lundi 29 juillet 2013

Paryska zaraza.

Nigdy nie byłam rasistką i naprawdę mało rzeczy mi przeszkadzało w życiu...
A potem przeprowadziłam się do Paryża...

Pierwszy szok przeżyłam już w 2009 roku, spacerując w słoneczny dzień po Les Halles. Zaczepiła mnie wtedy Rumunka, spytała czy mówię po angielsku, a gdy odpowiedziałam, że tak, pokazała mi kartkę, na której było napisane, że prosi o pieniądze. Oczywiście na chore dziecko, na jedzenie, na coś...
Od tamtego wydarzenia minęły 4 lata.
Rumunki zmieniły technikę, a ja wyczuwam je z daleka.

Nie wiem czemu, ale odkąd Sarko zarządził likwidację obozowisk romskich i deportację ich mieszkańców tam, skąd przybyli, byłam przekonana, że to zrobił. Ale nie wzięłam pod uwagę tego, że ta zaraza wraca jak bumerang, więc kiedy pierwszy raz zobaczyłam obozowisko romów byłam w bardzo ciężkim szoku. Bo było wielkie i obrzydliwe. W dodatku zaraz przy Stade de France. Potem doliczyłam się ponad 10 Rumunek leżących lub spacerujących na Champs Elysées. Bardzo zorganizowana grupa. A potem przeprowadziłam się do Pierrefitte i przyszła wiosna...

Jadąc rerem D do siebie, swego czasu mijałam 4 obozowiska. Niedawno 2 zostały zlikwidowane. Wiele razy przez wagon przechodziła Rumunka z dzieckiem lub samo dziecko, które w tym swoim języku prosiło o pieniądze. Zawsze jest to ta sama Rumunka z tym samym dzieckiem. Aż żal mi tej dziewczynki, bo jest śliczna. Wysiadając na Chatelet-Les Halles i idąc przy fontannie Niewiniątek, a następnie w stronę Centrum Pompidou, za każdym razem natykam się na tę samą grupę Rumunek. Tym razem nie są to stare kobiety pokazujące kartki, ale nastolatki, które próbują zmusić przechodnia do podpisania petycji na rzecz chorych dzieci, głuchoniemych czy czegoś... Bo przecież chodzą wolontariusze Unicefu czy innych organizacji i w ten sposób pozyskują sobie działaczy. Z tą różnicą, że wolontariusze noszą firmowe koszulki i się myją. Co gorsza! Wolontariusze mają trudności z pozyskaniem działaczy: widać ich z daleka, a poza tym turyści się nie zatrzymują, a Rumunki żerują własnie na turystach, którzy dają im nawet i 50€.

Za każdym razem, idąc do pracy, wypatruję tej grupki, bo to mi mówi czy serwis będzie trudny czy nie... A może być trudny, ponieważ razem z nastolatkami jest jeszcze grupa romskich dzieciaków. Najgorsza z całej zarazy. Są to dzieciaki w wieku 8-13 lat, które przechodzą jak burza przez tarasy kawiarni i restauracji, szukając na stolikach telefonów czy portfeli... Ewentualnie otwartych torebek. Coś, co można ukraść. I zdarzało się, że komuś zginął telefon, bo nie posłuchał kiedy moi koledzy czy ja prosiliśmy żeby go schował. A taką prośbę wysłuchuje praktycznie każdy klient siedzący na tarasie.
Na początku, kiedy zaczynałam pracę w Creperie, nie miałam odwagi odpędzać tej zarazy. Mówiłam sobie, że w końcu to dzieciaki i szokowało mnie kiedy mój kolega brał takiego za kark i prawie zrzucał go ze schodów. Potem, grzecznie ich wyganiając i zauważając ich agresję, zdałam sobie sprawę, że te dzieciaki często są naćpane albo pijane, a agresja wobec mnie i ich zuchwałość wzbudzała moją agresję wobec nich. Tak więc teraz, jak tylko widzę tę zarazę na horyzoncie, pierwszą rzeczą jaką biorę do ręki jest taca... albo karty... albo spryskiwacz z płynem do czyszczenia stolików. Co jest pod ręką. I z błogosławieństwem szefostwa idę na wojnę.

Może i Was to zszokuje, tak jak klientów szokuje zarówno ich zachowanie jak i to że pozwalamy sobie na wiele (w ich obronie), ale tłuczenie Romów to bardzo odstresowujące zajęcie.

Gdybym miała jedno życzenie, to życzyłabym sobie, żeby te wszystkie Rumunki, ich ciężarne córki (Rumunki chętnie się rozmnażają, bo wtedy policja ich nie może przymknąć) oraz naćpane dzieciaki poszły do diabła.

vendredi 26 juillet 2013

Kup se porsche, chamie!

Zaraz wyjdzie, że jestem materialistką i sprowadzam relacje damsko-męskie do stanu portfela faceta, ale muszę przyznać, że jestem okropną gadżeciarą i jara mnie jazda porsche. Lubię również facetów w koszulach, z którymi włóczę się nocą po paryskich barach zamawiając niebiańsko drogie drinki o fajnych nazwach (np. Lesbian Orgasme), tak samo jak lubię letnie wieczory w Paryżu, lody na Ile St Louis i kamienne ławki nad Sekwaną.
Właściwie to do ubiegłej środy nie wiedziałam, że lubię porsche ani drogie drinki... Ani że mam siłę żeby po pracy zamelinować się w barze.
Odkąd wróciłam do Francji, jeden z moich znajomych molestował mnie żebym gdzieś z nim wyszła. Wcześniej widywaliśmy się raczej na lunchach, blisko jego kancelarii. Mimo że miałam ochotę wyjść gdzieś wieczorem, to od soboty byłam uziemiona w domu. Mały wypadek w pracy... Nic poważnego... Typowy przykład: gdyby kózka nie skakała, to by noga ją nie bolała. A. wiedział jednak, że dopóki noga mnie boli mniej lub bardziej, to nie ma szans żebym się ruszyła, więc skoro ja się nie ruszę, to on się ruszył do mnie. I w ubiegłą środę, mocno po 23 zajechał pod moją posiadłość swoim ślicznym porsche carrera. A potem ruszyliśmy prawie 200 na godzinę na podbój barów.
W tym właśnie momencie stwierdziłam, że nie ma dla mnie lepszego afrodyzjaku niż koszula i porsche. I komplementy na temat mojej wiedzy. ;)
Inną refleksją było to, że musze jak najszybciej zrobić sobie prawko. I zainwestować w piękną włoską Vespę... Ot, takie marzenie...

Jak dobrze jest wrócić do Paryża!

vendredi 12 juillet 2013

Co zabieram do Francji.

Mój pobyt w Polsce powoli dobiega końca i za tydzień o tej porze będę myśleć, że następnego dnia muszę zwlec się do pracy.
Na razie moja walizka spędza mi sen z powiek. A raczej jej pakowanie, ponieważ obawiam się, że wyjdzie tak jak w Święta, czyli moja walizka będzie pękać w szwach i na lotnisku będzie akcja przepakowywanie. A obawiam się, ponieważ poczyniłam nie małe zakupy... W dodatku dorwałam się do moich półek z książkami i materiałami z romanistyki, więc do walizki powędruje też pare książek. No i wtedy zdałam sobie sprawę, że moja przeprowadzka nie jest jeszcze skończona i dostanę jeszcze kilka paczek, a moja walizka jeszcze kilkakrotnie będzie przeciążona.

A co tym razem zabieram ze sobą?
Ciuchy... W sumie wzięłam zbyt dużo ciuchów z Francji... I tak chodzę na okrągło w dwóch parach spodni i szortach. Przy okazji kupiłam pare bluzek, spodni... No i kilka par butów... Typowa kobieca walizka no...
Jak ciuchy to i kosmetyki. Mimo że postawiłam na totalny minimalizm kosmetyczny, kiedy jechałam do Polski i naprawdę ograniczałam się na zakupach, to moja ciocia podrzuciła mi kilka półlitrowych butelek żelu i balsamu do ciała, który lubię. Sama kupiłam sobie żel pod prysznic z Orginal Source (malina z wanilią oraz mango i makadamia), pare lakierów do paznokci, szampon do włosów z Alterry (bo go lubię), pare kosmetyków kolorowych...
Kupiłam też polskie słodycze (krówki!, ptasie mleczko, czekolady...) i Żubrówkę Paloną (bo kiedyś muszę zrobić parapetówę!).
Oraz parę rzeczy do domu... wiem, że to zabrzmi niedorzecznie, ale do domu wiozę rolety i poduszki. Rolety dlatego, że we Francji nie znalazłam takich, jakie by mi odpowiadały. Popularne są okiennice, których ja nie posiadam. A poduszki dlatego, że moja mama kupiła mi, kilka miesięcy temu, koc w Home&You. A ja znalazłam pasujące do niego poduszki.
No i w końcu książki, książki i kserówki... Nurkując w mojej szafce znalazłam:
- Słownik wiedzy o teatrze - przyda się
- stare książki do francuskiego: Język francuski Róży Somli-Dembowskiej, Słownik pułapek językowych, Remarques sur l'emploi des articles (najlepsza książka o rodzajnikach - dla chętnych: mogę skserować), Szczur biblioteczny (kserówka książeczki z idiomami - idem.), Skrypt z fonetyki, jakieś kserówki z formations des mots i prepositions. Po prostu przyda się moim uczniom.
- pudełko z moimi fiszkami. Prawie 2000 karteczek.
- książki do hiszpańskiego, ponieważ mam zamiar wziąć w obroty ten język na studiach. Nie wiem od jakiego poziomu, ale się za niego wezmę, więc taszczę słownik francusko-hiszpański Larousse, podręczniki: Espanol en marcha A1/A2 i jakiś inny, książki wydawnictwa Buchmann Idiomy, Gramatyka, Czasowniki oraz moje zeszyty.
- książkę i płyty Ewy Chodakowskiej. A tak! Podejmuję wyzwanie! Ale o tym kiedy indziej...

Zastanawiam się również nad zabraniem mojego 5-cio tomowego słownika polsko-francuskiego PWN oraz Le Petit Robert. Ale nie teraz oczywiście! Le Petit Robert mogę w sumie kupić na miejscu, ale PWN by mi się przydał...
Cóż... Dobrze, że bagaż podręczny może ważyć 10 kilo...
Kocham Wizzaira!

mercredi 10 juillet 2013

Disneyland.

Jakiś czas temu, to znaczy 28 maja, miałam okazję spełnić moje wielkie dziecięce marzenie: odwiedzić Disneyland Paris.
Dlatego postanowiłam trochę opisać to doświadczenie. Może ktoś będzie jechał do Paryża z zamiarem spędzenia dnia w Disneylandzie i mu to trochę pomoże.

Najpierw parę praktycznych informacji.

Do Disneylandu najlepiej wybrać się wcześnie rano.

Disnayland Paris znajduje się ok. 50-60km od Paryża. Można tam dojechać kolejką RER A z Paryża (kierunek Marne-la-Vallée - Chessy i wysiadamy na tej właśnie stacji). Jeśli jednak ktoś woli samochód to do Disneylandu prowadzi bodajże droga A4, na której co jakiś czas pojawiają się Myszki Miki wskazujące drogę. W pobliżu parku wpada się na bramki, gdzie bardzo irytująca pani pobiera opłatę za całodzienny pobyt na parkingu: 15€.
Kiedy już dotrzemy na parking (jakieś 5-7 minut później), to lepiej zaparkować się w strefie A, bo jest najbliżej parku. No chyba, że ktoś lubi jeździć na ruchomych taśmach i słuchać muzyki z kreskówek. Co w sumie jest fajnym i ekscytującym przeżyciem.

Cały kompleks oprócz hoteli, restauracji i ogółem miasta w mieście, dzieli się na 2 parki rozrywki: Disneyland i Walt Disney Studios. Przy kupnie biletów trzeba na to bardzo uważać, ponieważ zazwyczaj najtańsze bilety to oferta: 1 dzień - 1 park. Czyli kupujemy bilet na 1 dzień pobytu w jednym parku rozrywki: albo Disneyland albo Walt Disney Studios. Taki bilet kosztuje ok. 70€. O ile się nie mylę.
Oczywiście istnieją również inne kombinacje typu: 1 Dzień - 2 Parki (mission impossible!), 2 Dni - 1 Park etc., ale oczywiście cena też jest odpowiednio wyższa.
Zdarzają się również promocje, które są dostępne głównie dla mieszkańców Ile de France. Ja na przykład wyczaiłam taką promocję w metrze: Bilet 1 Dzień - 1 Park za 39€ od osoby. Z kolei tydzień po mojej wyprawie do Disneylandu pojawiła się letnia promocja: Bilet 39€ i druga wizyta gratis. Przy takich promocjach jest jedno ale: żeby móc go kupić trzeba mieć adres we Francji. Pamiętam, że jak rezerwowałam bilety to one były na moją macochę, z moim adresem i zapłacone kartą ojca. Na angielskiej stronie Disneyland Paris nie było nawet informacji o tej promocji. Drugie ale: biletu nie można zwrócić, wymienić ani zmienić daty.
W weekendy bilety są droższe.

Park Disneyland dzieli się na 5 krain i zawiera 40-kilka atrakcji. Jest otwarty od 9 lub 10 rano do północy. Park jest inspirowany klasycznymi kreskówkami Disneya oraz Piratami z Karaibów.
Walt Disney Studios to tylko jedna kraina i 18 atrakcji. Jest otwarty od 9 czy 10 rano do 18. Park zawiera atrakcje inspirowane nowszymi kreskówkami Disneya (Toy Story, Ratatouille, Lilo i Stich) oraz filmami wyprodukowanymi przez Walt Disney Studios (Armagedon, The Twilight Zone).
Ze względu na kolejki, oblecenie tych 18 atrakcji w 1 dzień jest po prostu niewykonalne. Oblecenie 40-paru atrakcji w Disneylandzie w 1 dzień jest jeszcze bardziej niemożliwe.
Dlatego warto zaplanować całą wyprawę wcześniej. Przejrzeć dokładnie stronę internetową, znaleźć wykaz atrakcji, zastanowić się co nas interesuje, co chcemy zobaczyć oraz sprawdzić godziny widowisk i parad organizowanych w parkach każdego dnia, bo być w Disneylandzie i nie zobaczyć Myszki Miki i innych Księżniczek to tak jakby nie być w Disneylandzie w ogóle.

Większość atrakcji ma ograniczenie wzrostowe dla dzieci (1m, 1m08, 1m20...), jednak są takie atrakcje, przy których, moim zdaniem, ograniczenie wzrostowe nie wystarcza i powinni wprowadzić ograniczenie wiekowe, ponieważ zazwyczaj kończy się to przerażeniem i płaczem. W Walt Disney Studios jest to na przykład: Hollywood Tower, rollercoaster Aerosmith, rollercoaster Gdzie jest Nemo? oraz efekty specjalne z Armagedonu.

To teraz moje wrażenia.
Ze względu na to, że promocja jaką wyczaiłam obejmowała 1 Dzień w 1 wybranym Parku, mieliśmy ciężki orzech do zgryzienia. Tym bardziej, że na 28 maja zapowiadali deszcz, no i jeden z moich przyrodnich braci jest jeszcze mały, więc wszelkie rollercoastery odpadały. I tak wybór padł (trochę w ciemno) na Walt Disney Studios, ponieważ większość atrakcji znajduje się tam pod dachem.
Park początkowo wydawał się olbrzymi, ale to tylko pozory. Mimo że lało jak z cebra, to i tak do parku ściągnęły dzikie tłumy.
W sumie najmilszym wspomnieniem z tego dnia była ulga wypisana na twarzy absolutnie każdego sprzedawcy, pracownika, kontrolera, kiedy na ich angielski odpowiadałam po francusku. Biedactwa nie mają zbyt wielu okazji do pogadania w rodzimym języku.
Na początku mieliśmy ambitny plan oblecenia wszystkich atrakcji... A potem zobaczyliśmy te kolejki... No i plan legł z gruzach. Dlatego zaraz po pierwszej teoretycznej atrakcji jaką wybraliśmy (tylko 10 minut oczekiwania), ruszyliśmy na podbicie czegoś bardziej mobilnego niż kinowe fotele i wykład z technik animacji.
Jako wielka wielbicielka wesołych miasteczek, byłam spragniona mocnych wrażeń, więc rzuciłam się w stronę pierwszego rollercoastera jaki zobaczyłam. I zawróciłam: 55 minut oczekiwania...
Dlatego ruszyliśmy w stronę innych atrakcji typu Auta, spadochrony Toy Story i inne. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że o 15 jest pokaz kaskaderów i o 16 parada Disneya. Tego nie można przegapić, więc wszystko uzależniliśmy od czasu. Tak więc zaliczyliśmy: auta (coś jak filiżanki... nic specjalnego, ale ze Złomkiem lepiej się jeździ), spadochrony Toy Story (żołnierzyki!), psa z Toy Story (tego ze sprężyną... taka kolejka górska dla dzieci)... A potem ruszyliśmy do Hollywood Tower, czyli najwyższego bundynku z parku, który przyprawiał mnie o dreszcze, a ludzi w środku o dzikie wrzaski. Bardzo chciałam tam iść!
Hotel był wystylizowany na nawiedzony i jak się chwilę później okazało: miałam przeżyć mój najgorszy koszmar, czyli wsiąść do spadającej windy. Tak, boję się jeździć windą. Przysięgam, że nigdy tak się nie bałam. Następnie udaliśmy się na pokaz kaskaderów okrojony, niestety, przez deszcz i środek tygodnia. Po pokazie znów zapragnęłam mocnych wrażeń i zaciągnęłam tatę na rollercoaster przy dźwiękach Aerosmith. Rollercoaster jedzie w ciemności, przez co wrażenie jest niezatarte, ale niestety nie włączyli muzyki w czasie jazdy. Bu... Przez przejażdżkę trochę spóźniliśmy się na paradę, ale ta też była okrojona przez deszcz... który już nie padał. W związku z tym, że była już prawie 17, spieszyliśmy się żeby zobaczyć jak najwięcej, więc zaliczyliśmy efekty specjalne Armagedonu. Nie jestem fanką filmu... Ani kosmosu... Ani asteroid... Ani ognia i lejącej się na mnie wody... Więc nie byłam zachwycona buchającym ogniem zaledwie metr ode mnie ani panem wołającym Grajcie strach! Potem przejechaliśmy się przyjemnie wolną, nietrzęsącą i niewybuchającą kolejką, a jakaś pani na ekranie edukowała nas na temat efektów specjalnych i scenografii. Potem moja rodzina poszła polatać na dywanie, a ja wypróbować jeszcze jeden rollercoaster w ciemności, tym razem Gdzie jest Nemo? Ten był o wiele lepszy niż poprzedni.
No i wybiła 18... I tyle z zabawy...

W przyszłym roku mamy zamiar spędzić dwa dni w tym właściwym Disneylandzie.
A teraz kilka zdjęć.


Pełnia szczęścia.

Sexy pelerynka. Zimno...


Buzz Astral i moja sexy pelerynka.










Rihanna w Polsce...

Wielka, międzynarodowa gwiazda zaszczyciła nasz piękny kraj swoją obecnością. Zagrała jakiś tam koncert, a potem skrytykowała Polaków.
Czyli koncert Rihanny w najlepszym wydaniu.

Nie, nie byłam tam. Nawet jej nie słucham. I mało mnie interesuje czy śpiewała z playbacku czy nie.
Po prostu, kiedy wszyscy mieszają ją z błotem za nieprzychylne komentarze na temat naszego kraju, ja ją rozumiem.

Bo też bym się wkurzyła, że nie mogę mieć chwili prywatności, zrelaksować się... Że budzę sensację.

Cholera... Przyjeżdża dziewczyna, wymęczona po iluś tam koncertach. Akurat jest nad morzem, więc chce skorzystać z plaży. I nie może... Bo gdzie się nie ruszy, tam jest obstawiona stadem szczekających Polaczków*, co wielkiej gwiazdy nigdy nie widzieli i skaczą wokół niej z aparatami i przygłupawymi uśmiechami. Dobra... Idzie sobie ulicą, więc jeszcze jest to do przeżycia... Ale potem te Polaczki z aparatami obstawiają jej parawan (co by się nie przewrócił zapewne...) i gapią się jak dziewczyna się opala.
Oczywiście robią przy tym mnóstwo hałasu. Bo inaczej się nie da.
No i teraz te Polaczki na czele z Pudlem dziwią się, że Rihanna się wściekła. A kto by się nie wściekł?! Tym bardziej kiedy jest się na kacu, słyszy się jak trawa rośnie i nie można mieć spokoju.

Jakiś czas temu widziałam podobną sytuację na Champs Elysees. Szłam sobie spokojnie kupić książkę i z daleka słyszałam piski i wrzaski, a następnie zauważyłam kilka sikających z podniecenia dziewczyn z kartonami Free Hugs. Po przejściu jakiejś odległości zobaczyłam ogródek jednej z restauracji obstawiony hordą tych pisseuses, które prawie siedziały w talerzach grupy, która akurat jadła tam obiad. Zakładam, że była to jakaś znana grupa typu One Direction czy coś w tym stylu. W każdym bądź razie mordek nie rozpoznałam, ale miny mieli dosyć zażenowane.
I ja też byłam zażenowana tym widokiem.
No kurde! To też są ludzie, a nie jacyś bogowie! Też chcą zjeść obiad w spokoju.
Tak samo Rihanna chce się poopalać na plaży i zapewne wyleczyć kaca.
A tu dupa... Nie mogą...

I znów jestem zażenowana patrząc na zdjęcia Rihanny z Sopotu... Bo praktycznie na każdym jest jakaś ciesząca się, zaśliniona morda z aparatem w ręku. Jakby właśnie patrzyli na jakiś wyjątkowo rzadki okaz zwierzęcia, czy wybryk natury...

To Polaczkowo właśnie...

*Pisząc Polaczkowo, mam na myśli małomiasteczkowe, zaściankowe, żenujące zachowanie. Taki odpowiednik pisseuses...

lundi 8 juillet 2013

50 faktów o mnie.

Znalazłam takie coś na youtube'ie i pomyślałam, że to może być fajna zabawa... Tak wypisać 50 rzeczy o soibie, to co przychodzi do głowy.
To do dzieła!

1. Jestem praworęczna i mam wrażenie, że moja lewa ręka jest upośledzona. Jest o wiele słabsza niż prawa i trudniej o jakąkolwiek koordynację ruchową.
2. Jestem z metra cięta. Mam 155cm wzrostu.
3. Mając 5 lat, przebiłam sobie stopę gwoździem.
4. Dwa razy złamałam sobie kość ogonową (w 2008 i 2011 roku) spadając ze schodów.
5. Urodziłam się i wychowałam na osiedlu Bródno, na warszawskim Targówku.
6. W Warszawie mieszkam na 9 piętrze.
7. Ale boję się jeździć windą (bo jeszcze się zatnie albo spadnie...), dlatego zazwyczaj wybieram schody.
8. Bardziej niż windy boję się pająków (i innych robali).
9. Kiedyś panicznie bałam się latać samolotem. Teraz już jest lepiej...
10. Mam jedną siostrę (16 lat) i 3 braci (11,6 i 5).
11. Mam korzenie francusko-rosyjskie.
12. Pochodzę z arystokratycznej rodziny.
13. Chciałam być malarką, ponieważ mół prapradziadek uczył mnie malować.
14. W wieku 3-4 lat wiedziałam kim był Hitler, kiedy była I i II Wojna Światowa oraz co działo się w obozach koncentracyjnych.
15. Byłam mocno zaskoczona, kiedy w przedszkolu okazało się, że inne dzieci tego nie wiedzą...
16. Ogólnie interesuję się dwudziestoleciem międzywojennym i II Wojną Światową.
17. Moją przygodę z teatrem zaczęłam w wieku 13 lat w teatrze młodzieżowym Pinokio.
18. Skończyłam liceum im. Batalionu "Zośka" w Warszawie, w klasie teatralnej.
19. Do rozszerzonej matury z francuskiego przygotowywałam się 10 miesięcy (z poziomu podstawowego) i zdałam ją najlepiej w szkole.
20. Zawsze lubiłam się z wrednymi i wymagającymi nauczycielami i profesorami.
21. Jestem cholernie sentymentalna.
22. Dużo przeklinam po polsku. Po francusku prawie wcale.
23. Lecę na to, co nazywamy we Francji un brun ténébreux, czyli na bruneta o ciemnych, tajemniczych oczach. Najlepiej jeśli ma kręcone włosy... I jeśli jest o jakieś minimum 10 lat starszy ode mnie.
24. Mam dosyć wysokie mniemanie o sobie.
25. Ale jestem bardzo pokorna wobec osób, które mają więcej doświadczenia w danej dziedzinie niż ja.
26. Jeśli ktoś mi mówi, że czegoś nie uda mi się zrobić, odpowiadam: No to siadaj i patrz!
27. Odkładam wszystko na ostatnią chwilę.
28. Jestem typową sową: nie zasnę przed północą, a rano zawsze jestem niewyspana.
29. Nienawidzę rutyny, przez co nie mogłabym wykonywać normalnego zawodu.
30. Przez kilka lat byłam bardzo zakompleksiona dzięki mojej byłej najlepszej przyjaciółce. Teraz mogę jej tylko powiedzieć: pocałuj mnie w cztery litery.
31. Bardzo lubię oglądać programy naukowe typu Pogromcy Mitów lub Brainiac.
32. Jestem ateistką.
33. Jestem brutalnie szczera, wredna, zawsze mówię to, co myślę i nie przebieram w słowach.
34. Wolę usłyszeć najgorszą prawdę niż znosić niedomówienia.
35. Nie lubię mieć narzucanych poglądów.
36. Jako dziecko byłam bardzo nieśmiała.
37. Nie przepadam za dziećmi i nigdy nie piszczę z zachytu nad wózkiem.
38. Łatwo się irytuję.
39. Jestem melomanką, uwielbiam rock, wychowałam się na muzyce Queen.
40. Nie lubię osób, które żyją na Facebooku informując wszystkich o wszystkim.
41. Moim kopem w stronę teatru był musical Metro.
42. Odkąd przeczytałam książkę Rubio Williama Whartona, marzę by zobaczyć Andaluzję.
43. Od 10 lat śledzę poczynania zespołu Placebo (mam ich wszystkie płyty).
44. Chciałam mieszkać w Londynie, ale Londyn mnie zawiódł. Odwiedziłam go kilkakrotnie w moim życiu, ponieważ mój ojciec mieszka w Wielkiej Brytanii i zawsze wracałam z bólem głowy.
45. Jako nastolatka byłam fanką Harry'ego Pottera.
46. Uwielbiam grę The Sims. Kiedyś udało mi się skolekcjonować wszystkie części.
47. Jestem niejadkiem. Mało rzeczy mi smakuje, ale lubię próbować nowe potrawy i zawsze jem oczami.
48. W liceum miałam 10 kolczyków w uszach (7 w lewym i 3 w prawym). Teraz zostały i 4 w lewym i 1 w prawym. Mam również jeden tatuaż i dwa w planach.
49. W wieku 15 lat zrobiłam sobie irokeza przechodząc przez fazę chcę być metalem.
50. Śpię po przekątnej łóżka. Odkąd mam dwuosobowe łóżko. Wcześniej zdarzyło mi się spaść z mojego jednoosobowego.

No to tyle... Zapraszam wszystkich chętnych do zabawy. ;)

samedi 6 juillet 2013

A la campagne.

Dzisiejszą notkę sponsoruje polska wieś oraz piosenki Zaz Toujours i Benabar A la campagne.

Ten weekend postanowiłam spędzić u mojej cioci na wsi. Tam, gdzie spędzałam absolutnie każde wakacje i święta Bożego Narodzenia kiedy byłam dzieckiem. Kocham to miejsce jak mój własny dom i zawsze się tu wyciszam, ładuję akumulatorki.
Cały dzień spędziłam na świeżym powietrzu spacerując, bujając się na huśtawce, głaszcząc koty, wspominając stare czasy, grając w badmintona i wylegując się na sianie jak za starych dobrych czasów. Niestety drzewo, na które się wspinałam już nie istnieje... A szkoda...

Stwierdziłam też, że zarówno mój brat jak i mój kuzyn nie są już takimi dzieciakami jakim byłam, na przykład, ja. Nie potrafią bawić się niczym ani nie sprawia im frajdy łażenie w zbożu, wspinanie się na górę siana czy obserwowanie maszyn rolniczych. Ja mam 23 lata i dalej się tym cieszę.

W takich chwilach żałuję, że kopnęłam Ch. w tyłek... Chętnie pokręciłabym się po jego domku w górach...

Coucou!

Wygodnie mi..


Kuń.

Je serai toujours la môme des chemins...

A to ja, jakieś 18 lat temu.

 Ulubioną anegdotą mojej rodziny jest to, że jak miałam jakieś 2 i pół roku to pewnego dnia po prostu zniknęłam. Ostatni raz widzieli mnie jak bawiłam się z psem o imieniu Bary. Przez bite dwie godziny szukała mnie cała rodzina w całej wsi, a ja po prostu wyspałam się w budzie Barego (z Barym obok) i po przebudzeniu po prostu z niej wyszłam.

Lecę na partyjkę scrabli i kart!



vendredi 5 juillet 2013

CDAS po kilku miesiącach nauki.

Rok szkolny się skończył, więc chyba czas napisać coś o tej szkole...
Tym bardziej, że, tak jak pisałam w poprzedniej notce, zrezygnowałam z nauki. A ciężko jest mnie wykurzyć ze szkoły, która miala spełniać moje marzenia.

Oczywiście, kiedy we wrześniu dostałam się do CDAS radość była ogromna i trwała cały pierwszy trymestr.    W drugim trymestrze dowiedzieliśmy się, że Adriano Sinivia i Victoria będą naszymi nauczycielami przez bite 3 lata. Dla przypomnienia: prowadzili zajęcia z jeu et interprétation, których mieliśmy 6 godzin w tygodniu. W tym drugim semetrze wyszło też, że najważniejszy przedmiot został powierzony osobom, które nie mają ochoty zbyt wiele nas nauczyć, ale które chcą narzucić nam swoją wolę. W dodatku Victoria miała swoich élèves chouchous, czyli ukochanych uczniów, których faworyzowała na każdym kroku. Odbijało się to głównie na przydzielanych rolach.
O ile w pierwszym trymestrze udało mi się wywalczyć rolę La Soeur w Roberto Zucco, o tyle kiedy robiliśmy Feydeau już nie. No ale dołożyłam wszelkich starań żeby udźwignąć role, którą nie do końca czułam. Przy Rhinocéros miałam wrażenie, że Victoria miała z góry zaplanowane kto zagra którą rolę. Kiedy usłyszeliśmy jej propozycję, większość klasy podniosła bunt i dopiero wspólnym głosowaniem przeforsowaliśmy najlepszego z nas do głównej roli, czyli Nico. Niestety Victoria preferowała mniej utalentowanych uczniów i to oni mogli liczyć na główne role czy na największe fragmenty tekstów.
Osobiście nie chciałabym być jej ukochaną uczennicą, ale bolała mnie pewna niesprawiedliwość.
Szczerze mówiąc: poszłam obejrzeć Rhinoceros 21 czerwca i bardzo współczuję moim utalentowanym znajomym, że dostali jakieś drugoplanowe role i tak okrojone żeby nie robić ze spektaklu 4-godzinnego posiedzenia. Ja miałam dostać rolę... tadadadam... kelnerki! Co za odmiana od mojej pracy...

To był główny powód, dla którego zwinęłam manatki. Konsekwencją takiego zachowania naszych nauczycieli było to, że próby były przeprowadzane głównie z ukochanymi uczniami, więc połowa grupy siedziała w garderobie przez minimum godzinę. Jeśli płacę za tę szkołę 172€ miesięcznie to oczekuję, że czegoś się nauczę, a nie będę oglądać ściany garderoby. A w trzecim trymestrze nie mieliśmy już ani dykcji ani improwizacji, czyli zajęć z których najwięcej wynosiłam. Więc miałam płacić prawie 2 stówy za zabijanie czasu.
Innym powodem było to, że szkoła nie pomagała w realizacji projektów. W pewnym momencie był szał wokół Nuit Bouffe. Wszystko fajnie i super, ale mogłam wystawić sztukę pod warunkiem, że sama znajdę salę. Szkoła mogła mi podać listę zaprzyjaźnionych sal i pełnić patronat nad sztuką (rezerwując sobie do niej wszystkie prawa...), ale jeśli chodzi o resztę: Démerde-toi ma fille!

No i tak cieszę się, że zrezygnowałam i dostałam się na Sorbonę.
Nie powiem, że te kilka miesięcy nic mnie nie nauczyły, bo nauczyły mnie sporo, ale wolę mieć solidniejsze wykształcenie. Jeśli poziom zajęć praktycznych na Sorbonie nie będzie mi odpowiadał, to dorzucę sobie konserwatorium...

jeudi 4 juillet 2013

Fuck yeah!

Powoli zaczynam wierzyć, że wszystkie moje marzenia spełniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Bo znowu jedno się spęłniło...
Ale najpierw trochę historii...

Jak powszechnie wiadomo: kocham teatr. Będąc mniej-więcej na drugim roku romanistyki zastanawiałam się, co dalej z moją karierą. Tym bardziej, że moja ówczesna najlepsza przyjaciółka na całe życie (jak już wiadomo takie pojęcie nie istnieje) truła mi strasznie, że nie wie co chce robić w życiu. Że turystyka to nie to. Że chciałaby być aktorką... blabla... Próbowałam namówić ją na wyjazd do Francji na stałe, no i wtedy między innymi pojawił się temat studiów na Sorbonie. Na Paris 8. Kierunek: arts en scène, théâtre.

No i tak się stało, że owa dziewczyna została w Polsce. Przyjaciółkami nie jesteśmy od dawna.

A ja właśnie dostałam się na Paris 8.
Kierunek: arts en scène, théâtre.

Dawno się tak nie ucieszyłam jak dziś rano czytając maila, że komisja ma przyjemnośc ogłosić mi, że jestem przyjęta. Chociaż ta radość była okupiona jednym wielkim stresem!
Bo rekrutacja na studia w Paryżu jest bardziej stresująca niż ta w Polsce!

Wszystko zaczęło się w marcu, kiedy postanowiłam zapisać się na państwowe studia, ale nie miałam zamiaru wracać na romanistykę. Naturalnym wyborem była teatrologia. Ot tak żeby mieć papierek, żeby rodzina się odczepiła... Po przedyskutowaniu tego z kilkoma osobami, stwierdziłam, że to chyba dobry wybór, a i możliwości zawodowe są interesujące. No więc zapisałam się... Ściągnęłam dossier d'inscription i odłożyłam je na później. Po jakimś czasie zabrałam się za to dossier. Wypełniłam je jak każde inne dossier, a potem zerknęłam na listę dokumentów, które trzeba wysłać. I znowu odłożyłam to na później.

Lista była następująca:

- kopia dowodu lub paszportu (wysłałam to i to... administracja francuska...)
- kopia wyników egzaminu potwierdzających znajomość języka francuskiego (czyli mój DALF C1... na licencjat podobno wystarcza tylko B1)
- kopia wyników matury lub innych dyplomów pozwalających na przyjęcie na studia
- oceny z ukończonych kursów, studiów etc. (w tym świadectwo ukończenia liceum)
- oczywiście wszystkie dokumenty typu świadectwa, dyplomy musza byc przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego najlepiej we Francji
- CV podkreślające doświadczenie w dziedzinach artystycznych (lub jego brak ;))
- list motywacyjny

Chyba coś jeszcze było, ale teraz nie pamiętam...
Ja dorzuciłam również moje bilans pédagogiques z CDAS.

Przyznaję, że nastawiałam się na to, że nie zostanę przyjęta.
Bo list motywacyjny pisałam o 1 w nocy i naprawdę nie jestem w tym dobra.
I nie załączyłam ocen z romanistyki. Miałam w tej kwestii olbrzymi dylemat. Bo w końcu po co im? To nie ma związku. A i tak zapisałam się na pierwszy rok, więc to nie jest kontynuacja. Pan Ł. wspierał mnie w tej kwestii mówiąc, że oceny ze świadectwa licealnego starczą. Z kolei mój znajomy, L., który wykłada ekonomię na jednym z uniwerków w Paryżu, stwierdził, że dla niego, dossier bez ocen z poprzednich studiów jest niekompletne. Bo komisja chce wiedzieć co i z jakim skutkiem robiłam wcześniej. A tu mówimy o 3 latach z życia. A było już za późno żeby zdobyć te oceny...
Pozostawało mi tylko modlić się o cud.
Jak tylko dostałam wiadomość, że komisja otrzymała moje dossier, każdego dnia spodziewałam się wiadomości: Dossier incomplet. Candidature rejetée. No ale takiej nie dostałam.
Za to zostałam przyjęta.
Jako jedna ze 100 osób.

I z wielką radością i dumą mogę Wam o tym powiedzieć.
Warto w coś wierzyć. Bo to przynosi efekty.

Cholera! Udało się!

A co dalej z CDAS?
W kwietniu zawiesiłam moją naukę w tej szkole. Dlatego nie informowałam Was o spektaklach, które teoretycznie miały mieć miejsce. Zawiesiłam, bo przestała mi się podobać forma zajęć, ale o tym napiszę następnym razem.

Wkurw

Mój pobyt w Polsce wykorzystuję m.in. na wizyty u lekarzy etc. No a jak wizyty u lekarzy to również rutynowy przegląd u dentysty. Zawsze uważałam, że mam świetną dentystkę, więc leczenie u niej to prawie przyjemność (o ile wizyta u dentysty, borowanie i znieczulenie możemy określić mianem przyjemności). Przed rutynową kontrolą mama stwierdziła, że jej zdaniem nasza dentystka zaczęła zdzierać klientów i robi wszystko na odwal się.
No i niestety przekonałam się o tym na własnej skórze...
Zaliczyłam dwie wizyty, podczas których moja dentystka dorobiła mi 2 wyimaginowane dziury w zębach oraz zaczęła mi wmawiać, że zgrzytam zębami przez co mam starte górne jedynki i ona musi mi niezwłocznie je uzupełnić. W rezultacie nabawiłam się nadwrażliwości jednego zęba, a wypełnienie ułamało się tego samego wieczoru po zaledwie 8 godzinach. Dzisiaj pognałam z reklamacją. Wypełnienie zostało spiłowane,  zęby mam takie jakie miałam, nadwrażliwość została, ale mój portfel i tak uszczuplił się o 700zł (nie, nie zwróciła mi za wypełnienie tych dwóch zębów). W dodatku za jakieś 3 miesiące będę musiała poszukać dentysty we Francji...
Boli mnie głowa, boli mnie szczęka i boli mnie portfel...
Jestem ogólnie wkurwiona.

Nie polecam stomatologa na Osiedlu Zielone Zacisze w Warszawie.
Amen.