mercredi 1 mai 2013

Le chemin d'Emmanuel Moire.

29 kwietnia Emmanuel Moire wydał swój 3 album.
Kiedy wszyscy myśleli, że to już koniec jego kariery po tym jak Warner wyrzucił go ze swoich szeregów, facet wygrał Danse avec les stars i się podniósł. Nagrał album i zatytuował go, trochę pompatycznie, Le chemin czyli Droga. Rozumiem, że jest to rozprawienie się z przeszłością. Hmm...

Przyznaję, że od dłuższego czasu nie interesowałam się karierą pana Moire. Było mi go za dużo wszędzie. A ja nie lubię kiedy ktoś mi prawie wyskakuje z lodówki. Płytę kupiłam przez sentyment do niego i ciekawość. Poza tym spodobał mi się pierwszy singiel Beau malheur. Ale muszę przyznać, że cała otoczka promocyjna na nowo sprawiła, że bałam się otworzyć lodówkę. Nie spodobało mi się, że w większości wywiadów Emmanuel zaczął w pewien sposób wypierać się tego, co kiedyś robił. Miałam takie dziwne déjà vu, bo przecież to samo robił przy promocji drugiego albumu. Myślałam: chłopie, ty się zdecyduj w końcu kiedy jesteś sobą! Zakładam, że przy czwartym albumie powtórzy tę samą gatkę. No ale nieważne...

Przejdźmy do rzeczy.
Miałam taki ambitny plan żeby spędzić poniedziałkowy wieczór sam na sam z głosem Moire'a w głośnikach na moim łóżku, przy świetle lampki i paru świeczek. No i z kieliszkiem wina w ręku. Ot taki relaks, bo lubię słuchać muzyki nie myśląc o niczym.
Ambitny plan już miał się ziścić kiedy usłyszałam jak drzwi się otwierają i zaraz na schodach pojawił się pan Ch. Cóż... Korzysta z prawa: la porte est ouverte. Trochę pokrzyżowało mi to plany, ale Ch. zgodził się spędzić wieczór po mojemu i po prostu odprężyć się przy muzyce Moire'a. Nie znał wcześniej jego piosenek, więc po krótce opowiedziałam mu kto to i co robił, pokazałam parę piosenek z wcześniejszych albumów. Posłuchał, zaakceptował, trochę sie skrzywił przy Adulte & sexy, bo nie jest fanem takiej muzyki, ale uspokoiłam go, że ten album raczej nie jest taki.

No i miałam rację.
Nie wiem jak Moire komponuje, ale mam wrażenie, że nadal nie zdecydował się w którym kierunku chce iść. La ou je pars to album typowo popowy, fajny muzycznie, spokojny, łatwo zapada w pamięć. L’équilibre to totalna zmiana stylu, electro, trochę umcy umcy do tańczenia. Płyta, która miała odnieść sukces, bo była ewidentnie zrobiona pod publiczność. Sukcesu nie odniosła.
Le chemin został określony jako podsumowanie drogi artystycznej i prywatnej jaką przeszedł Emmanuel. To ma być ten dojrzały, pierwszy na serio album. Coś w tym jest. To tak jakby połączenie dwóch poprzednich płyt, ale bardziej lecimy w stronę klimatów z La ou je pars. Ewidentnie nie jest to płyta, która jest pisana pod publiczkę, ale intymny album.
Ok.. Przyjęłam do wiadomości. Przystępujemy do słuchania.

Płytę przesłuchałam 2 razy.
Raz z panem Ch., raz sama.
Lubię słuchać muzyki z Ch., bo często dyskutujemy na ten temat. Tym razem też tak było. Ciekawiło mnie też zdanie Ch. na temat takiej muzyki, ponieważ nie znał wcześniej Manu jako artysty. I co? To był jeden z najpiękniejszych wieczorów jakie razem spędziliśmy, wypełniony emocjami, wzruszeniami i rozmową.
 Sama słuchałam tej płyty żeby utwierdzić się tylko w moich własnych odczuciach.

Płytę otwiera piosenka La vie ailleurs (Życie gdzie indziej) nawiązująca do tego, co działo się w życiu Emmanuela wcześniej. Muzycznie kojarzy mi się z Retour a la vie z poprzedniej płyty Moire'a. Piosenka trochę przygnębiająca. Takie oczekiwanie na lepsze życie. Ch. stwierdził, pół żartem pół serio, że jak cała płyta jest w takim klimacie to on zmywa się do domu. Cóż... Też nie miałam ochoty przymulać cały wieczór.

Ale po La vie ailleurs, przechodzimy do pierwszego singla: Beau malheur (Piękne nieszczęście). Lubię tę piosenkę. Szczególnie jej tekst. Kazałam Ch. dokładnie się w nią wsłuchać, bo oczywiście nie znalazł jej na youtube'ie kiedy go o to prosiłam. Chciałam żeby posłuchał tekstu, który uważam za genialny i który w pewnym momencie naszego związku po prostu przywodził mi na myśl Ch. Mon amoureux uznał, że faktycznie coś w tym jest i że piosenka jest lepsza niż ta pierwsza. Nawet ją polubił.

Kolejną piosenką jest Venir voir (Przyjdź i zobacz). Słyszałam tę piosenkę już wcześniej i uważam, że jest to najmocniejszy punkt tego albumu. Jest po prostu piękna. Pozwoliłam Ch. wsłuchać się w piosenkę samemu, a sama wykorzystałam te 4 minuty na małą krzątanine po domu (pranie i te sprawy...). Dla Ch. ta piosenka stała się wyjątkowa, jak mi powiedział później. Słuchając jej patrzył na moją krzątaninę i po prostu zobrazowałam mu słowa tym, co robiłam. Coś w tym było, więc posłuchaliśmy jej jeszcze raz, razem, obok siebie... Teraz ta piosenka wywołuje u mnie uśmiech. To jedna z najpięniejszych piosenek, jaką usłyszałam od czasów Compter sur toi.

Je ne sais rien (Nic nie wiem) to kolejna ballada. Mam co do niej mieszane uczucia. Ma piękne słowa, ale nie jest to piosenka, która zapada w pamięć. Jest taka zwyczajna.

Suffit mon amour (Starczy kochanie) to piosenka, która poderwała Ch. z pozycji horyzontalnej. A potem ja zostałam poderwana do tańca. Nie jest to piosenka, która może pochwalić się genialnym tekstem, ale za to ciekawym rytmem i melodią, która szybko wpada w ucho. W każdym bądź razie fajnie się przy niej tańczy.

Przy kolejnej piosence zaczęłam się zastanawiać czy kazdy artysta musi zaliczyć piosenkę o ranach, których nie widać. Niedawno tłumaczyłam piosenkę Florent Mothe Les blessures qui ne se voient pas (Rany, których nie widać). Niedługo będę tłumaczyć piosenkę o tej samej tematyce w wykonaniu Emmanuela Moire La blessure (Rana). Z tych dwóch wolę tę pierwszą. Zarówno melodia jak i tekst są trochę... specyficzne. Nie mój styl.

Vous deux (Was dwoje) to piosenka, która wzruszyła Ch. Ja starałam się wyłapać sens i na początku jej po prostu nie zrozumiałam. Dla Ch., który bardzo się identyfikuje z takimi wyznaniami dla rodziców, wszystko było jasne od początku. Posłuchaliśmy jej jeszcze raz i wtedy zrozumiałam. Chyba lubię takie prywatne piosenki, prywatne wyznania. Tak intymne, że czasami czuję się zażenowana, że tego słucham. Jakbym była intruzem. Tym razem nie czułam się intruzem, ale to był taki znak do tego, co potem usłyszałam od Ch. No ale nieważne... Po prostu jeszcze jedna magiczna chwila.

Ici ailleurs (Tu i tam) to piosenka, która pasuje do tego albumu jak pięść do oka. Po balladach, które w bardzo przyjemny sposób nas kołysały i wzruszały, nagle dostajemy hymn: Tolerujmy się wszyscy! Jesteśmy dziećmi ziemi! Bez komentarza...

Po Wszystkie dzieci nasze są, znowu wracamy do spokojnych ballad: Le jour (Dzień). Długo zastanawiałam się nad sensem ten piosenki. Coś w stylu: co podmiot liryczny miał na myśli? Może to chodzi o jego zmarłego brata? Może to jakieś podróże astralne? Albo coś w stylu: Nico, a jak ja umrę to będziesz tam ze mną? Chyba skłaniam się do ostatniego.

Ce qui me vient (To co mi się przypomina) to trochę żywsza piosenka. Tym razem to ja się uśmiechałam i wzruszałam. Myślałam o tym, co mi się przypomina. Opowiedziałam o tym Ch. Zrozumiał o co mi chodzi. Tekst, który mogłabym uznać za mój.

Mon possible (Wszystko, co w mojej mocy) to kolejne ni przypiął ni przyłatał. Troche bardziej pasuje niż Ici ailleurs, ale też wybija z rytmu. Nie bardzo mi podchodzi ani muzycznie, ani słownie.

Kiedy zobaczyliśmy tytuł kolejnej piosenki, Ne s'aimer que la nuit (Kochać się tylko nocą), liczyliśmy z Ch. na piękną balladę na miarę Venir voir z pięknym tekstem. Trochę się zawiedliśmy, ponieważ piosenka z piękną balladą nie ma nic wspólnego. Nie skreślam jej jednak. Spodobał mi się tekst i to, że łatwo wchodzi w ucho i już tam zostaje. Nie wiem czemu, ale ta piosenka skojarzyła mi się z naszymi pierwszymi spotkaniami. Teraz się z tego śmiejemy, ale są takie wspomnienia, które wywołują dreszcze.

Jak pewnie można było już zauważyć, na płycie dominują raczej spokojne melodyjne piosenki. Dlatego byliśmy mocno zaskoczeni, gdy okazało się, że L'abri et la demeure (Schronienie i dom) jest piosenką dosyć rockową, żywą. Nadającą się na singiel. Słucha jej się bardzo przyjemnie. Równie przyjemnie się z nią chodzi i jedzie pociągiem czy metrem.

Przed ostatnia piosenka na płycie okazała się tą, która sprawiła, że oboje śmieliśmy się przez łzy. Quatre vies (Cztery życia) to minibiografia Emmanuela dedykowana jego rodzicom i zmarłemu bratu. Z jednej strony ta piosenka jest niesamowicie smutna, z drugiej melodia jest pozytywna, taka kojarząca się z oglądaniem albumu ze starymi zdjęciami. Obydwoje przez te prawie 4 minuty cofnęliśmy się wstecz, przypominaliśmy sobie nasze życia... Ta piosenka dotknęła najczulszych punktów. Tak czułych, że o północy zadzwoniliśmy do naszych rodziców. Tak żeby im powiedzieć, że ich kochamy. Pytali nas czy wszystko w porządku.

Żeby nie psuć atmosfery jaką stworzyła piosenka Quatre vies, nie przesłuchaliśmy ostatniej piosenki na płycie. Wyłączyliśmy komputer i po prostu rozmawialiśmy.

Ostatnią piosenkę słuchałam sama. La vie ici (Życie tutaj) to podsumowanie tej drogi. Takie dojście do celu. Katharsis, koniec podróży. Manu jest szczęśliwy. Dziwny epilog.

Podsumowując płyta jest dosyć udana. Ma swoje mocne i słabe punkty. Najmocniejszym jest to, że bardzo konkretnie trafia w czułe punkty i wywołuje emocje. Może nie u wszystkich, ale u takich wrażliwców jak Ch, i ja, na pewno! Jednak nie jest to album, który zawładnął moim sercem na wieki wieków i teraz będę tylko jego słuchać.
Czy polecam? Tak. Tworzy fajny nastrój.