vendredi 13 septembre 2013

Vendredi 13.

Tak sobie myślę, że piątek 13 to chyba mój szczęśliwy dzień...
4 lata temu, w piątek 13, zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem czy nie chce jechać za nią do Paryża. Tydzień później siedziałam w samolocie. 

Dziś, kiedy przewracałam się na drugi bok o 10 rano, obudził mnie telefon.

Bonjour mademoiselle {tu moje nazwisko wypowiedziane w sposób całkowicie niezrozumiany}, j'ai un bouquet de fleurs pour vous.

Jako że nie zrozumiałam, że chodzi o mnie, pomyślałam, że ktoś po prostu robi sobie jaja i stwierdziłam, że chyba się Pan pomylił.
Pan odpowiedział, że nie, że jest przed moim domem {tu podał adres} i że jeśli adres się zgadza, to prosi mnie żebym wyszła. Nadal myśląc, że ktoś sobie robi jaja i że nie jest to wcale zabawne, że zostałam obudzona praktycznie w środku nocy (dla kogoś kto się kładzie o 4 rano, 10 to to naprawdę środek nocy...), założyłam pierwsze lepsze buty i w iście wyjściowym stroju jakim jest piżama, rozmazany tusz i potargane włosy, wyszłam przed dom. 
Faktycznie, za bramą czekał na mnie Pan w marynarce z bukietem róż. Róż jest 20 w różnych kolorach. Przysłał mi je znajomy, który mieszka w Szwajcarii. Tak bez okazji... Bo ostatnio miałam doła... 
Oczywiście mój kot wykazuje większe zainteresowanie bukietem niż ja sama (o wstążeczka! O to szeleści! Czy to można zjeść?).

Kiedy ochłonęłam i podziękowałam R. za śliczny bukiet, znowu odpłynęłam w krainę snu i znowu obudził mnie telefon. Kiedy na wyświetlaczu zobaczyłam: Praca, błyskawicznie przyszykowałam sobei wymówkę dla której nie mogę zastąpić nikogo choćby się waliło i paliło. A tu zdziwienie: jak chcesz to możesz dziś zostać w domu. No oczywiście, że chcę!

Czy piątek 13 nie jest cudowny?