyś powiedział: Les choses se font, si elles doivent se faire.
A ja dodam jeszcze: Le hasard n'existe pas. C’était écrit.