lundi 29 avril 2013

Najlepsza przyjaciółka.

W końcu udało mi się ją znaleźć i tym razem jestem pewna, że to przyjaźń na całe życie. Może jeszcze za wcześnie by o tym mówić, bo poznałyśmy się w ubiegły piątek, a dziś zobaczyłyśmy się drugi raz, ale już rozumiemy się bez słów. Zaproponowałam jej nawet wspólne mieszkanie!
Moja nowa najlepsza przyjaciółka jest Chinką. Śliczna blondynka o szarych oczach. Jest spokojna, cicha i bardzo pojemna. Bierze wszystko, co jej daję. I nie przestaje się śmiać!
Czekałam na nią całe życie...
Jedyne, co mogę jej zarzucić to jej cena: 270€... Chociaż jej opiekun i tak dał mi niezły rabat: 90€. Pierwotna cena wynosiła: 360€. Nie mogę więc narzekać.
Ale i tak nie jest to wygórowana cena jak za nową pralkę.
Nigdy nie musiałam martwić się o ten sprzęt w domu. Zawsze, w magiczny sposób, był. Nie rozumiałam też tego parcia na pralkę. No bo zawsze była... Gdziekolwiek bym się nie przeprowadziła (z wyjątkiem Ile de Re), to pralka była. Zresztą to nie ja zajmowałam się praniem... Nawet nie rozwieszałam go.
A potem zamieszkałam sama w swoim własnym mieszkaniu...
I okazało się, że życie bez pralki, to prawie jak bez ręki. Każdego dnia patrzyłam jak sterta brudnych ciuchów rośnie w kącie. W końcu zorientowałam się, że zostały mi tylko 2 pary skarpetek. Czekając na zastrzyk finansowy, kupiłam miskę, żel do prania w ręku bez pocierania Génie, małą suszarkę i zaczęłam maraton namaczania, prania, płukania, wykręcania i wycierania podłogi. I tak przez 2 miesiące... No ale obok brudnych ciuchów, które starałam się prać na bieżąco, rosła sterta brudnych ręczników i pościeli... No i niby można iść do pralni, ale daleko, ale trzeba płacić... Szukałam więc czegoś okazyjnie, ale albo daleko, albo kupiona milion lat temu, albo coś nie działa... W końcu rodzice zlitowali się nade mną i postanowili przysponsorować mi sprzęt. Cała szczęśliwa udałam się do Darty na Avenue des Ternes wybrać tą jedyną kiedy miałam wolną chwilę przed korepetycjami. Okazało się, że pralko-suszarka Indesita, którą doskonale znałam z mieszkania F. mieści się w moim budżecie. Napaliłam się więc na tę pralkę dla leniwych, bo wiedziałam, że nie popsuje mi ubrań przy suszeniu. W końcu testowałam...
Mimo że w Darty dostawa jest gratis, postanowiłam kupić pralkę w sklepie w St Denis, a nie na Avenue des Ternes. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ten sam model w St Denis kosztuje dużo więcej! I że niestety nie mieści się już w moim budżecie. Grzecznie przyatakowałam sprzedawcę pytając jak to jest możliwe. Teoretycznie nie było możliwe. Stwierdziłam, że może coś źle przeczytałam skoro i na stronie i w sklepie widnieje ta sama cena. Poprosiłam więc o polecenie mi czegoś innego, może być bez suszarki, w przystępnej cenie i kolorze białym. W sumie oficjalny powód, dla którego zrezygnowałam w Indesita, to właśnie kolor. Sprzedawca polecił mi pralko-suszarkę Haier. Został zasypany pytaniami, bo nie znam tej marki, ale jego odpowiedzi na tyle mnie usatysfakcjonowały, że stwierdziłam: dobra, biorę. Gwarancję ma dwuletnią, a potem można przedłużyć za odpowiednią opłątą... Poza tym kto wie, gdzie będę za 2 lata... Co prawda jej cena miała naciągnąć porządnie mój budżet, ale czekała mnie miła niespodzianka. Sprzedawca wbijał zniżki procentowe do momentu aż na ekranie komputera nie zobaczył kwoty 270€, czyli 4€ mniej niż cena Indesita na avenue des Ternes. Innymi słowy: zapłaciłam 90€ mniej niż miałam zapłacić i oszczędziłam mój domowy budżet mieszcząc się w kieszonkowym od rodziców.
Z ciekawości, tego samego dnia, wróciłam do Darty na avenue des Ternes. Oczy mnie nie myliły: Indesit kosztował 274€...
No ale kupione, zapłacone, dostawa umówiona. Tak już miało być.
Wczoraj rano dwaj panowie wnieśli moje cudo do mieszkania pod czujnym spojrzeniem Ch. i moim, klnąc na strome schody. Wyrobili się zanim wyszłam do pracy, więc miałam jeszcze czas przyjrzeć się nowemu nabytkowi, a potem zostawiłam pralunię sam na sam z Ch.
Teraz siedzę i słucham jak rozprawia się z moimi ubraniami.
Przynajmniej nie przypomina startującego samolotu jak to było w przypadku Indesita.

dimanche 28 avril 2013

Les Decafeines.

Z cyklu: Kto dziś przybył do Creperie Beaubourg?

1/2 duetu Les Decafeines! A konkretniej Remi Deval.
Niestety nie miałam okazji obsługiwać jego i osoby, z którą przyszedł. Zdążyłam jedynie przywitać ich grzecznie w drzwiach, szybko skojarzyć znajomą gębusię z nazwiskiem, uśmiechnąć się i z mocnym niedowierzaniem prawie wykrzyknąć Bah tiens! Les Decafeines! Na szczęście nie uciekł z krzykiem. Potem zdałam sobie sprawę, że to tylko 1/2 duetu i za nim nie stoi Clement... Przy powitaniu w naszych skromnych progach towarzyszył mi Mika, który również jest fanem tego duetu. A potem zmyłam się na przerwę...
Po przerwie udało mi się trochę pokręcić się wokół stolika numer 32 i wziąć zamówienie na deser, a potem zataszczyć rachunek. Wyszło w sumie na to, że z Miką próbowaliśmy im wcisnąć kawę na siłę, ponieważ ja spytałam o to dwa razy, a Mika jeszcze przeszedł za mną i chciał im zaserwować kawę lub herbatę gratis.
Potem stwierdziliśmy z ekipą, że chyba Remi był milszy dla Miki i dla mnie, niż dla dziewczyn, które faktycznie go obsługiwały. Jednak z żaden sposób nie zaliczył się do kategorii: klient upierdliwy. Był bardzo uprzejmy, a jak już chciał zawołać kelnera to po prostu szukał kontaktu wzrokowego i uśmiechał się. Aż się chciało pracować...

A dla tych, którzy nie znają Les Decafeines...










vendredi 26 avril 2013

Sielankowo cd.

Że faceci to hipochondrycy, to wiedziałam od dawna... Jednak Ch. bije ich chyba wszystkich na głowę...

Zaczęło się od tego, że niezbyt dobrze spaliśmy... przez smsowego, pijanego natręta. Wibracje mojego telefonu podniosłyby umarłego z grobu, a co dopiero dwoje śpiących ludzi, więc kiedy rano znowu rozległo się nieznośne Wrrr, Ch. był gotów zadzwonić do natręta i powiedzieć mu, co o nim myśli. W dodatku byliśmy przekonani, że jest dopiero 7 rano.
Była 10 i tym razem natrętem okazała się Ina. Wraz z dźwiękiem smsa zostałam pozbawiona kołdry, ponieważ rozbudzony Ch. chował się przed oślepiającym słońcem. Chyba posłucham jego rad i zainwestuję w rolety.
Dla mnie 10 to jeszcze świt. Odzyskałam moją część kołdry, wtuliłam nos w jego szyję i spytałam, o której musi być w pracy. 14... Super! Już się ucieszyłam, że mam jeszcze 2 godziny słodkiego snu!
Nic podobnego...
Nie tylko Ina stwierdziła, że o 10 jesteśmy już na nogach, nasi rodzice byli tego samego zdania. W dodatku wszyscy czworo. Ledwo przysnęliśmy, zaraz rozdzwoniły się telefony. O 11 skapitulowałam i wyrzuciłam Ch. z łóżka do piekarni poprosiłam grzecznie Ch. żeby poszedł do piekarni. Sama w tym czasie wylegiwałam się w łóżku, a po telefonie Ch.: pain au chocolat ou croissant?, zwlekłam się żeby otworzyć fabrykę soku pomarańczowego. 4 piękne pomarańcze powędrowały do sokowirówki i kiedy Ch. wrócił z polowania na pain au chocolat, zastał kubek świeżego soku.


Pijąc moją porcję soku, z pięknymi pomarańczowymi wąsami rzuciłam niewinne: Tu sais, j'ai mal a la gorge...
I tu włączył się hipochondryzm Ch.
Wiesz, czasami nauczyciele, i aktorzy chyba też, tak mają, że sie blokują... Wiesz, jak mówisz, to może źle oddychasz i na początku to jest problem czysto fizyczny, ale potem możesz blokować się psychicznie. Po prostu zaufaj sobie i to przejdzie. Jesteś świetna w tym, co robisz!

Euh... Non, mon coeur, c'est juste le printemps qui me fait avoir mal a la gorge...

Ch. to ten typ faceta, który nie wychodzi z domu kiedy ma lekki katar lub kaszel. Następnego dnia ten katar lub kaszel przeradza się w zapalenie gardła/oskrzeli/zatok/płuc...

A jak już jesteśmy przy wiośnie... Dziś było u nas 32 stopnie. W cieniu. A przynajmniej to pokazywał termometr przy kościele. W każdym bądź razie było wystarczająco ciepło by wskoczyć w szorty i sandałki!



jeudi 25 avril 2013

Sielankowo.

Ch. przyjechał po mnie do Ivry-sur-Seine po korepetycjach. Ucieszyłam się, bo jeszcze nie mieliśmy okazji cieszyć się piękną wiosną razem.
Jako że był już w sumie wieczór, a ja zjadłam tylko śniadanie, postanowiłam pokazać mu moją ulubioną turecką knajpkę przy La Motte-Piquet Grenelle. Jeszcze tak się nie zdarzyło żeby osoba, którą tam przyprowadzam nie polubiła jedzenia.
Z pełnymi brzuszkami przeszliśmy się do Invalides, a potem w stronę Grand Palais. A potem przypomniałam sobie, że mam za dużo pieniędzy w portfelu i za dużo potrzeb. ;) Na szczęście Ch. przyhamował mój shoppingowy zapał i skończyło się na tenisówkach i szortach. Zresztą miałam wrażenie, że wszystkie sukienki czy spodnie są robione dla żyraf o 2 metrowych nogach...
Przy kasie narzekałam jeszcze na Rosjanki, które zachowywały się jakby je pierwszy raz do sklepu wpuszczono (na pewno pierwszy raz na Champs Elysées  i jakby pierwszy raz zobaczyły dziewczynę w wydekoltowanej bluzce. Mimo że sami z Ch. skomentowaliśmy między sobą ową dziunię (Ch: silikon, ja: push-up), to współczułam jej, że prawie 10 dziewczyn w różnym wieku (i w dresach) wpatrują się w nią jakby była wybrykiem natury, komentują jej ubiór i próbują wydekoltować się w ten sam sposób.

Po zakupach przyszła pora na wieczorowo-wiosenny relaks za teatrem Marigny. Chyba nie ma nic lepszego!
A w sumie to jest: wieczorny wspólny relaks przy dobrym filmie. :)


Pozdrawiamy z Pierrefitte.
Ch & A.

vendredi 19 avril 2013

Znalezione we FNACu.

Poniższe zeszyty/karteczki znalazłam jakiś czas temu we FNACu. Spodobał mi się pomysł i może w najbliższym czasie kupię kilka. 
Idea jest taka, że wyrywa się karteczkę i się ją wypełnia zaznaczając odpowiednie opcje, by przekonać adresata do zrobienia tego, co nadawca chce lub, by powiedzieć mu, to czego nie chce mu się powiedzieć osobiście.

Dlaczego muszę się z Tobą przespać. 

Co mnie w Tobie denerwuje.

Co musisz zrobić by mnie uszczęśliwić.

Idź do diabła.

Przepraszam (idealne dla pana Ch.)

Znalazłam też coś w rodzaju pamiętnika. Widziałam to już w grudniu, ale teraz poważnie rozważam podarowanie tego panu Ch. Może nawet bez okazji...
Idea jest taka, że na każdej stronie, każdego dnia możemy pisać dlaczego dziś myślimy o seksie, jakie mamy fantazje albo z kim i jak spaliśmy.

Moje życie erotyczne. Zeszyt do notowanie wszystkich moich lubieżnych fantazji erotycznych, fantazji szczegółowych, które przychodzą mi na myśl kiedy jestem zajęty czymś innym, spotkania, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że jestem Don Juanem, małe świńskie i dziwne sekrety... (a dalej druk jest za mały bym mogła to rozczytać ;))

Penis jest tym, co jest najlżejsze na świecie, sama myśl go podnosi.


mercredi 17 avril 2013

Les cloches de Notre Dame.

Do Paryża zawitała Aga, z którą pan Ł. i ja studiowaliśmy w Polsce. Aga obecnie mieszka w Poitiers, ale postanowiła odwiedzić nas w Mieście Świateł. A ja postanowiłam wygospodarować trochę czasu, by się z nią zobaczyć.
Zaczęliśmy od obiadu u pana Ł.: makaron z kurczakiem i szpinakiem, a do tego białe wytrawne wino. Wybrałam Chardonnay.


Po obiedzie postanowiliśmy pokazać Adze trochę Paryża. Wybór padł na wieże Notre Dame i tam właśnie się udaliśmy, ale najpierw poszpanowaliśmy na stacji. Rer D... Sama klasa. ;) W Paryżu już wiosna. Ciepło, miło i przyjemnie.

Z Panem Ł.
Z Agą.
Wdrapanie się na wieże Notre Dame było dosyć uciążliwe... Szczególnie dlatego, że zachciało mi się obcasów... Ale daliśmy radę i z niewielką zadyszką pokonaliśmy 422 stopnie w górę.





Paryż wiosną jest jeszcze bardziej zachwycający niż zwykle. Kiedy staję, tak jak dziś na wieży, i ogarniam to miasto wzrokiem, wiem, że podjęłam dobrą decyzję i nie chcę żyć nigdzie indziej.

Jeszcze raz z Panem Ł.
Chodzący zaciesz i moja wszystkomówiąca mina.
Gdzieś na Montmartre.

mardi 16 avril 2013

Drole de rencontre.

Przyznam, że myślałam, a nawet miałam nadzieję, że na tym blogu nie pojawią się już posty z cyklu: życie jak w filmie. Mieszkanko mam ładne i nudne, pan Ch. jest i mam nadzieję, że zostanie jak najdłużej, wszystko jakoś się układa w moją małą, przyjemną nawet rutynę.

Że w restauracji czasami zdarzają się rzeczy dziwne lub niezwykłe, to wiem. Ale w niedzielę nie spodziewaliśmy się, że do Creperie Beaubourg zawita polityk.
Ja polityków francuskich bardziej znam z nazwiska niż z gęby, więc nie zrozumiałam na początku dlaczego nagle moi koledzy stanęli prawie na baczność, a potem zaciągnęli mnie na zaplecze i konspiracyjnym szeptem ogłosili: To minister!
Cóż... Normalny facet nie chodzi w garniturze w niedzielę przy 26 stopniach w cieniu. ;) Spytałam od czego jest ten minister. Nie wiedzieli... Ekonomia, przemysł... Coś takiego... Ale za to zasłynął hasłem, że trzeba kupować tylko to, co jest made in France. Zaczęliśmy żartować, że w takim razie nie mogę go obsłużyć, bo jestem made in Poland. Mika też nie mógł (made in Vietnam), Sacha też nie (Serbia), Virginie ma dziwne nazwisko, Alex jest początkujący... Ale żarty żartami, ktoś musiał pójść do tego stolika... Który był w mojej zonie, ponieważ tylko ja zajmowałam się stolikami na sali. Minister poprosił o kawę i dużą szklankę wody. Dostał, co chciał z uroczym uśmiechem.
Dziś sprawdziłam kto to był. Arnaud Montebourg, minister odnowy produkcji.

Nie odetchnęłam jeszcze po niedzielnych wrażeniach, kiedy życie zaserwowało mi spotkanie trzeciego stopnia z kimś innym.
Miałam nie pisać na razie o moich projektach, ale muszę...
Cóż... Marzenie, które chcę spełnić w najbliższym czasie to nauka gry na gitarze. Po przeszukaniu internetu wzdłuż i wszerz w celu wyszukania informacji jaką gitarę warto kupić na początek, postanowiłam pofatygować się do jakiegoś sklepu muzycznego i po prostu przycisnąć sprzedawcę do ściany, a potem popróbować, co mi najbardziej podchodzi. Przeszłam się po paru sklepach, ale w żadnym nie dostałam informacji, która by mnie satysfakcjonowała. Sprzedawcy zakładali z góry, że znam się na gitarach i wiem, czy lepiej będzie mi się grało na nylonowych strunach czy na stalowych. W końcu zaszłam do małego, niepozornego sklepiku w 17 dzielnicy. Wytłumaczyłam sprzedawcy mój problem: chcę nauczyć się grać na gitarze, ale nie mam bladego pojęcia o gitarach. Chciałabym zacząć od akustyka, ale we Francji akustyki dzielą się na jakies podrodzaje i po prostu zgłupiałam. Sprzedawca (Fred) przytaknął mi i zaczął w końcu tłumaczyć po ludzku jaka jest różnica między akustykami i który byłby najlepszy dla osoby początkującej. Potem zaczął mi pokazywać gitary kolejnych firm i rozwodzić się nad gryfami. Dawno nie dostałam takie wykładu. Skupiona na tym, co mówi, nagle usłyszałam: Et toi, laquelle tu recommanderais a une débutante  Flo? Odpowiedź: Aucune de celles que tu lui montres.
Tak, za mną stał Florent Mothe.
Zarówno Fred jak i ja mieliśmy genialne miny. Fred pewnie dlatego, że ktoś właśnie zrobił mu antyreklamę, a ja... no jaką miałam mieć minę kiedy zobaczyłam przed sobą faceta, którego płyty słuchałam idąc do tego sklepu?! Oboje wydusiliśmy: pourquoi?
Florent spytał mnie czy jestem kompletną debiutantką czy już coś umiem. Powiedziałam, że jestem po prostu zielona w tym temacie, dlatego tu przyszłam. Polecił mi kupno używanej gitary, której nie będzie mi żal jak gdzieś spadnie, zerwie się struna czy coś. Poza tym gra może mi się nie spodobać, więc lepiej jak wyłożę na początek mniej kasy, a potem mogę inwestować w coś lepszego. Ale za to dobrze, że przyszłam do sklepu, to tak mogę przynajmniej popróbować czy bardziej pasują mi struny nylonowe, które są lepsze dla debiutantów, czy stalowe. No i popróbować kostki.
No dobra, ale jak mam wyczuć, czy wolę nylonowe struny czy stalowe? Florent wziął gitarę od Freda i poprosił go o inną ze stalowymi strunami, a także o różne rodzaje kostek. Potem zawołał mnie na pufy w głębi sklepu i tak zaczęła się moja pierwsza lekcja gry na gitarze.
Florent z uporem maniaka dociskał moje palce do strun ze satysfakcją stwierdzając, że miał rację, że nylonowe struny lepiej mi podejdą na początek, bo stalowych nie mogłam docisnąć za żadne skarby. Osobiście myślę, że to jest też wina tego, że jestem praworęczna i prawa ręka jest silniejsza niż lewa, więc trzymanie gryfu lewą ręką nie idzie mi najlepiej. Poradził mi też, że jakbym niechcący zakochała się w gitarze ze stalowymi strunami, mogę kupić taki specjalny spinacz. On teoretycznie służy do polepszania dźwięku, ale mi wtedy będzie łatwiej grać. Kiedy załapałam 2 pierwsze chwyty, przyszedł czas na testowanie kostek. Najlepiej sprawowała się półtwarda. Florent zdradził, że jemu też najlepiej gra się półtwardą.
Podpytałam go też jak dobrze wybrać używaną gitarę, odpowiedział, żebym nie kupowała gitar firmy Stagg i jeszcze jednej (ale zapomniałam nazwę). Cort powinna być dobra. No i żebym wystrzegała się aukcji internetowych. Podziękowałam mu za fachową radę i w podskokach udałam się do wyjścia.

A na ulicy odtańczyłam swój taniec radości.

Życie jest piękne!

lundi 15 avril 2013

Good night.

Jest już prawie 4 w nocy, a ja nadal nie śpię.
Kilka godzin temu wróciłam wyczerpana z pracy. Mieliśmy 26 stopni w cieniu, piękne słońce i ani jednej chmurki na niebie. A co za tym idzie pełny taras i masę roboty. Noc też jest na tyle ciepła, że idąc ze stacji do domu zdjęłam kurtkę.
Lubię moje niedzielno-poniedziałkowe powroty do domu. Kiedy wiem, że teraz mam 5-dniowy weekend i nigdzie mi się nie spieszy. Szczególnie po takim tygodniu jak ten ostatni, kiedy tłumaczyłam piosenki między skręcaniem mebli, korepetycjami i innymi pierdołami. Na spokojnie biorę prysznic, piję herbatę lub kieliszek wina, słucham muzyki, czytam...

Meble już skręcone, ale moje graty nadal czekają na uporządkowanie. Jestem z siebie dumna, bo nikt nie pomagał mi w złożeniu tego lego dla dorosłych i myślę już o kolejnych zakupach. Wicie mojego własnego gniazdka sprawia mi niesamowitą przyjemność.

Gdzieś w okolicach sierpnia powitam w domu nowego lokatora. Koleżanka z pracy spytała mnie czy nadal jestem chętna na kota, bo kotka jej brata akurat będzie się kocić za jakiś miesiąc. Oczywiście, że jestem chetną na sierściucha w domu!
Ale zanim to nastąpi muszę spełnić moje małe marzenie. Może nawet w przyszłym tygodniu...

Tymczasem chyba czas już iść spać...
Szkoda tylko, że druga połowa łóżka na razie zostaje pusta. Pan Ch. woli się wyspać przed pracą w przeciwieństwie do mnie... Cóż... Ja do mojego nowego łóżka jeszcze nie mogę się przyzwyczaić.

mercredi 10 avril 2013

Montmartre au printemps.

Wczoraj, korzystając z tego, że jedna z moich uczennic przełożyła zajęcia na piątek, a ja już byłam w drodze do niej, postanowiłam pocieszyć się piękną pogodą i wybrałam się na Montmartre.
To moja ulubiona dzielnica w Paryżu, ale nie bywam tam zbyt często, bo nigdy nie jest mi po drodze. Tym bardziej, że kiedy już tam jadę to uwielbiam włóczyć się po uliczkach, nie spiesząc sie absolutnie nigdzie. Tak było i tym razem. Włóczyłam się, szukałam dekoracji do domu (marzą mi się afisze lub obrazy Toulouse'a Lautreca na ścianach), robiłam zdjęcia... Chciałam ich zrobić jak najwięcej, ponieważ zazwyczaj włóczę się po malowniczym, mało turystycznym zakątku Monmartre, który za każdym razem urzeka mnie tak samo. Moje radosne cykanie zdjęć zostało przerwane kiedy zatrzymałam się przy jednych schodach i podziwiałam panoramę Paryża o zachodzie słońca. Zaraz przypałetał się jakiś facet, który próbował wyciągnąć mój numer telefonu. Spódnica przyciąga palantów jak muchy...
Natręta udało mi się spławić dopiero przed Sacre Coeur. Zeszłam po schodach żeby trochę się uspokoić i popatrzeć na mój Paryż z tej samej perspektywy co 4 lata temu. Tam z kolei dorwał mnie inny facet. Ale ten chciał tylko sobie pogadać o tym, że Paryż jest piękny. I w dodatku mówił po polsku!

Te dwa niskie budynki mieszczą się przy placu Clichy. Paradoksalnie kojarzą mi się z kabaretem, który stworzyłam w mojej sztuce: Nuit Bouffe. Który umieściłam przy placy Clichy!
Cimetiere de Montmartre.

Rue des Saules

Au lapin Agile






W grudniu zrobiłam identyczne zdjęcie, tylko wieczorem. Rue des Saules to mój ulubiony zakątek.

Un peu de soleil.

Weekend

W ubiegły weekend miałam świetny humor sponsorowany przez pana Ch. (patrz poniżej). Absolutnie nic nie było w stanie mnie wyprowadzić z równowagi. Nawet najbardziej upierdliwy klient, a było ich sporo, bo zza chmur wyszło słońce. Jednak jeden stolik zrobił nam prezent: kupił szampana za ponad 50€ i wypił tylko 1/4 (w dodatku mieszając go z sokiem pomarańczowym). Tak, to byli turyści. Cóż... Wieczorem czuliśmy się w obowiązku opróżnić pozostałe 3/4 tej butelki.
Sobota upłynęła nam pod hasłem: pytania egzystencjonalne, latające lody waniliowe i żonglowanie jajkami. Pytania zadawała Kelly. Mi się trafiło: Que tu aurais fait, si tu avais été moche? (Co byś zrobiła, gdybyś była brzydka?). Prawie rozlałam cydr, który właśnie nalewałam do dzbanka. Zaskoczyła mnie do tego stopnia, że spytałam ją czy uważa, że jestem ładna. Odpowiedziała, że tak. Więc opowiedziałam jak kiedyś ktoś wmawiał mi, że jestem brzydka.
Wieczorem w kuchni, jeden z kucharzy bawił się jajkiem. Z Vi pokazałyśmy mu żeby to jajko rozgniótł. Chciał nas nabrać, że faktycznie to robi, i nie wiem jak to zrobił, ale jajko poleciało w górę, Kanthappu próbował je złapać, ale mu się nie udało. Dawno tak nie płakałam ze śmiechu... Dopóki dwie godziny później nie zostałam zaatakowana przez lody waniliowe. Weszłam do kuchni żeby odnieść talerze na zmywak, a przed moim nosem przeleciała kulka lodów. Spojrzałam na Taję, który również był w szoku, że lody na naleśnikach mogą mieć taki poślizg.
Niedziela, oprócz butelki szampana, minęła nam pod hasłem: curry. Nasi kucharze pochodzą ze Sri Lanki, więc mamy dostęp do wszystkiego, co hinduskie. Często przygotowują sobie tradycyjne potrawy przed otworzeniem restauracji. W niedzielę Shelia przygotował kurczaka curry. Przed moją przerwą spytał mnie czy chcę spróbować. Curry lubię, a prawdziwego indyjskiego curry nigdy nie jadłam. Poza tym to miła i smaczna odskocznia od naleśników, więc kilkanaście minut później dostałam kopiasty talerz ryżu z apetycznie pachnącym kurczakiem.
Jak normalnie mój posiłek jem ok 7 minut, tak tego kurczaka męczyłam 25... Nie dlatego, że było go dużo, nie dlatego, że mi nie smakował (był pyszny). Dlatego, że był piekielnie pikantny. A podobno
to była wersja mało pikantna. Nie chcę wiedzieć jak smakuje wersja pikantna...
Potem do końca dnia czułam to curry w żoładku.

A to sponsorowało i sponsoruje mój dobry humor.  Tak, nie szczędzimy sobie czułości. ;)

mardi 9 avril 2013

Rock in chair

Czyli pierwszy solowy album Florent Mothe!
Przyznaję, że czekałam na tę płytę od dawna i z niecierpliwością.

Florent Mothe usłyszałam pierwszy raz w Mozart l'Opera Rock i wtedy najbardziej zwrócił moją uwagę. W dodatku ma piękną barwę głosu i styl, który mnie przyciąga. W swoim czasie na okrągło słuchałam L'Assasymphonie.
Po MOR słuch o nim praktycznie zaginął. Nagrał parę piosenek, wystąpił na kilku koncertach, w tym z Ycarem śpiewając cudowną Arrete. W końcu gruchnęła wiadomość, że na początku 2013 roku wyjdzie w końcu jego solowy album.

Odkąd usłyszałam Je ne sais pas, praktycznie odliczałam dni do premiery. No i tak wczoraj po powrocie z pracy, zorientowałam się, że to TEN dzień. Natychmiast udałam się na odpowiednią stronę i kupiłam album Rock in chair w wersji elektronicznej. Mam nadzieję, że sąsiedzi nie mają mi za złe, że nie dawałam im spać do 4 nad ranem.
Cóż... Nie żałuję ani centa. Płyta idealnie wpisuje się w mój gust, lekko rockowa, trochę romantyczna i ten głos... Rusza mnie jak tylko jej słucham, ładuje pozytywną energią. W dodatku zdaję sobie sprawę z tego, że wersje koncertowe są o wiele lepsze, więc aż boję się pomyśleć, co to będzie skoro każda piosenka jest już idealna.

Album Rock in chair zawiera 14 piosenek (w tym 2 bonusy):

Arrete. Piosenka, którą Florent nagrał pierwotnie z Ycarem. Na albumie pojawia się w wersji solo, ze zmienioną lekko aranżacją i słowami. Uważam, że pierwotna wersja w duecie była lepsza.
Love. Na chwilę obecną jest to piosenka, która najbardziej wpadła mi w ucho. Fajna gitara, jeszcze lepszy wokal. Słowa też fajne.
Je ne sais pas. Pierwszy singiel. Prawdę mówiąc bałam się, że cała płyta będzie tak popowa jak ta piosenka. I ze smutnymi tekstami o miłości. Na szczęście nie. Mimo że piosenkę lubię i słuchając jej miałam często deja vu, że już te słowa słyszałam z ust Ch., to uważam, że odstaje trochę od reszty albumu.
Les blessures qui ne se voient pas. Mój drugi coup de coeur po Love. Tekst, muzyka i wokal są po prostu perfekcyjne. Trochę podchodzi pod balladę, ale nie do końca. Za każdym razem, gdy słuchałam tej piosenki w rerze czy w metrze dzisiaj, zamykałam oczy i rozkoszowałam się tym, co słyszę.
Mes éléphants roses. To chyba piosenka, która najmniej mi się podoba. Mam wrażenie, że to inna wersja Song for a lunatic. Chaotyczna, rockowa, z dziwnym tekstem. Ale muszę przyznać, że refren wpada w ucho błyskawicznie: Mes éléphants roses ont de petits cul sexy.
Alleluia (C'est la crise). Kolejny smutny, romantyczny tekst. Ale tylko na początku. Piosenka bardziej wpada w ucho niż Je ne sais pas. Chociaż bardziej niż tekst przeraziły mnie cyfrowe wstawki. Utożsamiam Flo z gitarą i mieszanie electro z rock'n'rollem kompletnie mi nie pasuje.
Je roule des pouces. Mała, ale cudowna wstawka. Balladka, która tworzy fajny klimat. Szkoda, że nie jest dłuższa, bo świetnie się jej słucha. Coup de coeur.
Rocking chair. Kolejny coup de coeur. Fajnie buja w podróży i na peronie. Piosenka kompletnie w moim stylu.
Tu m'effaces. No i się doczekałam. Ballada. Smutna. W czystej teorii, płyta ma być zrównoważona i zawierać i ballady i szybsze kawałki, jednak moim zdaniem w przypadku Florent Mothe, ballady są zupełnie nie potrzebne. Sprawdza się w nich, owszem, ale wolę go w szybszych kawałkach. Piosenka sprawdza się jako kołysanka.
Astérisque. Jeszcze jeden coup de coeur. Piosenka opiera się na rytmie tekstu, a nie na muzyce, która jest po prostu tłem. Zacieram rączki przed tłumaczeniem, bo będę chciała oddać rytm tekstu, który swoją drogą jest piękny (mimo że dosyć specyficzny).
Tant de lendemains. Jeszcze jedna smutna ballada, ale zakochałam się w niej ze względu na tekst. Na razie tylko ze względu na tekst.
Open Space Circus (Tais-toi et chante). Widząc tytuł uśmiechnęłam się. A potem uśmiechałam się słuchając tej piosenki. Jest niesamowicie energetyczna. To przez nią nie spałam do 4! Teraz nawet chodzi mi nóżka... Coup de coeur.
Ma blonde et moi (Marylin). Pierwszy bonus w wersji akustycznej. Znałam tę piosenkę już wcześniej w wersji koncertowej. Tekst ma fajny, ale nie podchodzi mi muzycznie. Fajnie, że znajduje się na płycie, ale wolałabym żeby Flo wrzucił na jej miejsce Bye Bye, które absolutnie uwielbiam pod każdym względem.
Bohemian Rhapsody. Wersja akustyczna. Uwielbiam. Tyle. Piosenka mojego dzieciństwa. Uwielbiam ją zarówno w oryginale jak i w wersji Flo. Coup de coeur.

Jedyne, co mogę zarzucić Flo, to niestety współpraca z Pierrem Jaconelli (narzucona zresztą przez wytwórnię). Mam wrażenie, że Jaconelli ze wszystkimi wokalistami przerabia jedną aranżację. Po prostu leci na jedno kopyto i słyszę to niestety w niektórych piosenkach Flo jak chociażby Arrête. A szkoda, bo bez tego byłoby lepiej.


Poniżej możecie zobaczyć klip do Je ne sais pas oraz posłuchać kilku fragmentów piosenek.



jeudi 4 avril 2013

A poil.

Jakiś czas temu opowiadałam znajomemu z Niort o spektaklach, w których niedawno grałam: Chez Feydeau i Le Ponymenteur. Szczególnie skupiłam się na opisie Le Ponymenteur, ponieważ był to spektakl, któy napisaliśmy sami. Z całego opisu, mój znajomy zatrzymał się na jednej scenie, którą nazwałam Tableau 3 Le violoncelle. W tej scenie, Lucie grała obraz w muzeum, kobietę z wiolonczelą. Przewodniczka (Marie) oprowadzająca grupę, po zamknięciu muzeum wraca do tego obrazu. Kobieta w obrazie ożywa, zaczyna grać. Przewodniczka wchodzi do obrazu, zabiera kobiecie wiolonczelę, a potem maluje na jej plecach efy i gra na nich swoją melodię. W opisie tej sceny ujęłam całość troche niezręcznie, bo napisałam, że Marie rozbiera Lucie. I to właśnie słowo dało do myślenia mojemu znajomemu. Zaczął stawiać mi pytania jak aktor zachowuje się w takiej sytaucji (scena rozbierana), co się wtedy odczuwa i tak dalej...

Kiedy odpisywałam na tego maila, nie mogłam odnieść się do podobnej sytaucji z mojego życia. Pozowałam jedynie siostrze pana Ł. rok temu, ale nie była to rozbierana sesja. Na scenie jeszcze się nie rozbierałam. Lucie nie była skrępowana, ale w jej przypadku myślę, że pomagał jej fakt, że stała plecami do publiczności i w takim miejscu na scenie, że nikt nie widział jej piersi oprócz Marie, która z nią grała. Odpisując na tego maila starałam się postawić w miejscu Lu i znaleźć emocje, które towarzyszyłyby mi osobiście. No bo w końcu nie tylko mój facet oglądałby mnie nago, ale też ileś osób na widowni, pół szkoły i wszyscy nauczyciele. Po dłuższych przemyśleniach, stwierdziłam, że podeszłabym do tego, jak do każdego innego trudnego zadania, jakie przede mną stawiają. Czyli odizolowałabym moje prywatne lęki i potraktowała to jako pracę, kolejną rolę, którą muszę zagrać. Skoro umiem wyłączyć swoje prywatne myśli kiedy jestem na scenie grając La soeur, Emilie czy Henriette, to umiałabym też to zrobić zdejmując z siebie ubrania.

No ale to było ponad tydzień temu...
W ubiegły piątek spotkałam się w owym fotografem, który zaczepił mnie na Montparnasse, żeby rozeznać się w jego projektach i zobaczyć, czy mam ochotę brać w nich udział. Okazało się, że jeden z projektów (Perles) przewiduje pozowanie nago, na które oczywiście nie musiałam się zgodzić. Jednak zdjęcia innych modelek były tak piękne, że pomyślałam: czemu nie?! W dodatku oglądając zdjęcia w głowie miałam już pełno pomysłów na inne zdjęcia, niekoniecznie związane z tematyką projektów. Umówiliśmy się na sesję na tę środę (czyli na wczoraj).
Poinformowałam tylko najbliższych znajomych o charakterze tej sesji, Ch. wiedział tylko, że biorę udział w jakimś projekcie fotograficznym. Nie poinformowałam go o charakterze sesji, nie dlatego, że mu nie ufam, ale dlatego, że poprosiłam Alaina, o kilka dodatkowych zdjęć właśnie dla niego. No i tak z potrzebnymi, ewentualnymi kostiumami ruszyłam wczoraj rano na Belleville.

Sesja się udała, chociaż kilka minut w niezbyt wygodnej pozie było dosyć uporczywe. W sumie w studiu spędziłam 4 godziny. Jak się czułam pozując nago? Swobodnie. Nie myślałam o niczym (chyba, że bolały mnie plecy albo kolano. Ewentualnie było mi zimno). Nie byłam też skrępowana, ale też nie byłam tak bezpośrednia jak w towarzystwie Ch. Po prostu weszłam w rolę, tak jak na scenie. Myślę, że wyszły nam piękne zdjęcia.

W drodze do Ikei, Ch. dopytywał się jak sesja i na czym polegały te projekty. Naciskał do tego stopnia, że powiedziałam mu o nagich zdjęciach. Najpierw się zdziwił, a potem spytał tylko, czy jestem pewna, że Alain ich nie wykorzysta inaczej i czy będzie mógł je zobaczyć. Powiedziałam mu też, że kilka zdjęć zrobiłam specjalnie dla niego.
Miał minę dziecka, które właśnie dostało wymarzony prezent.

PS. Nie, nie zobaczycie mnie na stronie porno. ;) Za to pod koniec roku na wystawie.

Domowo.

Po miesiącu od przeprowadzki do Pierrefitte, mogę śmiało powiedzieć, że była to dobra decyzja. Może i mieszkam dalej i nie jest to najbardziej czarująca okolica, ale kiedy wracam do domu odnajduję potrzebny mi spokój. Miasteczko jest małe, spokojne. Pozwala mi odetchnąć od pędzącego Paryża. To taki mój mały azyl. Rano budzi mnie słońce, śpiewające ptaki. Na głównej ulicy wszyscy mówią sobie Bonjour. W piekarni wiedzą, że poproszę une baguette pas trop cuite i chausson aux pommes. W jednej z prywatnych épicerie już dawno przylepiono mi nowe imię: Charmante.
Wczoraj zrobiłam sobie wolne od szkoły i z radością spacerowałam po Pierrefitte grzejąc się w oślepiającym wiosennym słońcu. Spokojnie zrobiłam zakupy starannie wybierając owoce i warzywa, bo w mojej kuchni też musi zawitać wiosna. W dodatku miałam świetny pretekst by zrobić większe zakupy: pan Ch. miał zawitać do mnie na obiad. Właściwie to zmusiłam go, żeby zjadł zanim ruszymy na poszukiwanie mebli.
Dziś Pan Ch. zawitał u mnie. Zastał mnie zadyszaną w trakcie lepienia mielonych. Chyba nie ma nic lepszego niż czuły buziak w kark i roześmiane oczy...

Zakupy w Ikei mogłyby być lepsze, gdyby samochód Ch. był większy... Ale i tak się udały. Czekam tylko na dostawę i montaż... A wtedy Ch. nie będzie już musiał stać przy schodach, patrzeć na mnie błagalnym wzrokiem i pytać czy już skończyłam pisać. ;)

Mam tylko nadzieję, że montaż nie będzie wyglądał tak: