jeudi 4 avril 2013

Domowo.

Po miesiącu od przeprowadzki do Pierrefitte, mogę śmiało powiedzieć, że była to dobra decyzja. Może i mieszkam dalej i nie jest to najbardziej czarująca okolica, ale kiedy wracam do domu odnajduję potrzebny mi spokój. Miasteczko jest małe, spokojne. Pozwala mi odetchnąć od pędzącego Paryża. To taki mój mały azyl. Rano budzi mnie słońce, śpiewające ptaki. Na głównej ulicy wszyscy mówią sobie Bonjour. W piekarni wiedzą, że poproszę une baguette pas trop cuite i chausson aux pommes. W jednej z prywatnych épicerie już dawno przylepiono mi nowe imię: Charmante.
Wczoraj zrobiłam sobie wolne od szkoły i z radością spacerowałam po Pierrefitte grzejąc się w oślepiającym wiosennym słońcu. Spokojnie zrobiłam zakupy starannie wybierając owoce i warzywa, bo w mojej kuchni też musi zawitać wiosna. W dodatku miałam świetny pretekst by zrobić większe zakupy: pan Ch. miał zawitać do mnie na obiad. Właściwie to zmusiłam go, żeby zjadł zanim ruszymy na poszukiwanie mebli.
Dziś Pan Ch. zawitał u mnie. Zastał mnie zadyszaną w trakcie lepienia mielonych. Chyba nie ma nic lepszego niż czuły buziak w kark i roześmiane oczy...

Zakupy w Ikei mogłyby być lepsze, gdyby samochód Ch. był większy... Ale i tak się udały. Czekam tylko na dostawę i montaż... A wtedy Ch. nie będzie już musiał stać przy schodach, patrzeć na mnie błagalnym wzrokiem i pytać czy już skończyłam pisać. ;)

Mam tylko nadzieję, że montaż nie będzie wyglądał tak: