mercredi 26 juin 2013

Les Misérables - film.

Wczoraj ponownie obejrzałam film Les Misérables...
I niestety moja opinia nie zmieniła się od czasu kiedy widziałam ten film w kinie.

Film Toma Hoopera to nic innego jak megaprodukcja, która musi osiągnąć sukces i zarobić mnóstwo pieniędzy. Podobnie jak inne adaptacja musicali typu Mamma Mia czy Upiór w Operze. Z tym, że o ile te dwa ostatnie były świetnie zrobione, o tyle przy Nędznikach mam miliony zastrzeżeń.

Na stronie filmwebu można przeczytać:

Adaptacja powieści Victora Hugo. Były więzień Jean Valjean dzięki pomocy biskupa zdobywa pozycję i zaczyna pomagać biednym i uciśnionym. Wciąż jednak prześladuje go inspektor Javert.

Brzmi jak opowieść o superbohaterze...
Po pierwsze. To NIE jest adaptacja powieści, tylko adaptacja musicalu, który jest adaptacją powieści. Adaptacją powieści był serial z Gerardem Depardieu i Johnem Malkovichem (genialny swoją drogą).
Po drugie. To NIE jest opowieść o superbohaterze, który ma wspólnika w postaci biskupa.
A po trzecie...

Po trzecie, to reżyser i scenarzysta powinni zostać zlinczowani.
Najpierw za obsadę.
Nędznicy to piękny musical z cudowną muzyką, która wymaga odpowiednich, perfekcyjnych głosów. Czy takie znajduję w tym filmie? Nie! Może z wyjątkiem Amandy Seyfried w roli Cosette, Sachy Baron Cohena i Heleny Bonham Carter w rolach małżeństwa Thenardier. Oni udźwignęli swoje role wokalnie i aktorsko. Poza tym wyjątkiem obsada jest złożona z aktorów, którzy mają przyciągnąć publiczność do kin. O ile Hugh Jackman jeszcze jakoś przeciska się w roli Jeana Valjean pod względem wyglądu... bo pod względem gry i wokalu mam troche zastrzeżeń, o tyle taki Russell Crowe ma tyle wspólnego z Javertem co ja. Czyli nic. I oboje beczymy jak kozy.
Anna Hathaway w roli Fantine... Jak tylko zobaczyłam ją w obsadzie, pomyślałam, że to jakaś pomyłka. Jak dostała Oscara to zastanawiałam się za co. Bo we mnie ta aktorka w roli Fantine budzi wszystkie inne emocje oprócz wzruszenia. Reszta obsady też jest dosyć dziwnie dobrana. Nie pasuje po prostu. Ani wokalnie ani aktorsko ani nijak...

Sam musical został wzbogacony o kilka nowych piosenek, które pasują tam jak pięść do oka oraz o kilka scen, które pochodzą z książki, np. zakon Picpus gdzie ukrywa się Jean Valjean z małą Cosette, wyrywanie zębów Fantine (tylko dlaczego w kolejnych scenach Fantine ma zęby?), Javert opowiadający o swoim dzieciństwie (oj płakałam... ze śmiechu)...

Moje zdanie?
Cóż... Znam musical w wersji oryginalnej, w wersji francuskiej i w wersji polskiej. Czytałam książkę po polsku i po francusku. Widziałam serial z Gerardem Depardieu, który naprawdę mi się podobał.
No i po tym wszystkim dostaję średniej klasy film, który nie dorasta do pięt żadnej wersji scenicznej, którą widziałam ani nawet serialowi!

Czy polecam?
Nie.