jeudi 25 avril 2013

Sielankowo.

Ch. przyjechał po mnie do Ivry-sur-Seine po korepetycjach. Ucieszyłam się, bo jeszcze nie mieliśmy okazji cieszyć się piękną wiosną razem.
Jako że był już w sumie wieczór, a ja zjadłam tylko śniadanie, postanowiłam pokazać mu moją ulubioną turecką knajpkę przy La Motte-Piquet Grenelle. Jeszcze tak się nie zdarzyło żeby osoba, którą tam przyprowadzam nie polubiła jedzenia.
Z pełnymi brzuszkami przeszliśmy się do Invalides, a potem w stronę Grand Palais. A potem przypomniałam sobie, że mam za dużo pieniędzy w portfelu i za dużo potrzeb. ;) Na szczęście Ch. przyhamował mój shoppingowy zapał i skończyło się na tenisówkach i szortach. Zresztą miałam wrażenie, że wszystkie sukienki czy spodnie są robione dla żyraf o 2 metrowych nogach...
Przy kasie narzekałam jeszcze na Rosjanki, które zachowywały się jakby je pierwszy raz do sklepu wpuszczono (na pewno pierwszy raz na Champs Elysées  i jakby pierwszy raz zobaczyły dziewczynę w wydekoltowanej bluzce. Mimo że sami z Ch. skomentowaliśmy między sobą ową dziunię (Ch: silikon, ja: push-up), to współczułam jej, że prawie 10 dziewczyn w różnym wieku (i w dresach) wpatrują się w nią jakby była wybrykiem natury, komentują jej ubiór i próbują wydekoltować się w ten sam sposób.

Po zakupach przyszła pora na wieczorowo-wiosenny relaks za teatrem Marigny. Chyba nie ma nic lepszego!
A w sumie to jest: wieczorny wspólny relaks przy dobrym filmie. :)


Pozdrawiamy z Pierrefitte.
Ch & A.