vendredi 31 mai 2013

Casting.

Jakiś czas temu napisałam, że postanowiłam czegoś spróbować. I że albo wyjdzie, albo nie.
No to spróbowałam.

Kilka tygodni temu gruchnęła wiadomość, że spektakl Fais-moi une place (o którym pisałam tu) wraca na deski od 2 lipca do 21 września i szukają kobiety i mężczyzny do drugiej obsady. Postanowiłam spróbować swoich sił i zmierzyć się z rolą Camille. A przy okazji zobaczyć jak wygląda casting. A nóz się uda!

Po rozważeniu za i przeciw (największym przeciw była konfrontacja z Fabianem), napisałam maila do ekipy ze zgłoszeniem. Wysłałam moje CV Comedienne, które wygląda zupełnie inaczej niż CV normalne i następnego dnia dostałam pozytywną odpowiedź, a w załączniku tekst sztuki z zaznaczonymi fragmentami do nauczenia. I ogarnęła mnie panika. Casting został wyznaczony na 29 maja, więc miałam mniej-więcej tydzień na ogarnięcie 5 stron tekstu.
W tym samym czasie dorobiłam się porządnego zapalenia gardła, co nie ułatwiało mi pracy ani trochę, ale siedziałam twardo w łóżku z tekstem przed oczami i starałam się grać, grać, grać... Tu jestem wdzięczna moim nauczycielom za rozruszanie mojej przepony. Techniki oddychania bardzo pomagają kiedy gardło nie pracuje.

Do roli Camille trzeba było przygotować pierwszą scenę, gdzie Camille i Manuel spotykają się w pociągu, oraz monolog, który jest bajką i w którym Camille wyjaśnia Manuelowi dlaczego żona go opuściła. Przyznaję, że zwątpiłam przy monologu i na castingu położyłam go totalnie. Kompletnie nie wiedziałam jak to powiedzieć. Byłoby łatwiej, gdyby można było wyjść od jakiejś sytuacji, dialogu, który gra się wcześniej... Oczywiście znałam kontekst sytuacji, ale cóż...

Niestety kiedy rodzina zwaliła mi się na głowę w niedzielę wieczorem, nie miałam czasu by powtarzać cokolwiek. Dopiero w środę bladym świtem, kiedy jechałam już na casting przeglądałam tekst. Kiedy wysiadałam z metra na Buzenval trzęsły mi się nogi. A kiedy weszłam na podwórko i zobaczyłam 2 inne kandydatki, które miały ze mną wejść do sali, miałam ochotę zawrócić. Usiadłyśmy we 3 w poczekalni, w ciszy, słuchałyśmy 3 panów, którzy w tym czasie się produkowali. W końcu panowie wyszli, a 5 minut później zza drzwi wychylił się Fabian i wywołał nasze nazwiska. Mimo że na CV figurowało Agnes Rosa, to i tak byłam ostatnia jesli chodzi o kolejność alfabetyczną. Miałam więc przyjemność posłuchać i obejrzeć moje konkurentki w starciu z moim byłym.
Kiedy przyszła moja kolej jedyne na co miałam ochotę to wziąć nogi za pas i wiać jak najdalej stąd. Nigdy jeszcze nie czułam tak wielkiej tremy. Może gdybym nie stała na przeciwko mojego byłego faceta, to trema byłaby mniejsza, a tak po prostu odczuwałam silną presję związaną z moim nieprzygotowaniem i tym, że muszę mu pokazać, że umiem pracować i bez niego.  Sam Fabian zachował się bardzo profesjonalnie. Nie dał nikomu poznać, że się znamy, a tym bardziej, że kiedyś coś nas łączyło. Nawet pozwolił mi grać na swoich emocjach, czego nie robił z dwiema poprzednimi kandydatkami. Za to Ariane i Anthony, którzy obserwowali nas zza stołu, aż skręcali się z ciekawości jak się wobec siebie odniesiemy. Po scenie i monologu, padło kilka pytań. Dlaczego chcę zagrać tę rolę i tak dalej, i tak dalej...

Kiedy wyszłam odetchnęłam z ulgą.
Wyniki w przyszłym tygodniu, ale myślę, że szału nie będzie.

lundi 20 mai 2013

Et bien...

Na blogu zapanowała cisza. I potrwa ona jeszcze jakiś czas... Konkretniej do końca maja.
Między wizytą przyjaciółki z dzieciństwa, spotkaniem z iną, przejściem France Telecom przez mój dom, wizytą taty, przygotowaniami do wyjazdu, lekcjami hiszpańskiego  i pracą, postanowiłam czegoś spróbować. Albo wyjdzie albo nie. Napiszę o tym na początku czerwca.
W każdym bądź razie jestem zabiegana...
Zatrzymała mnie tylko choroba, ale to nie przeszkadza mi pracować. Tak więc siedzę w łóżku i lecę do przodu.

A tak przy okazji: z cyklu naturalna medycyna hiszpańska.
Świeży sok z pomarańczy z miodem stawia na nogi. (1 pomarańcza = 1 łyżka miodu)
Testuję tę metodę od soboty.

mardi 14 mai 2013

Bezsenność.

Dwa fakty z mojego życia:

1. Jestem sową (późno się kładę, późno wstaję).
2. Mam problemy ze snem.

Te dwa fakty są wyjątkowo uciążliwe w piątkowe wieczory kiedy próbuję zasnąć wcześniej żeby rano zwlec się do pracy w formie, a wychodzi zupełnie odwrotnie.
Jako że mam już sporo uzależnień na koncie, nie chciałabym kupować pigułek nasennych. Zresztą wyszłabym na tym tragicznie... Dlatego przy ostatniej wizycie w sklepie, skusiłam się na herbatę Bonne Nuit. Że niby rumianek, ziółka, coś tam, coś tam... W piątek wieczorem zaparzyłam sobie herbatkę, licząc, że zasnę spokojnie kiedy chcę.
O 2 w nocy byłam jeszcze na chodzie.
O 4 powiedziałam: Et merde!

Wyglądało to mniej-więcej tak:

Veuillez installer Flash Player pour lire la vidéo

Żeby jednak uniknąć takich sytuacji, kiedy nie śpię sama i kiedy pierwszy raz mam spać z daną osobą, stawiam jej 3 pytania:
1. Chrapiesz?
2. Bardzo się kręcisz?
3. Nastawiasz miliard razy drzemkę w telefonie?

Na razie tylko Ch. odpowiedział na te trzy pytania przecząco, a nawet zarzucił mi, że to ja się kręcę i rozkładam na łóżku.

lundi 13 mai 2013

Bresilien, joint et banc a St Louis.

Długo myślałam jaki tytuł nadać temu postowi. To nie takie proste, kiedy chce się ogarnąć dwa intensywne dni w jednym poście...

A wszystko zaczęło się w sobotę.
Kelly poszła na urlop, więc szef był zmuszony dobrać nam zastępstwo na czas jej nieobecności. No i potem na czas mojej nieobecności. Ostatnio nie zatrudniamy w restauracji nowych osób, tylko raczej dzwoni się po te, które już kiedyś tu pracowały albo takie, które już znamy. Kwestia przyzwyczajenia, znajomości i zdolności do pracy w ekipie. Za starą-nową osobą nie trzeba chodzić krok w krok i nie trzeba jej szkolić. No i taka osoba nie jest zszokowana naszymi délires. ;)
I w ten sposób do naszej naleśnikowej rodzinki dołączył Elvis.
Elvis już kiedyś pracował w Creperie. Zna restauracje, zna ludzi i zna szefostwo (syn znajomych JP i B). Przyznaję, że to była miła odmiana po wiecznie niewyspanej Kelly.

W sobotę pracowaliśmy z córką szefostwa, która zastępowała jednego z responsables. Po pracy postanowiliśmy uczcić powrót Elvisa w nasze skromne progi i zapalić fajkę pokoju. O ile inni koledzy przymykają na to oko, o tyle nie wiedzieliśmy jak zareaguje Charlotte. Siedząc przed restauracją z naszymi kieliszkami, Elivis odważył się zapytać.

E: Charlotte, si je fais quelque chose d’illégal, tu diras rien a mes parents?
C: Non.
A: Et si moi, je fais quelque chose d’illégal,  tu diras rien a mes parents? En fait, on s'en fout. Tu diras rien a TES parents?

Oczywiście Charlotte nie powie nic. Swoją drogą myślimy, że też popala.

W niedzielę, najprościej mówiąc wynudziliśmy się za wszystkie czasy. Pracuję w tej restauracji już 8 miesięcy i nigdy nie widziałam tak spokojnej niedzieli.
Dzięki temu wysprzątaliśmy wszystko, co było do wysprzątania.
Wieczorem, mimo dalszego braku klientów, trochę się ożywiłam, bo do restauracji wszedł mężczyzna mojego życia. W towarzystwie rodziców. Wszyscy moi koledzy i koleżanki stwierdzili, że tak, jest przystojny i to raczej typ faceta: Zbyt przystojny by być hetero. lub Zbyt przystojny by być singlem. Cóż... Rzuciłam się do stolika w ekspresowym tempie odwzajemniając uśmiech przystojniaka i z żalem stwierdzając, że to jednak obcokrajowcy. Początkowo nie mogłam zidentyfikować języka. Nie był to rosyjski. Kojarzyło mi się z serbskim, ale Sacha (który jest Serbem), stwierdził, że nie. To może albański... Albo węgierski. W końcu nie wytrzymałam i spytałam z jakiego są kraju. Odpowiedź zbiła wszystkich z tropu: Brazylia. Więc pomyliłam portugalski z rosyjskim.
Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że Brazylijczyk często na mnie patrzy, a jak na niego spojrzę to się uśmiecha. To dodało mi kurażu i przy następnej okazji zagadnęłam jak długo zostają w Paryżu. Chłopak odpowiedział mi, że on tu mieszka, a rodzice przyjechali do niego w odwiedziny. I spytał czy jestem Francuzką. Wytłumaczyłam mu, że nie, że jestem Polką i dlatego pomyliłam portugalski z rosyjskim. Moi koledzy zaczęli namawiac mnie, żebym zostawiła mu swój numer. W końcu raz się żyje. Z jednej strony miałam na to ogromną ochotę, a z drugiej głupio mi to było zrobić przy rodzicach. Zaczęliśmy kombinować. Może z kawą... Ale kawę brał tylko jego ojciec. To pod rachunkiem. Na rachunku... Daj rachunek rodzicom, a jemu podsuń numer. W końcu zrezygnowana i onieśmielona odpuściłam i położyłam karteczkę z imieniem i numerem na kontuarze. Wtedy do akcji wkroczył Mika. Wziął karteczkę i kiedy chłopak wychodził, wcisnął mu ją do ręki.
I tak restauracja zyskała jeszcze jedną ciekawą anegdotę pt. Podryw Brazylijczyka.

Po pracy byłam umówiona z Alessandro. Włochem, który mieszka w Paryżu. Spotkaliśmy się przy fontannie St Michel i zaszyliśmy w kameralnym barze, gdzie jakiś koleś kaleczył na gitarze Let the sun shine in. 3 godziny później musieliśmy opuścić bar. Ostatnie metro jak i rer już dawno odjechały, a mi nie chciało się iść na piechotę do Gare de l'Est żeby dorwać nocny. Zaszyliśmy się więc na Ile St Louis, nad Sekwaną, na brudnej ławce. I rozmawialiśmy. Zeszło nam się praktycznie do świtu... O 5 rano ruszyliśmy w stronę Gare de Nord. Na piechotę, bo metro było jeszcze zamknięte. Po 6 byłam w domu...
Paryż nocą jest magiczny.
Czasami warto jest nie ulegać zmeczeniu po pracy... Można wiele stracić...

samedi 11 mai 2013

Twitter.

Od teraz możecie śledzić mnie na Twitterze pod TYM adresem.
Skoro już oficjalnie umieszczono Agnes Rosa przy zdjęciu. ;)
Bisous

jeudi 9 mai 2013

Et si c’était possible...

Gdybyś mógł pewnego dnia, na pewien czas, rzucić wszystko i uciec tam, gdzie serce Cię niesie...
Gdybyś mógł wsiąść w samochód wieczorem i jechać przed siebie, by zobaczyć gdzie dojedziesz o świcie...
Gdybyś mógł wyjechać, bo prostu chcesz poczuć się wolnym...
Gdybyś mógł przez pewien czas żyć w innym miejscu, innym kraju, innej kulturze...
Gdybyś mógł pojechać w miejsce, o którym marzysz od dawna...

... Gdzie byś pojechał?

Ja wybrałabym Andaluzję... Okolice Malagi...

Mając 13 lat (czyli 10 lat temu) w moje ręce wpadła książka Rubio Williama Whartona. Od tamtej pory marzę o Andaluzji. Mimo że jej kawałek mam 6km od mojego miejsca zamieszkania, to moje serce rwie się żeby zobaczyć ją na własne oczy.
Dlatego dziś podjęłam decyzję: w przyszłym roku biorę 3-miesięczny urlop w pracy, podnajmuję mieszkanie komuś, a sama pakuję walizkę i jadę przed siebie. Do Andaluzji! Żeby przeżyć kolejną przygodę życia, słuchać flamenco, pracować i zobaczyć czym różni się życie w Hiszpanii od życia w Polsce lub we Francji.
Nie pozostaje mi nic innego jak wziąć się porządnie za hiszpański...

Ale gdybyś miał taką szansę przed sobą, odważyłbyś się ją wykorzystać?

P.S. Tak, chcę już być na urlopie, na wakacjach, w Polsce, gdziekolwiek!

mardi 7 mai 2013

Plan cul et joint.

Jakiś czas temu z nudów przeglądałam mojego bloga i przypominałam sobie jak to tam kiedyś było... Przy okazji przeczytałam jeszcze raz komentarz pod notką o Fabianie, z pytaniem czy my mamy romans czy po prostu mentalność Francuzów jest taka, że jak się mieszka razem to pytanie: kiedy się kładziesz jest jak najbardziej na miejscu. To dziś będzie trochę o tej mentalności.

W styczniu, na ten komentarz, odpisałam, że pytanie Fabiana o to, czy kładę się spać może (ale nie musi) insynuować, że coś między nami jest. Cóż... Dziś nie ma już co ukrywać: coś między nami było. Ja bym to określiła jako plan cul o czym będzie niżej. Jednak żaden z moich czy jego znajomych nie był zaskoczony tym, że po miesiącu intensywnej znajomości zamieszkaliśmy razem. Podobną sytuację ma moja koleżanka z pracy: pomieszkuje u swojego chłopaka albo on u niej, a są razem kilka miesięcy. Nikogo to nie dziwi.
A nie dziwi dlatego, że większość Francuzów... powtarzam: większość, czyli nie wszyscy... raczej nie ocenia postępowania innego. Bah... Nawet jeśli chcesz zrobić coś nielegalnego to w tym pomogą! Podczas gdy w Polsce... No właśnie... W Polsce zostałabym zlinczowana.

I w sumie po raz kolejny stwierdzam, że przeprowadzka do Francji była najlepszą rzeczą jaka mi się przydarzyła. Dlaczego? Bo nauczyłam się nie oceniać innych, żyć tak jak mi się podoba nie myśląc o tym, co pomyśli moje otoczenie. Francuzi cieszą się ze swojej wolności osobistej, nie wtrącają się w życie innych (cóż... większość się nie wtrąca), nie oceniają nikogo i robią to, na co mają ochotę. Dlatego nikt nie unosi brwi zdziwiony ani nie pyta ile?!, kiedy dowiaduje się, że na przykład Ch. jest 14 lat starszy ode mnie.
Uwielbiam takie podejście do życia i przyznaję, że ciężko mi się będzie przestawić na polskie standardy w czerwcu. Tak samo jak ciężko mi będzie porzucić moje francuskie przyzwyczajenia.

Jednym z moich francuskich przyzwyczajeń, którego skala na początku mnie trochę zszokowała, jest palenie jointów. Jeszcze nie spotkałam Francuza, który nie paliłby marihuany przez minimum rok. Przyznaję, że nie wiem jak jest z legalnością tego zjawiska, ale często zdarza mi się poczuć zapach marihuany na ulicy i nikt na to nie reaguje. Z drugiej strony zorganizowane grupki dilerów wieją przed policją. Ja swoje działki zamawiam przez koleżankę z pracy i raczej palę w domu wieczorami żeby się odprężyć, albo na imprezie w towarzystwie. Jak to się ma do wszystkich kampanii, że palenie szkodzi zdrowiu? Nie mam problemów z pamięcią ani koncentracją. Nie widzę też różowych słoni. Ch., który palił przez 8 lat, ani Vi, która pali już 6 lat też nie mają problemów.

Innym zjawiskiem, które zbiło mnie z tropu są tzw. plan cul. Czyli na polski związki bez zobowiązań lub przyjaźń z bonusem. Innymi słowy: jakaś parka spotyka się tylko żeby sypiać ze sobą. Z jednej strony fajne rozwiązanie, ponieważ nie trzeba się angażować, a ma się zagwarantowaną przyjemność i atrakcje, a z drugiej... hmmm... Znaczna większość moich znajomych praktykuje plan cul i nikogo nie dziwi pytanie: alors c'est ton nouveau plan cul? na widok jakiejś nowej mordki. Sama usłyszałam to pytanie kiedy w pracy poznali Fabiana, a potem kiedy wymieniłam Fabiana na Ch. Z tym pierwszym, faktycznie, mogłabym to nazwać plan cul, ponieważ z mojej strony była to tylko przyjaźń. No i Fab po prostu mi się podobał, ale na dłuższą metę z mojej strony nic by z tego nie wyszło. Z drugim jest inaczej, ale wiem, że przede mną Ch. też przeszedł przez pare plan cul.

I to by było na tyle...
Cóż... Francja to nie tylko kraj winem i serem płynący. ;)

vendredi 3 mai 2013

Mauvaises nouvelles...

Maj to chyba miesiąc złych wiadomości... A przynajmniej tak się zaczął.
Najpierw dostałam cudowną wiadomość od Ch., który potem zmył się w swoje Pireneje. Następnie dostałam jeszcze jedną wiadomość od Ch., przez którą aż usiadłam.
Tego samego wieczora dowiedziałam się, że Imagine R (karta Navigo dla studentów) chce mi ściągnąć w konta 150€. Za co? A bo podobno przelew za kwiecień nie poszedł. Tyle tylko, że pieniądze za kwiecień z mojego konta zniknęły.
Najgorsza wiadomość przyszła dziś rano z telefonem od Fabiana. Niedawno gratulowałam jednemu ze znajomych Fabiana narodzin bliźniąt. L. i C. bardzo czekali na ich narodziny i chyba nigdy nie widziałam szczęśliwszej pary. To było 20 kwietnia... Nawet wygospodarowałam trochę czasu i zadzwoniłam do L. żeby mu pogratulować ojcostwa. Mimo obaw o ich zdrowie, dostałam zaproszenie na obiad/kolacje/kawe, jak tylko maluchy podrosną i wyjdą ze szpitala. Dziś Fabian zadzwonił do mnie, by mi powiedzieć, że te ich wyczekiwane maleństwa nie żyją. Powinnam złożyć kondolencje, ale brakuje mi słów. Wieczorem dostałam sprostowanie: jedno maleństwo żyje, ale tak jak drugie ma wadę serca i nie wiadomo jak to się dalej potoczy. Nie wiem tylko czy chłopiec czy dziewczynka.
Patrzę na to, co L. ma na facebooku, na te wszystkie wiadomości, i wydają mi się po prostu sztuczne. Brakuje mi słów, bo po prostu nie potrafię sobie wyobrazić bólu jaki oni odczuwają.

mercredi 1 mai 2013

Le chemin d'Emmanuel Moire.

29 kwietnia Emmanuel Moire wydał swój 3 album.
Kiedy wszyscy myśleli, że to już koniec jego kariery po tym jak Warner wyrzucił go ze swoich szeregów, facet wygrał Danse avec les stars i się podniósł. Nagrał album i zatytuował go, trochę pompatycznie, Le chemin czyli Droga. Rozumiem, że jest to rozprawienie się z przeszłością. Hmm...

Przyznaję, że od dłuższego czasu nie interesowałam się karierą pana Moire. Było mi go za dużo wszędzie. A ja nie lubię kiedy ktoś mi prawie wyskakuje z lodówki. Płytę kupiłam przez sentyment do niego i ciekawość. Poza tym spodobał mi się pierwszy singiel Beau malheur. Ale muszę przyznać, że cała otoczka promocyjna na nowo sprawiła, że bałam się otworzyć lodówkę. Nie spodobało mi się, że w większości wywiadów Emmanuel zaczął w pewien sposób wypierać się tego, co kiedyś robił. Miałam takie dziwne déjà vu, bo przecież to samo robił przy promocji drugiego albumu. Myślałam: chłopie, ty się zdecyduj w końcu kiedy jesteś sobą! Zakładam, że przy czwartym albumie powtórzy tę samą gatkę. No ale nieważne...

Przejdźmy do rzeczy.
Miałam taki ambitny plan żeby spędzić poniedziałkowy wieczór sam na sam z głosem Moire'a w głośnikach na moim łóżku, przy świetle lampki i paru świeczek. No i z kieliszkiem wina w ręku. Ot taki relaks, bo lubię słuchać muzyki nie myśląc o niczym.
Ambitny plan już miał się ziścić kiedy usłyszałam jak drzwi się otwierają i zaraz na schodach pojawił się pan Ch. Cóż... Korzysta z prawa: la porte est ouverte. Trochę pokrzyżowało mi to plany, ale Ch. zgodził się spędzić wieczór po mojemu i po prostu odprężyć się przy muzyce Moire'a. Nie znał wcześniej jego piosenek, więc po krótce opowiedziałam mu kto to i co robił, pokazałam parę piosenek z wcześniejszych albumów. Posłuchał, zaakceptował, trochę sie skrzywił przy Adulte & sexy, bo nie jest fanem takiej muzyki, ale uspokoiłam go, że ten album raczej nie jest taki.

No i miałam rację.
Nie wiem jak Moire komponuje, ale mam wrażenie, że nadal nie zdecydował się w którym kierunku chce iść. La ou je pars to album typowo popowy, fajny muzycznie, spokojny, łatwo zapada w pamięć. L’équilibre to totalna zmiana stylu, electro, trochę umcy umcy do tańczenia. Płyta, która miała odnieść sukces, bo była ewidentnie zrobiona pod publiczność. Sukcesu nie odniosła.
Le chemin został określony jako podsumowanie drogi artystycznej i prywatnej jaką przeszedł Emmanuel. To ma być ten dojrzały, pierwszy na serio album. Coś w tym jest. To tak jakby połączenie dwóch poprzednich płyt, ale bardziej lecimy w stronę klimatów z La ou je pars. Ewidentnie nie jest to płyta, która jest pisana pod publiczkę, ale intymny album.
Ok.. Przyjęłam do wiadomości. Przystępujemy do słuchania.

Płytę przesłuchałam 2 razy.
Raz z panem Ch., raz sama.
Lubię słuchać muzyki z Ch., bo często dyskutujemy na ten temat. Tym razem też tak było. Ciekawiło mnie też zdanie Ch. na temat takiej muzyki, ponieważ nie znał wcześniej Manu jako artysty. I co? To był jeden z najpiękniejszych wieczorów jakie razem spędziliśmy, wypełniony emocjami, wzruszeniami i rozmową.
 Sama słuchałam tej płyty żeby utwierdzić się tylko w moich własnych odczuciach.

Płytę otwiera piosenka La vie ailleurs (Życie gdzie indziej) nawiązująca do tego, co działo się w życiu Emmanuela wcześniej. Muzycznie kojarzy mi się z Retour a la vie z poprzedniej płyty Moire'a. Piosenka trochę przygnębiająca. Takie oczekiwanie na lepsze życie. Ch. stwierdził, pół żartem pół serio, że jak cała płyta jest w takim klimacie to on zmywa się do domu. Cóż... Też nie miałam ochoty przymulać cały wieczór.

Ale po La vie ailleurs, przechodzimy do pierwszego singla: Beau malheur (Piękne nieszczęście). Lubię tę piosenkę. Szczególnie jej tekst. Kazałam Ch. dokładnie się w nią wsłuchać, bo oczywiście nie znalazł jej na youtube'ie kiedy go o to prosiłam. Chciałam żeby posłuchał tekstu, który uważam za genialny i który w pewnym momencie naszego związku po prostu przywodził mi na myśl Ch. Mon amoureux uznał, że faktycznie coś w tym jest i że piosenka jest lepsza niż ta pierwsza. Nawet ją polubił.

Kolejną piosenką jest Venir voir (Przyjdź i zobacz). Słyszałam tę piosenkę już wcześniej i uważam, że jest to najmocniejszy punkt tego albumu. Jest po prostu piękna. Pozwoliłam Ch. wsłuchać się w piosenkę samemu, a sama wykorzystałam te 4 minuty na małą krzątanine po domu (pranie i te sprawy...). Dla Ch. ta piosenka stała się wyjątkowa, jak mi powiedział później. Słuchając jej patrzył na moją krzątaninę i po prostu zobrazowałam mu słowa tym, co robiłam. Coś w tym było, więc posłuchaliśmy jej jeszcze raz, razem, obok siebie... Teraz ta piosenka wywołuje u mnie uśmiech. To jedna z najpięniejszych piosenek, jaką usłyszałam od czasów Compter sur toi.

Je ne sais rien (Nic nie wiem) to kolejna ballada. Mam co do niej mieszane uczucia. Ma piękne słowa, ale nie jest to piosenka, która zapada w pamięć. Jest taka zwyczajna.

Suffit mon amour (Starczy kochanie) to piosenka, która poderwała Ch. z pozycji horyzontalnej. A potem ja zostałam poderwana do tańca. Nie jest to piosenka, która może pochwalić się genialnym tekstem, ale za to ciekawym rytmem i melodią, która szybko wpada w ucho. W każdym bądź razie fajnie się przy niej tańczy.

Przy kolejnej piosence zaczęłam się zastanawiać czy kazdy artysta musi zaliczyć piosenkę o ranach, których nie widać. Niedawno tłumaczyłam piosenkę Florent Mothe Les blessures qui ne se voient pas (Rany, których nie widać). Niedługo będę tłumaczyć piosenkę o tej samej tematyce w wykonaniu Emmanuela Moire La blessure (Rana). Z tych dwóch wolę tę pierwszą. Zarówno melodia jak i tekst są trochę... specyficzne. Nie mój styl.

Vous deux (Was dwoje) to piosenka, która wzruszyła Ch. Ja starałam się wyłapać sens i na początku jej po prostu nie zrozumiałam. Dla Ch., który bardzo się identyfikuje z takimi wyznaniami dla rodziców, wszystko było jasne od początku. Posłuchaliśmy jej jeszcze raz i wtedy zrozumiałam. Chyba lubię takie prywatne piosenki, prywatne wyznania. Tak intymne, że czasami czuję się zażenowana, że tego słucham. Jakbym była intruzem. Tym razem nie czułam się intruzem, ale to był taki znak do tego, co potem usłyszałam od Ch. No ale nieważne... Po prostu jeszcze jedna magiczna chwila.

Ici ailleurs (Tu i tam) to piosenka, która pasuje do tego albumu jak pięść do oka. Po balladach, które w bardzo przyjemny sposób nas kołysały i wzruszały, nagle dostajemy hymn: Tolerujmy się wszyscy! Jesteśmy dziećmi ziemi! Bez komentarza...

Po Wszystkie dzieci nasze są, znowu wracamy do spokojnych ballad: Le jour (Dzień). Długo zastanawiałam się nad sensem ten piosenki. Coś w stylu: co podmiot liryczny miał na myśli? Może to chodzi o jego zmarłego brata? Może to jakieś podróże astralne? Albo coś w stylu: Nico, a jak ja umrę to będziesz tam ze mną? Chyba skłaniam się do ostatniego.

Ce qui me vient (To co mi się przypomina) to trochę żywsza piosenka. Tym razem to ja się uśmiechałam i wzruszałam. Myślałam o tym, co mi się przypomina. Opowiedziałam o tym Ch. Zrozumiał o co mi chodzi. Tekst, który mogłabym uznać za mój.

Mon possible (Wszystko, co w mojej mocy) to kolejne ni przypiął ni przyłatał. Troche bardziej pasuje niż Ici ailleurs, ale też wybija z rytmu. Nie bardzo mi podchodzi ani muzycznie, ani słownie.

Kiedy zobaczyliśmy tytuł kolejnej piosenki, Ne s'aimer que la nuit (Kochać się tylko nocą), liczyliśmy z Ch. na piękną balladę na miarę Venir voir z pięknym tekstem. Trochę się zawiedliśmy, ponieważ piosenka z piękną balladą nie ma nic wspólnego. Nie skreślam jej jednak. Spodobał mi się tekst i to, że łatwo wchodzi w ucho i już tam zostaje. Nie wiem czemu, ale ta piosenka skojarzyła mi się z naszymi pierwszymi spotkaniami. Teraz się z tego śmiejemy, ale są takie wspomnienia, które wywołują dreszcze.

Jak pewnie można było już zauważyć, na płycie dominują raczej spokojne melodyjne piosenki. Dlatego byliśmy mocno zaskoczeni, gdy okazało się, że L'abri et la demeure (Schronienie i dom) jest piosenką dosyć rockową, żywą. Nadającą się na singiel. Słucha jej się bardzo przyjemnie. Równie przyjemnie się z nią chodzi i jedzie pociągiem czy metrem.

Przed ostatnia piosenka na płycie okazała się tą, która sprawiła, że oboje śmieliśmy się przez łzy. Quatre vies (Cztery życia) to minibiografia Emmanuela dedykowana jego rodzicom i zmarłemu bratu. Z jednej strony ta piosenka jest niesamowicie smutna, z drugiej melodia jest pozytywna, taka kojarząca się z oglądaniem albumu ze starymi zdjęciami. Obydwoje przez te prawie 4 minuty cofnęliśmy się wstecz, przypominaliśmy sobie nasze życia... Ta piosenka dotknęła najczulszych punktów. Tak czułych, że o północy zadzwoniliśmy do naszych rodziców. Tak żeby im powiedzieć, że ich kochamy. Pytali nas czy wszystko w porządku.

Żeby nie psuć atmosfery jaką stworzyła piosenka Quatre vies, nie przesłuchaliśmy ostatniej piosenki na płycie. Wyłączyliśmy komputer i po prostu rozmawialiśmy.

Ostatnią piosenkę słuchałam sama. La vie ici (Życie tutaj) to podsumowanie tej drogi. Takie dojście do celu. Katharsis, koniec podróży. Manu jest szczęśliwy. Dziwny epilog.

Podsumowując płyta jest dosyć udana. Ma swoje mocne i słabe punkty. Najmocniejszym jest to, że bardzo konkretnie trafia w czułe punkty i wywołuje emocje. Może nie u wszystkich, ale u takich wrażliwców jak Ch, i ja, na pewno! Jednak nie jest to album, który zawładnął moim sercem na wieki wieków i teraz będę tylko jego słuchać.
Czy polecam? Tak. Tworzy fajny nastrój.