mardi 16 avril 2013

Drole de rencontre.

Przyznam, że myślałam, a nawet miałam nadzieję, że na tym blogu nie pojawią się już posty z cyklu: życie jak w filmie. Mieszkanko mam ładne i nudne, pan Ch. jest i mam nadzieję, że zostanie jak najdłużej, wszystko jakoś się układa w moją małą, przyjemną nawet rutynę.

Że w restauracji czasami zdarzają się rzeczy dziwne lub niezwykłe, to wiem. Ale w niedzielę nie spodziewaliśmy się, że do Creperie Beaubourg zawita polityk.
Ja polityków francuskich bardziej znam z nazwiska niż z gęby, więc nie zrozumiałam na początku dlaczego nagle moi koledzy stanęli prawie na baczność, a potem zaciągnęli mnie na zaplecze i konspiracyjnym szeptem ogłosili: To minister!
Cóż... Normalny facet nie chodzi w garniturze w niedzielę przy 26 stopniach w cieniu. ;) Spytałam od czego jest ten minister. Nie wiedzieli... Ekonomia, przemysł... Coś takiego... Ale za to zasłynął hasłem, że trzeba kupować tylko to, co jest made in France. Zaczęliśmy żartować, że w takim razie nie mogę go obsłużyć, bo jestem made in Poland. Mika też nie mógł (made in Vietnam), Sacha też nie (Serbia), Virginie ma dziwne nazwisko, Alex jest początkujący... Ale żarty żartami, ktoś musiał pójść do tego stolika... Który był w mojej zonie, ponieważ tylko ja zajmowałam się stolikami na sali. Minister poprosił o kawę i dużą szklankę wody. Dostał, co chciał z uroczym uśmiechem.
Dziś sprawdziłam kto to był. Arnaud Montebourg, minister odnowy produkcji.

Nie odetchnęłam jeszcze po niedzielnych wrażeniach, kiedy życie zaserwowało mi spotkanie trzeciego stopnia z kimś innym.
Miałam nie pisać na razie o moich projektach, ale muszę...
Cóż... Marzenie, które chcę spełnić w najbliższym czasie to nauka gry na gitarze. Po przeszukaniu internetu wzdłuż i wszerz w celu wyszukania informacji jaką gitarę warto kupić na początek, postanowiłam pofatygować się do jakiegoś sklepu muzycznego i po prostu przycisnąć sprzedawcę do ściany, a potem popróbować, co mi najbardziej podchodzi. Przeszłam się po paru sklepach, ale w żadnym nie dostałam informacji, która by mnie satysfakcjonowała. Sprzedawcy zakładali z góry, że znam się na gitarach i wiem, czy lepiej będzie mi się grało na nylonowych strunach czy na stalowych. W końcu zaszłam do małego, niepozornego sklepiku w 17 dzielnicy. Wytłumaczyłam sprzedawcy mój problem: chcę nauczyć się grać na gitarze, ale nie mam bladego pojęcia o gitarach. Chciałabym zacząć od akustyka, ale we Francji akustyki dzielą się na jakies podrodzaje i po prostu zgłupiałam. Sprzedawca (Fred) przytaknął mi i zaczął w końcu tłumaczyć po ludzku jaka jest różnica między akustykami i który byłby najlepszy dla osoby początkującej. Potem zaczął mi pokazywać gitary kolejnych firm i rozwodzić się nad gryfami. Dawno nie dostałam takie wykładu. Skupiona na tym, co mówi, nagle usłyszałam: Et toi, laquelle tu recommanderais a une débutante  Flo? Odpowiedź: Aucune de celles que tu lui montres.
Tak, za mną stał Florent Mothe.
Zarówno Fred jak i ja mieliśmy genialne miny. Fred pewnie dlatego, że ktoś właśnie zrobił mu antyreklamę, a ja... no jaką miałam mieć minę kiedy zobaczyłam przed sobą faceta, którego płyty słuchałam idąc do tego sklepu?! Oboje wydusiliśmy: pourquoi?
Florent spytał mnie czy jestem kompletną debiutantką czy już coś umiem. Powiedziałam, że jestem po prostu zielona w tym temacie, dlatego tu przyszłam. Polecił mi kupno używanej gitary, której nie będzie mi żal jak gdzieś spadnie, zerwie się struna czy coś. Poza tym gra może mi się nie spodobać, więc lepiej jak wyłożę na początek mniej kasy, a potem mogę inwestować w coś lepszego. Ale za to dobrze, że przyszłam do sklepu, to tak mogę przynajmniej popróbować czy bardziej pasują mi struny nylonowe, które są lepsze dla debiutantów, czy stalowe. No i popróbować kostki.
No dobra, ale jak mam wyczuć, czy wolę nylonowe struny czy stalowe? Florent wziął gitarę od Freda i poprosił go o inną ze stalowymi strunami, a także o różne rodzaje kostek. Potem zawołał mnie na pufy w głębi sklepu i tak zaczęła się moja pierwsza lekcja gry na gitarze.
Florent z uporem maniaka dociskał moje palce do strun ze satysfakcją stwierdzając, że miał rację, że nylonowe struny lepiej mi podejdą na początek, bo stalowych nie mogłam docisnąć za żadne skarby. Osobiście myślę, że to jest też wina tego, że jestem praworęczna i prawa ręka jest silniejsza niż lewa, więc trzymanie gryfu lewą ręką nie idzie mi najlepiej. Poradził mi też, że jakbym niechcący zakochała się w gitarze ze stalowymi strunami, mogę kupić taki specjalny spinacz. On teoretycznie służy do polepszania dźwięku, ale mi wtedy będzie łatwiej grać. Kiedy załapałam 2 pierwsze chwyty, przyszedł czas na testowanie kostek. Najlepiej sprawowała się półtwarda. Florent zdradził, że jemu też najlepiej gra się półtwardą.
Podpytałam go też jak dobrze wybrać używaną gitarę, odpowiedział, żebym nie kupowała gitar firmy Stagg i jeszcze jednej (ale zapomniałam nazwę). Cort powinna być dobra. No i żebym wystrzegała się aukcji internetowych. Podziękowałam mu za fachową radę i w podskokach udałam się do wyjścia.

A na ulicy odtańczyłam swój taniec radości.

Życie jest piękne!