jeudi 26 septembre 2013

La deuxième c'est la misère!

W Polsce mówi się, że 3 dzień, 3 tydzień, 3 miesiąc oraz 3 spektakl są najgorsze lub najtrudniejsze.
We Francji mówi się, że drugi spektakl jest najgorszy. Wczoraj wykłócałam się z Nathalie, że wcale nie, że dziś nie będzie tak źle... Owszem.... Nie było źle... To była katastrofa.

Dzień zaczęłam od próby do publicznej lektury nowej sztuki Le dialogue des Carmelites. 3 długie godziny w dusznej sali nad tekstem. Jupiii! Chociaż wcale mi to nie przeszkadzało. Mam okazję pracować z nowymi twarzami, które przyglądały mi się z żywym zaciekawieniem i mam ochotę bronić tego projektu, bo jest tego wart. Sztuka jest oparta na prawdziwych wydarzeniach z czasów Rewolucji Francuskiej. Potem mały shopping w kameralnym sklepiku w pasażu za muzeum Grevin, gdzie wyczaiłam piękny sztylet, który mógłby przydać się w sztuce. Szybka zrzuta i Laurent zyskał  nowy rekwizyt.
O 18 byłam już w teatrze, częstowałam moją mała rodzinkę polskimi krówkami śmiejąc się Tu veux goûter une petite vache?. Kiedy przygotowywałam reżyserkę, Nathalie wzięła mnie na bok żeby powiedzieć mi jak bardzo wzruszyła ją moja przemowa z wczoraj. Zaraz Laurent, a potem Dominique podłapali temat i znowu uściskom nie było końca. Tak samo jak zapewnieniom: Ce n'est que le début. Maintenant tout sera plus facile!

A o 19 wszystko runęło... Początek był niezły. Potem prawie zaliczyłam glebę potykając się o suknię, wracając do reżyserki włączyłam złą muzykę... W scenie modlitwy nagle znaleźliśmy się w ciemnościach, bo Laurent pomylił się i dał Blackout nie tam gdzie trzeba. Dosyć zabawne było to, że światło wyłączyło się idealnie w momencie kiedy Jean-Luc mówił o les ténèbres du Styx. Mniej więcej w tym momencie poczułam, że coś drapie mnie w gardle i modliłam się, żeby nie zacząć kasłać jak szalona na scenie. W tym samym czasie słyszałam jak Lolo w najlepsze sobie pokasłuje przy otwartych drzwiach od reżyserki. Kiedy wpadłam do garderoby poleciałam od razu do najbardziej oddalonego miejsca i wykasłałam się porządnie, a potem to samo kazałam zrobić Laurent, który z miną biednego chłopca prosił mnie żebym pozwoliła mu jeszcze raz zmienić światła. No a potem rozpoczął się armagedon. Najpierw Dominique przeskoczył tekst, potem ja się pomyliłam i przez chwilę na scenie mieli małą dyskotekę kiedy próbowałam opanować światła i doprowadzić je do kultury, aż w końcu Laurent przeskoczył całą stronę tekstu i ostatnia scena nie wyszła tak jak powinna. W ogóle nie wyszła...
A na sali siedział krytyk...

Żebyście mieli pojęcie o kim piszę, poniżej zamieszczam zdjęcia mojej trupy.


Nathalie Hamel - to ona przygarnęła mnie do trupy i myślę, że mam wobec niej olbrzymi dług wdzięczności. Opiekuje się mną jakbym była jej córką i wierzy we mnie bardziej niż ja sama.


Dominique Ploteau - jako pierwszy zaprowadził mnie do sali, pokazał teatr i daje mi cenne rady kiedy jestem na scenie.


Jean-Luc Bouzid - pierwszy do dawania mi rad, najdłużej pracuje z Nathalie, ostatni przed spektaklem.


Alain Michel - nasz nauczyciel greki (ponieważ w Les Perses mówimy też po grecku). Trzyma się trochę na uboczu, ale kiedy już usiądzie do rozmowy to mogę z nim rozmawiać godzinami.


Eric Veiga - głośny, nieprzewidywalny, szczery do bólu... Chyba najczęściej słyszanym zdaniem w życiu jest Tais-toi Eric! Gdyby nie istniał, ktoś musiałby go wymyśleć.


Laurent Brusset - mon grand frère i jego zielone, wielkie oczyska. Drugi régie w trupie, bo chyba już awansowałam na pierwszego. Poszłabym za nim w ogień. Nie lubi słodyczy. Jeśli dobrze się orientuję to jesteśmy najmłodsi z całego towarzystwa. I wydaje mi się, że to jest jedyny Francuz jakiego znam, który nie wsiądzie do samochodu czy na skuter do kieliszku wina.



Béatrice Mandelbrot - Polka na pokładzie! Ale niestety tylko z pochodzenia. Bea nie mówi po polsku z wyjątkiem kilku słów. Przy okazji jest niezwykle uzdolnioną aktorką z głosem jak dzwon.

Virginie Gibert - z Virginie wiąże się ciekawa i śmieszna historia. Widziałam ją kilkakrotnie u siebie w restauracji i nigdy nie byłyśmy dla siebie zbyt miłe. A potem spotkałyśmy się na jednej scenie i zaprzyjaźniłyśmy się. Do tego stopnia, że Virginie, wiedząc, że uwielbiam film Miasteczko Halloween, zrobiła mi prezent i kupiła długopis w kształcie Sally z tego filmu.

Tak właśnie prezentuje się moja teatralna rodzinka...

mercredi 25 septembre 2013

Quand le rideau tombe...

Jeszcze szampan i wino nie uleciało mi dobrze z głowy, nie wiele też pamiętam z tej premiery, emocje już trochę opadły, ale i tak nie zasnę, więc muszę napisać, że jestem niezwykle dumna i szczęśliwa, że to największe marzenie wreszcie się spełniło.

Przyszliśmy do teatru w dobrych nastrojach, zadowoleni z siebie, że w końcu dotarliśmy do tej premiery. Nathalie przygotowała dla nas małe prezenty (podobno taka tradycja). Podziękowałam jej za to, że mnie przygarnęła i przyczyniła się do spełnienia tego marzenia. Kiedy zaczęliśmy sie przebierać 15 minut przed rozpoczęciem spektaklu, w garderobie zapadła cisza, a atmosfera zrobiła się tak gęsta, że można ją było krajać nożem. Moja suknia, która nie jest zbyt gruba, grzała niesamowicie. Zasiadłam przed konsolą, ustawiłam światła... i nic więcej nie pamiętam.

Mam jakieś tam przebłyski... Pani w pierwszym rzędzie machała nogą, inna w drugim trzymała głowę na ramieniu partnera.  Kiedy dopadłam do konsoli w 3 scenie ręce mi się trzesły jak szalone. Potem wpadłam w panikę słysząc jak na scenie mylą tekst i nie wymawiają słów, które dla mnie są znakiem do zmiany światła. Szłam po omacku. Ściskałam rękę Laurent żartując, że tym razem nie będę drzeć się z reżyserki żeby mu podpowiedzieć tekst. W trakcie ostatniej sceny siedziałam ze skrzyżowanymi palcami i trzęsłam się już cała z nerwów podobnie jak Virginie i Nathalie, które były ze mną przy odsłuchu.
Potem oklaski... Prawie wyrżnęłam nadeptując sobie na suknie. Uśmiechnięty Fabian na widowni. W garderobie uściski i niezliczone buziaki. Jakiś Pan, który podobno przychodzi na każdą premierę, wręczał nam róże. Pierwszą osobą, którą przytuliłam był Laurent. Cały się trząsł, a ja śmiałam się, że udało mu się przebrnąć przez tę scenę bez luki w tekście. Przebrałam się, wzięłam rum z lodówki, wyszłam do foyer przez wyjście dla artystów (prestiż) i wpadłam prosto w ramiona Fabiana. Poryczałam się jak dziecko.
Fabian też zostawił mi różę i zostawił mnie z moją trupą. Otworzyliśmy szampana, wino, śliwowicę i zagryzki. Po pierwszym toaście podziękowałam trupie za wszystko, przede wszystkim za to, że są i że są dla mnie jak rodzina. Niecały miesiąc temu zyskałam cudownych przyjaciół i starszego brata (mój kochany Laurent) i nie zamieniłabym ich na nic innego.

Tak właśnie wyglądała premiera Les Perses w teatrze Nord-Ouest.

mardi 24 septembre 2013

H-18.

Ta notka miała być o tym jak zajebista jest praca w reżyserce. I miała pojawić się wcześniej, jednak ostatnie dni spędziłam gdzieś między teatrem, pracą a uczelnią śpiąc po 4 godziny.

No i tak... Za kilkanaście godzin moje wielkie marzenie spełni się oficjalnie: będę aktorką.
W ostatnich dniach moje życie przybrało tak szalony obrót, że teraz, kiedy myślę o tym i mówię sobie: Ça y est! Twoje marzenie się spełniło i będzie spełniać się dalej. Masz wszystko to, co chciałaś. Mam łzy wzruszenia w oczach. Premiera skończy się płaczem. I po raz kolejny niedowierzam: Cholera! Udało się!

Codziennie spędzałam w teatrze 5 godzin. To dużo.
Codziennie obserwowałam moich kolegów, poznawałam ich, docieraliśmy się bardzo szybko. Każdy z tych ostatnich dni mnie zaskakiwał czymś nowym. Zaczynając od tego, że jako la cadette de la troupe (najmłodsza w trupie) jestem ukochaną maskotką pani reżyser, jej asystenta i reszty. Przy okazji wszyscy są zadowoleni z mojej pracy, więc propozycje mnożą się jak szalone. Zaczęło się od zwykłego pytania: Tu sais faire la régie? Tak, umiem obsługiwać konsolę i idzie mi to dobrze. Nawet kiedy reżyserka mieści się w kulisach i jedynym punktem odniesienia jest odsłuch. No i tak awansowałam na drugiego majstra od świateł obok asystenta reżysera, Laurent. Tak więc całe oświetlenie w trakcie Les Perses to nasze dzieło. W dodatku obydwoje to lubimy, więc kiedy tylko dochodzi do sytuacji gdzie obydwoje znajdujemy się za kulisami, prawie bijemy się o fotel. A kiedy on wygrywa, wieszam się na nim i tak długo go męczę aż ustąpi mi miejsca. Wchodząc do trupy zyskałam cudownego starszego brata, z którym rozumiem się perfekcyjnie.
Po dostaniu pozycji régie, Nathalie poprosiła mnie o wypisanie wszystkich dat gdzie jestem dyspozycyjna, proponując przy okazji robienie świateł przy innych spektaklach, nową rolę w Le dialogue des Carmelites oraz w Kosovo. Potem dowiedziałam się, że Les Perses zostanie przedłużony do końca lutego, a Kosovo będzie w lipcu. Czyli mam pracę jeszcze przez conajmniej rok.

Przy okazji muszę się też pochwalić TYM. Jak to skomentowała A.: Jest prestiż!
Ja sama zapraszam wszystkich mieszkających w Paryżu do teatru, ponieważ uważam, że wyszła nam naprawdę fajna sztuka. Szczególnie upodobałam sobie scenę 7, nie dlatego, że robię w niej oświetlenie, ale dlatego, że Laurent jest w niej perełką (na billetreduc.com tę scenę obrazuje Laurent na podłodze).

Za 18 godzin spełni się mój sen. I jestem z tego dumna.

To o to bijemy się z Laurent.

jeudi 19 septembre 2013

Sosie.

Z cyklu: dziwne i mniej lub bardziej zabawne sytuacje.

W ubiegłą niedzielę, kiedy moje cudowne pół godziny przerwy minęło. Założyłam sprany czarny fartuszek, cieżko westchnęłam i wyszłam na taras restauracji żeby ogarnąć co się dzieje w mojej strefie działania.
Po 5 sekundach dostałam zawału, palpitacji, arytmii, duszności, niedotlenienia i niedokrwienia mózgu i innych objawów mówiących: chyba widzę ducha! albo co on tu u diabła robi?! Słowem: prawie zemdlałam. Otóż przy stoliku numer 205 usiadł właśnie pan Ch. Mało tego: z jakąś niezbyt urodziwą panną.
Jak teraz o tym myślę, to moim zdaniem, wyrażenie mieszane uczucia wyraża mniej więcej: wielkie szczęście, zaskoczenie, złość, łzy w oczach, wściekłość, smutek etc. wzięte wszystkie razem. Nie wiem jak się czułam w tamtej chwili, bo po prostu doświadczyłam milion stanów emocjonalnych w jednej chwili. Kiedy ochłonęłam, wzięłam dwa menu, i powtarzając sobie Tylko go nie zabij. pomaszerowałam do stolika.
Zbliżając się dostrzegłam jednak, że facet jest młodszy od pana Ch. (mniej zmarszczek etc.) i nie pali. W dodatku nie zbladł na mój widok, więc, odetchnęłam z ulgą, to nie był pan Ch.
Jednak... Jako że w dalszym ciągu przeżywam nasze rozstanie i przypuszczam, że jeszcze długo mi nie przejdzie (nazywanie go za Iną Panem Chujem nie pomaga), sam fakt, że oto mam przed sobą twarz faceta, którego cholernie mi brakuje (mimo że naprawdę jest draniem) wywołał we mnie falę ekscytacji i poinformowałam wszystkich moich kolegów, że na 205 siedzi sobowtór Ch. I tak, biedny klient znalazł się pod obstrzałem natrętnych spojrzeń.

W między czasie do stolika dołączył się jeszcze inny pan... Zbierając talerze zauważyłam jak mój fałszywy pan Ch. w najlepsze głaszcze udo kolegi obok. Zazwyczaj w takich momentach, kiedy zauważam przystojnego klienta i odkrywam, że jest gejem stawiam sobie wymowne, egzystencjonalne: Why?! 

Jednak facet nie był zbyt głupi, zauważył, że przypatrujemy mu się z natrętną ciekawością, więc w końcu mój kolega poszedł do stolika i wygłosił mu mowę, że przeprasza go bardzo za takie natrętne przyglądanie się, ale po prostu przypomina bardzo kogoś, kogo dobrze znamy (gwoli ścisłości: J. nie zna pana Ch.). Facet stwierdził, że nie ma sprawy, że w sumie mu miło. 5 minut później zawołał mnie posyłając mi śliczny uśmiech. Zamówił  co chciał i zaczęliśmy rozmawiać. W końcu sama przeprosiłam go za zainteresowanie kelnerów i wytłumaczyłam, że to przeze mnie, bo przypomina mi mojego byłego.

W tym momencie klient okazał szczyt swojej skromności wykrzykując bardzo zadowolony na pół tarasu:

Mais vous avez un très bon gout!

I w dodatku zauważyłam, że miał akcent... Był Hiszpanem... Tak jak pan Ch....

P.S. Z cyklu: ciekawostki przyrodnicze:
Jest takie przysłowie: Jamais deux sans trois (do trzech razy sztuka).
Część Francuzów rozumie to przysłowie jako: Jamais deux cent trois (nigdy dwieście trzy), więc jeśli zdarzy im się usiąść przy stoliku 203 i dowiadują się, że ten stolik ma taki numerek, to proszą o zmianę. Że nigdy to przynosi nieszczęście.

mardi 17 septembre 2013

J-8!

Ok... Za tydzień o tej porze będę starała się zrelaksować przed premierą. I oczywiście mi się to nie uda.

Daty trochę uległy zmianie. Doszło mi pare spektakli i cieszę się z tego ogromnie.
Dziś przymierzałam również kostium, a afisz wisi już we foyer i na moim Facebooku. Radość z mojego nazwiska na kartce papieru była ogromna. W końcu, pierwszy raz, oficjalnie.

Jeśli chodzi o trupę, z którą pracuję, to zdecydowanie dobrze jest być najmłodszą. Wszyscy moi nowi koledzy są cudownie mili i czuję się po prostu rozpieszczona do granic możliwości. Usłyszałam, że droga dopiero się otwiera i coś w tym jest, bo dzisiaj posypały się kolejne propozycje (na bliżej nieokreślone terminy): Léonie est en avance G. Feydeau (ze mną w roli głównej jeśli dojdzie do skutku) oraz wystawienie mojej Nuit Bouffe. 28 września biorę udział w publicznej lekturze jeden sztuki. No i korzystam z przywileju oglądania spektakli za darmo, więc zdarzą mi się 2 czy 3 dni, kiedy zostanę po pracy w teatrze tylko po to żeby pogapić się na moich kolegów w innych sztukach.

Aktualizacja dat:

24.09 godz. 19:00
25.09 godz. 19:00
30.09 godz. 19:00
2.10 godz. 19:00
7.10 godz. 19:00
11.10 godz. 20:45
14.10 godz. 19:00
18.10 godz. 19:00

Patrząc na ten mini-maraton stwierdzam, że nie jest źle jak na pierwszy raz.

A teraz moja wielka radość.

Gdzie jest Wally? :)

vendredi 13 septembre 2013

Vendredi 13.

Tak sobie myślę, że piątek 13 to chyba mój szczęśliwy dzień...
4 lata temu, w piątek 13, zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem czy nie chce jechać za nią do Paryża. Tydzień później siedziałam w samolocie. 

Dziś, kiedy przewracałam się na drugi bok o 10 rano, obudził mnie telefon.

Bonjour mademoiselle {tu moje nazwisko wypowiedziane w sposób całkowicie niezrozumiany}, j'ai un bouquet de fleurs pour vous.

Jako że nie zrozumiałam, że chodzi o mnie, pomyślałam, że ktoś po prostu robi sobie jaja i stwierdziłam, że chyba się Pan pomylił.
Pan odpowiedział, że nie, że jest przed moim domem {tu podał adres} i że jeśli adres się zgadza, to prosi mnie żebym wyszła. Nadal myśląc, że ktoś sobie robi jaja i że nie jest to wcale zabawne, że zostałam obudzona praktycznie w środku nocy (dla kogoś kto się kładzie o 4 rano, 10 to to naprawdę środek nocy...), założyłam pierwsze lepsze buty i w iście wyjściowym stroju jakim jest piżama, rozmazany tusz i potargane włosy, wyszłam przed dom. 
Faktycznie, za bramą czekał na mnie Pan w marynarce z bukietem róż. Róż jest 20 w różnych kolorach. Przysłał mi je znajomy, który mieszka w Szwajcarii. Tak bez okazji... Bo ostatnio miałam doła... 
Oczywiście mój kot wykazuje większe zainteresowanie bukietem niż ja sama (o wstążeczka! O to szeleści! Czy to można zjeść?).

Kiedy ochłonęłam i podziękowałam R. za śliczny bukiet, znowu odpłynęłam w krainę snu i znowu obudził mnie telefon. Kiedy na wyświetlaczu zobaczyłam: Praca, błyskawicznie przyszykowałam sobei wymówkę dla której nie mogę zastąpić nikogo choćby się waliło i paliło. A tu zdziwienie: jak chcesz to możesz dziś zostać w domu. No oczywiście, że chcę!

Czy piątek 13 nie jest cudowny?


lundi 9 septembre 2013

Vue par Ina.

Dziś będzie mała reklama najlepszego fotografa pod słońcem, który w ubiegły wtorek zrobił mi tegoroczną book comédienne (portfolio, które każdy aktor mieć powinien).
Zdjęcia zrealizowane zostały u mnie w ciągu 3-4 godzin.
Mejkap: ja.
Décor: moja biała ściana/łóżko
Zdjęcia: Ina z bloga Parisien tête de chien

Fotografa polecam gorąco na wszystkie okazje: dzieci, portrety, śluby i takie tam ;) O cennik trzeba zapytać osobiście. Ja zapłaciłam w naturze.

A teraz czas na mój narcyzm.

Część 1. Nature.








Część 2. Tatuaż.




Część 3. Królewna Śnieżka.








Część 4. Zmień koszulkę.


Część 5. Łóżkowo.





Część 6. Mój kawałek naturalnego futra.



jeudi 5 septembre 2013

Comédienne du Nord-Ouest.

Kiedy wczoraj szłam na pierwszą próbę, miałam tremę wiekszą niż kiedykolwiek. Właściwie to kiedy dojechałam na miejsce, miałam ochotę zawrócić i zrezygnować. No bo ja? Polka? Z profesjonalistami?
Na drżących nogach pchnęłam bramę i podeszłam do wejścia. Nie wiem czemu, ale po prostu byłam przerażona faktem, że nagle ze studentki awansowałam do profesjonalnej aktorki i oto stoję sobie przed moim pierwszym teatrem.
Weszłam do budynku i okazało się, że nie ma nikogo. Cholera... Może pomyliłam daty? Godziny? Wyszłam żeby zadzwonić do reżysera (w teatrze o zasięg naprawdę ciężko), ale z pomocą przyszedł mi jeden z moich nowych scenicznych kolegów i pierwszy raz usłyszałam: Ona znowu się spóźnia, ten jest jeszcze na wakacjach, tamta przyjdzie za 2 godziny. I to ma być próba?! Ja nie mogę pracować w takich warunkach! Faktycznie tylko my dwoje byliśmy na czas. I w sumie to narzekanie jakoś mnie rozluźniło. Utwierdziłam się w przekonaniu, że tak, faktycznie, to moje miejsce. W końcu reszta trupy też się zeszła i zaskoczyła mnie ciepłym, serdecznym powitaniem.
Pani reżyser, Nathalie, oprowadziła mnie po teatrze pokazując obydwie sceny, kulisy, garderoby, przedstawiając mnie różnym, pracującym w tym samym czasie reżyserom i aktorom, a następnie zaprowadziła mnie do biura, gdzie podpisałam kontrakt z teatrem. Dowiedziałam się również jak udzielać zniżek na bilety znajomym oraz że jako aktorka teatru Nord-Ouest (jak to pięknie brzmi!) na wszystkie spektakle mogę wchodzić za darmo.
Sama próba rozpoczęła się z poślizgiem... Ale zaczęliśmy ją od lektury. Potem kilka minut przerwy i małe ogarnianie wszystkiego na scenie. Mogę tylko powiedzieć, że skończyła się zabawa w teatr, a zaczęła się praca. Ta próba wymagała ode mnie 2 razy więcej skupienia i pracy niż próba w szkole. I wiem, że jeszcze długa droga przede mną, i jeszcze więcej pracy by dorównać moim kolegom.
5 godzin zleciało jak z bicza strzelił. Czego nie mogę powiedzieć o kolejnych 5 godzinach w restauracji...


mercredi 4 septembre 2013

Un an plus tard.

Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że w ubiegłą niedzielę minął rok odkąd przeprowadziłam się do Paryża.
Co się zmieniło przez ten rok?
Przede wszystkim zrealizowałam plan, który sobie założyłam na początku: własne 4 kąty, zwierzak oraz zaczepienie się w teatrze. To ostatnie przyszło w sumie w ostatniej chwili, bo 30 sierpnia.
W ciagu tego roku przeprowadziłam się 3 razy (Clichy, St Mande, Ecouen i w końcu Pierrefitte), poznałam wspaniałych ludzi, przeszłam przez 2 fajne związki, w tym jeden z Fabianem (tak, szpan ;)) i ogółem uważam, że fajnie mi się to życie tutaj ułożyło.
Teraz mam kolejne plany, kolejne projekty i jeszcze więcej marzeń.
Zauważyłam też, że samodzielne życie bardzo mnie zmieniło. Dojrzałam, dorosłam i stałam się pewna siebie.

A teraz ten cały rok na zdjęciach...

Schody w jakiejś ruderze przy Stalingrad.

Metro pierwszego wieczoru...



I don't care much...


Wspomnienie związane z Fabianem...


Automne...

Creperie Beaubourg


Buttes Chaumont

Próby... Próby...

Les Miserables

Święta!

Święta!

Mój Montmartre


Święta w Creperie Beaubourg

Tatuaż

St Mande w śniegu

U Fabiana

Pan Ch.

Śnieg w marcu

Wiosenny Montmartre

Całkiem fajna restauracja... Miałam okazję ją zwiedzić...

I Montmartre...

Wiosna!

Przyjaciółka z dzieciństwa.

Spotkanie po 7 latach.

Disneyland

Flo
Pan Ch., ale ciiii! Chociaż i tak się nie dowie. ;)

Przeprowadzka pełną parą.

Aż nie mogę uwierzyć jak moje mieszkanie zmieniło się od tamtego czasu.


Fnac

Et bah...