lundi 29 juillet 2013

Paryska zaraza.

Nigdy nie byłam rasistką i naprawdę mało rzeczy mi przeszkadzało w życiu...
A potem przeprowadziłam się do Paryża...

Pierwszy szok przeżyłam już w 2009 roku, spacerując w słoneczny dzień po Les Halles. Zaczepiła mnie wtedy Rumunka, spytała czy mówię po angielsku, a gdy odpowiedziałam, że tak, pokazała mi kartkę, na której było napisane, że prosi o pieniądze. Oczywiście na chore dziecko, na jedzenie, na coś...
Od tamtego wydarzenia minęły 4 lata.
Rumunki zmieniły technikę, a ja wyczuwam je z daleka.

Nie wiem czemu, ale odkąd Sarko zarządził likwidację obozowisk romskich i deportację ich mieszkańców tam, skąd przybyli, byłam przekonana, że to zrobił. Ale nie wzięłam pod uwagę tego, że ta zaraza wraca jak bumerang, więc kiedy pierwszy raz zobaczyłam obozowisko romów byłam w bardzo ciężkim szoku. Bo było wielkie i obrzydliwe. W dodatku zaraz przy Stade de France. Potem doliczyłam się ponad 10 Rumunek leżących lub spacerujących na Champs Elysées. Bardzo zorganizowana grupa. A potem przeprowadziłam się do Pierrefitte i przyszła wiosna...

Jadąc rerem D do siebie, swego czasu mijałam 4 obozowiska. Niedawno 2 zostały zlikwidowane. Wiele razy przez wagon przechodziła Rumunka z dzieckiem lub samo dziecko, które w tym swoim języku prosiło o pieniądze. Zawsze jest to ta sama Rumunka z tym samym dzieckiem. Aż żal mi tej dziewczynki, bo jest śliczna. Wysiadając na Chatelet-Les Halles i idąc przy fontannie Niewiniątek, a następnie w stronę Centrum Pompidou, za każdym razem natykam się na tę samą grupę Rumunek. Tym razem nie są to stare kobiety pokazujące kartki, ale nastolatki, które próbują zmusić przechodnia do podpisania petycji na rzecz chorych dzieci, głuchoniemych czy czegoś... Bo przecież chodzą wolontariusze Unicefu czy innych organizacji i w ten sposób pozyskują sobie działaczy. Z tą różnicą, że wolontariusze noszą firmowe koszulki i się myją. Co gorsza! Wolontariusze mają trudności z pozyskaniem działaczy: widać ich z daleka, a poza tym turyści się nie zatrzymują, a Rumunki żerują własnie na turystach, którzy dają im nawet i 50€.

Za każdym razem, idąc do pracy, wypatruję tej grupki, bo to mi mówi czy serwis będzie trudny czy nie... A może być trudny, ponieważ razem z nastolatkami jest jeszcze grupa romskich dzieciaków. Najgorsza z całej zarazy. Są to dzieciaki w wieku 8-13 lat, które przechodzą jak burza przez tarasy kawiarni i restauracji, szukając na stolikach telefonów czy portfeli... Ewentualnie otwartych torebek. Coś, co można ukraść. I zdarzało się, że komuś zginął telefon, bo nie posłuchał kiedy moi koledzy czy ja prosiliśmy żeby go schował. A taką prośbę wysłuchuje praktycznie każdy klient siedzący na tarasie.
Na początku, kiedy zaczynałam pracę w Creperie, nie miałam odwagi odpędzać tej zarazy. Mówiłam sobie, że w końcu to dzieciaki i szokowało mnie kiedy mój kolega brał takiego za kark i prawie zrzucał go ze schodów. Potem, grzecznie ich wyganiając i zauważając ich agresję, zdałam sobie sprawę, że te dzieciaki często są naćpane albo pijane, a agresja wobec mnie i ich zuchwałość wzbudzała moją agresję wobec nich. Tak więc teraz, jak tylko widzę tę zarazę na horyzoncie, pierwszą rzeczą jaką biorę do ręki jest taca... albo karty... albo spryskiwacz z płynem do czyszczenia stolików. Co jest pod ręką. I z błogosławieństwem szefostwa idę na wojnę.

Może i Was to zszokuje, tak jak klientów szokuje zarówno ich zachowanie jak i to że pozwalamy sobie na wiele (w ich obronie), ale tłuczenie Romów to bardzo odstresowujące zajęcie.

Gdybym miała jedno życzenie, to życzyłabym sobie, żeby te wszystkie Rumunki, ich ciężarne córki (Rumunki chętnie się rozmnażają, bo wtedy policja ich nie może przymknąć) oraz naćpane dzieciaki poszły do diabła.