vendredi 5 juillet 2013

CDAS po kilku miesiącach nauki.

Rok szkolny się skończył, więc chyba czas napisać coś o tej szkole...
Tym bardziej, że, tak jak pisałam w poprzedniej notce, zrezygnowałam z nauki. A ciężko jest mnie wykurzyć ze szkoły, która miala spełniać moje marzenia.

Oczywiście, kiedy we wrześniu dostałam się do CDAS radość była ogromna i trwała cały pierwszy trymestr.    W drugim trymestrze dowiedzieliśmy się, że Adriano Sinivia i Victoria będą naszymi nauczycielami przez bite 3 lata. Dla przypomnienia: prowadzili zajęcia z jeu et interprétation, których mieliśmy 6 godzin w tygodniu. W tym drugim semetrze wyszło też, że najważniejszy przedmiot został powierzony osobom, które nie mają ochoty zbyt wiele nas nauczyć, ale które chcą narzucić nam swoją wolę. W dodatku Victoria miała swoich élèves chouchous, czyli ukochanych uczniów, których faworyzowała na każdym kroku. Odbijało się to głównie na przydzielanych rolach.
O ile w pierwszym trymestrze udało mi się wywalczyć rolę La Soeur w Roberto Zucco, o tyle kiedy robiliśmy Feydeau już nie. No ale dołożyłam wszelkich starań żeby udźwignąć role, którą nie do końca czułam. Przy Rhinocéros miałam wrażenie, że Victoria miała z góry zaplanowane kto zagra którą rolę. Kiedy usłyszeliśmy jej propozycję, większość klasy podniosła bunt i dopiero wspólnym głosowaniem przeforsowaliśmy najlepszego z nas do głównej roli, czyli Nico. Niestety Victoria preferowała mniej utalentowanych uczniów i to oni mogli liczyć na główne role czy na największe fragmenty tekstów.
Osobiście nie chciałabym być jej ukochaną uczennicą, ale bolała mnie pewna niesprawiedliwość.
Szczerze mówiąc: poszłam obejrzeć Rhinoceros 21 czerwca i bardzo współczuję moim utalentowanym znajomym, że dostali jakieś drugoplanowe role i tak okrojone żeby nie robić ze spektaklu 4-godzinnego posiedzenia. Ja miałam dostać rolę... tadadadam... kelnerki! Co za odmiana od mojej pracy...

To był główny powód, dla którego zwinęłam manatki. Konsekwencją takiego zachowania naszych nauczycieli było to, że próby były przeprowadzane głównie z ukochanymi uczniami, więc połowa grupy siedziała w garderobie przez minimum godzinę. Jeśli płacę za tę szkołę 172€ miesięcznie to oczekuję, że czegoś się nauczę, a nie będę oglądać ściany garderoby. A w trzecim trymestrze nie mieliśmy już ani dykcji ani improwizacji, czyli zajęć z których najwięcej wynosiłam. Więc miałam płacić prawie 2 stówy za zabijanie czasu.
Innym powodem było to, że szkoła nie pomagała w realizacji projektów. W pewnym momencie był szał wokół Nuit Bouffe. Wszystko fajnie i super, ale mogłam wystawić sztukę pod warunkiem, że sama znajdę salę. Szkoła mogła mi podać listę zaprzyjaźnionych sal i pełnić patronat nad sztuką (rezerwując sobie do niej wszystkie prawa...), ale jeśli chodzi o resztę: Démerde-toi ma fille!

No i tak cieszę się, że zrezygnowałam i dostałam się na Sorbonę.
Nie powiem, że te kilka miesięcy nic mnie nie nauczyły, bo nauczyły mnie sporo, ale wolę mieć solidniejsze wykształcenie. Jeśli poziom zajęć praktycznych na Sorbonie nie będzie mi odpowiadał, to dorzucę sobie konserwatorium...