samedi 26 octobre 2013

Jestę studentę.

Chciałabym już teraz napisać Wam: Jak dobrze jest wrócić na uczelnię! Ale powstrzymam się z tym hasłem... do nie wiem kiedy. ;) Bo faktycznie dobrze było, ale niestety starzeję się i nie mam tyle energii, co moi 18-letni koledzy i koleżanki z roku. Muszę zaznaczyć, że ten post piszę już od miesiąca i nie chce mi się zmieniać większości uwag. Wszystkie są aktualne zresztą.

Jednak już teraz chciałabym podzielić się z Wami pierwszymi obserwacjami po tzw. pré-rentrée czyli po dniu integracyjnym oraz po pierwszym miesiącu zajęć.
Wszelkie porównania do polskiej uczelni odnoszą się tylko do Uniwersytetu Warszawskiego. Nie wiem jak jest na innych Uniwersytetach w Polsce.

Dla przypomnienia: w Polsce studiowałam filologię romańską na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 2009-2012. Wtedy jeszcze mój Instytut mieścił się przy ul. Oboźnej i wchodził w skład Kampusu Głównego, jednak zajęcia odbywały się również w budynku przy ul. Browarnej. Teraz cały Instytut mieści się przy ul. Dobrej w nowopowstałym budynku. Jeśli ktoś byłby zainteresowany jak wyglądała romanistyka na UW, przedmioty, poziom itd., to proszę napisać o tym w komentarzach.
Obecnie jestem studentką Université de Paris 8 Vincennes - St Denis na kierunku arts en scène - théâtre, czyli na polski: studiuję teatrologię. Od 1 roku.

I szczerze mówiąc: to dwa zupełnie inne światy. Mimo że mam już 3 lata uniwerku za sobą, to i tak czułam się jakbym pierwszy raz przekraczała progi uczelni wyższej. Czułam się kompletnie zagubiona.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to to, że kampus składa się z 7 budynków + Maison de l’étudiant (cokolwiek to jest) i jest to po prostu labirynt pełen zagadek i niespodzianek, jak choćby to, że sale nie są ponumerowane (to się zdarza od wielkiego dzwonu, ale zazwyczaj nie...). Żeby dobić do amfiteatru 4 trzeba było zebrać się w większą grupę pierwszaczków i dorwać kogoś starszego rocznikiem.
Kiedy już dotarłam do amfiteatru i wpuścili nas do środka, okazało się, że spędzimy mniej-więcej 2 godziny na super twardych ławkach. Bez stolików do pisania, nic... Już widzę siebie na zajęciach teoretycznych w super niewygodnej pozycji. To jednak jest szkoła życia: bez szalika pod tyłkiem się nie obejdzie.
Całą ideą dni integracyjnych jest zapoznanie biednych studentów z programem nauczania, gronem pedagogicznym, rozliczeniem punktów ECTS i strukturą uczelni. Jednak! Dni integracyjne są obowiązkowe dla każdego roku. Na UW, taki dzień integracyjny mieliśmy tylko na początku I roku. Amen. Tu nie. I już na początku rzuca się pierwszy podział: I rok i II integrują się razem. III rok, a potem Master (co dla Mastera jest zrozumiałe) mają swoje dni oddzielnie. Mam też wrażenie, że ogółem III rok jest odizolowany od I i II (czego nie było w przypadku romanistyki), ale jednocześnie ten III rok opiekuje się młodszymi rocznikami. I tak nasze 2 lata mają tzw. tuteurs. Tuteurs są to studenci III roku tego samego kierunku, którzy mają za zadanie wprowadzić nas w życie uniwersyteckie, być łącznikiem między studentami, a wykładowcami, załatwiać różne sprawy administracyjne etc. Przypuszczam, że to stanowisko odpowiada trochę staroście na polskiej uczelni z tą różnicą, że starosta jest jeden na dany rok i jest wybierany spośród studentów, i/lub samorządowi. No więc tuteurs są 4 (dwie dziewczyny, dwóch chłopaków). Przyznaję, że szukam na siłę powodu żeby spotkać jednego z tuteurs (oh! Francesco!), ale chyba za dobrze znam strukturę uczelni i jestem zbyt dumna żeby pozwolić sobie wyjść na idiotkę.

Podczas dnia integracyjnego wyjaśniono nam też w jaki sposób mamy zaliczać przedmioty. Na romanistyce mieliśmy wykaz przedmiotów do zaliczenia i nie było wyjścia, nie dało się ominąć historii literatury czy innego przedmiotu. Dlatego, szczególnie na drugim roku, zdarzało mi się siedzieć od 8 do 20 na uczelni przez nawał zajęć. Tutaj jest zupełnie inaczej: przedmioty zalicza się blokami. I na przykład żeby zaliczyć I rok muszę zrobić: 4 PA (Pratique artistique = przedmioty praktyczne), 4 Théories (Teoria dzieli się na Histoire i Esthétique, więc trzeba zaliczyć po 2 z tego i tego w skali roku, czyli jeden na semestr) oraz 4 Ouvertures, czyli przedmioty uzupełniające, w których skład wchodzą: 1 semestr metodologii, 1 semestr języka, 2 Découverte, czyli po polsku przedmiot ogólnouniwersytecki (OGUN). No i tutaj zaczynają się schody, bo o ile Metodologia jest jeszcze w planie jak inne przedmioty i można sobie wybrać, co nas interesuje, a co nie, o tyle język i Découverte to jeden wielki burdel. Przedmioty Decouverte mogą być proponowane przez wydział, ale nie muszą. My na przykład możemy sobie wybrać zajęcia w Académie Fratellini i ćwiczyć akrobatykę jako Découverte, ale jeśli ktoś nie jest tym zainteresowany to zasuwa po innych wydziałach i pyta profesorów, czy może zaliczyć ich przedmiot jako Découverte. Ja postanowiłam zaliczyć obydwa Découverte w przyszłym semestrze, bo nie chciało mi się latać.

Jeśli chodzi o język obcy to też trzeba iść samemu na wydział językowy i się dowiedzieć. Na szczęście przy zapisach dawali nam fiszki informacyjne odnośnie egzaminów językowych. Mnie takowa fiszka dotyczyła, bo chciałam się wybrać na hiszpański, a hiszpański obleganym językiem jest. Test był elektroniczny, składał się z 85 pytań zamkniętych, no i wynik pojawiał się od razu. Osobiście spodziewałam się katastrofalnego wyniku, ponieważ miałam rok przerwy, a 2 lata jakie spędziłam nad tym językiem były prowadzone przez faceta, który wolał porzucać rasistowsko-sprośnymi żartami niż nas czegoś nauczyć. Tak więc zdziwienie i przerażenie było olbrzymie kiedy na ekranie komputera zobaczyłam poziom 3, który odpowiada porządnemu B1. Niestety nie mogłam obniżyć poziomu grupy, ale po miesiącu zajęć stwierdzam, że radzę sobie całkiem nieźle, a przede wszystkim zaczynam gadać, bo na to głównie kłądzie nacisk moja nauczycielka.

Jeśli chodzi o resztę przedmiotów to w tym semstrze mam ich tylko 4 (razem z językiem): 1 Historię, 1 Estetykę, 1 Praktykę i język. Zajęcia mam tylko we wtorki i czwartki, co może nie jest najlepszym sposobem na integrowanie się z innymi studentami i nie najlepiej wpłynie na mój plan zajęć w przyszłym semestrze, ale co tam! Wiem, że powinnam mieć 2 praktyki, ale Francesco podczas dnia integracyjnego rzucił bardzo inteligentną radę: Idźcie i sprawdźcie wszystkie zajęcia, a potem wybierzcie to, co Wam się podoba! No i w ten sposób sporo profesorów na zajęciach praktycznych zamiast przepisowych 25 osób (tylko na praktyce jest limit) miało ich 50, więc postanowili wybierać osoby na chybił-trafił lub inną drogą eliminacji. Ja, ograniczona czasowo wieczorami, nie mogłam sobie pozwolić na wzięcie zajęć w środy wieczorem (bo teatr), więc postanowiłam bić się o 3 praktyki w drugim semestrze, co będzie ciężkie. Jak się nie uda to są jeszcze tzw. Cours Intensifs, czyli zalicza się semestr w tydzień. Jeśli chodzi o sam wybór zajęć, to jak napisałam wcześniej, mamy do zaliczenia bloki, a co za tym idzie proponowanych jest 6-7 zajęć tematycznych i z tego możemy wybierać. Ja wybrałam Histoire des théâtres publics do bloku Theorie/Histoire. Przedmiot dosyć interesujący, chyba tylko przez to, że Madame Rauch to kobieta z werwą i świetnie się jej słucha. Jako zaliczenie trzeba napisać pracę na wybrany temat, np. o cenzurze. Ja nie wiem jeszcze o czym będę pisać... Do Esthétique poszło natomiast: Ouvrir le jeu: les defits et les enjeux de la création scénique contemporaine z Jean-Francois Dusigne, który zawodwo jest aktorem. Przedmiot trochę nudnawy (może to też przez głos Dusigne), a tematyka zajęć trochę nieprzemyślana moim zdaniem... Właściwie to nie robimy nic... Raz oglądaliśmy film o Patrice Chereau, innym razem zwiedzaliśmy La Cartoucherie i Théâtre du Soleil w Le bois de Vincennes. Na zaliczenie mamy napisać compte rendu z każdych zajęć, odpowiedzieć na pytania: Kim jestem? Co fascynuje mnie w teatrze? W którym teatrze chciałabym pracować?, odpisać spektakl, który sprawia, że jesteśmy zakochani w teatrze, zrobić sobie kolekcje cytatów mówiących o création scénique. W praktyce wybrałam Techniques d’éclairage i kocham ten przedmiot. Bynajmniej nie dlatego, że pracując już jako régisseur zyskałam sobie sympatię profesora, który z zawodu jest właśnie ingénieur de lumière. Nie wiem też dlaczego, ale byłam pierwszą osobą, którą zapamiętał. Luigi jest najbardziej wyluzowanym nauczycielem na świecie, możemy do niego mówić na Ty i 3 godziny z nim to prawdziwa przyjemność. Minusem jest tylko to, że zostałam zmuszona do odświeżenia zagadnień z fizyki, typu ile Amperów jest w domowym gniazdku i ile reflektorów mogę podłączyć do rozgałęziacza na 3000 W tak żeby nie wysadzić wszystkiego w powietrze. Ale ten nieprzyjemny etap już minął i teraz weszliśmy w rodzaje reflektorów. Zaliczenie: test złożony z 20 pytań i mały pokaz umiejętności oświetleniowych.

Wychodzi na to, że jedyny poważny egzamin jaki mnie czeka w tym semestrze to egzamin z języka.
Ah! I zajęcia trwają po 3 godziny, a nie po 1,5 tak jak w Polsce. Zazwyczaj wykładowcy kończą zajęcia po 2,5 godziny żebyśmy mogli zjeść i zmienić salę.
No i mam wrażenie (może to tylko cecha charakterystyczna mojego wydziału), że na romanistyce w Polsce wykładowcy starali się za wszelką cenę stworzyć dystans między studentem a wykładowcą. Z daleka czuć było respekt i do tej pory pamiętam jak drżałam na samą myśl o pani Zaleskiej. Tutaj nie ma tego dystansu, z panią w sekretariacie jesteśmy na Ty, a wykładowcy podchodza do nas jak do ludzi i są bardzo wyrozumiali.

No... to tyle... Pytania?

vendredi 18 octobre 2013

Avant la dernière...

Może nie powinnam pisać tego posta... Bo to jeszcze nie ostatnie przedstawienie Les Perses. Wracamy za miesiąc, 16 listopada, żeby znowu się pokazać, znowu się pomylić i śmiać się w kulisach. Potem znowu znikamy, bo Święta, i wracamy w styczniu. Gramy do 13 lutego i wtedy prawdopodobnie będę miała pełne prawo żeby pisać o moich uczuciach przed ostatnimi ukłonami.
Jednak ta data, 18 października, zakorzeniła się w mojej głowie jako dernière i tak została. Bo odmawiałam spotkań znajomym, tłumacząc, że po 18 będę miała więcej czasu. Bo sama sobie wmawiałam, że moje życie się uspokoi po 18. Bo żartowałam, że ostatnia scena nigdy nie wyjdzie nam przed 18. I zastanawiałam się, co będzie po tym 18, kiedy opuszczę teatr.

Les Perses odnieśli sukces. Za każdym razem udaje nam się zapełnić salę w mniej lub bardziej znaczny sposób, ale zawsze ktoś przychodzi. Zawsze ktoś nas ogląda, a potem oklaskuje. Czyli to ma jakąś rację bytu, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce spędzić półtorej godziny w naszym towarzystwie. Dzięki temu na mojej lodówce wisi grafik aż do lutego, a w mojej głowie zaczyna rodzić się myśl: co będzie po 13 lutym? Może ten dernière będzie jak koniec świata, święto ruchome i znowu odejdzie aż do czerwca...

Pamiętam jak przychodziłam do teatru na próby i to miejsce wydawało mi się jeszcze obce. Nikt mnie nie znał, wszyscy pytali, co ja tu robię o tej porze... Kiedy byłam onieśmielona obecnością moich nowych kolegów, ich żartami, a Nathalie pytała mnie, czy wszystko dobrze, bo obserwowałam wszystko z boku przerażonymi oczami.
Potem premiera... Sprawdziłam się, więc mnie zaakceptowali... I wpadłam w małą, teatralną rutynę... Przychodzę, witam się ze wszystkimi, proszę Laurent żeby nie robił dziwnych min kiedy do niego mówię, odpalam konsolę i walczę z abażurem na lampie, przebieram się w kostium, drażnię Jean-Luca, więc wynosi mnie do sąsiedniej garderoby, rozplątuję biżuterię Nathalie, sprawdzam światła i muzykę, przebieram się jeszcze raz, bo nie lubię wychodzić w kostiumie do toalety, żartuję i w końcu zasiadam przed konsolą... Muzyka, blackout, światło, muzyka, światło, ściszyć muzykę... ale nie tak szybko!... zmiana w reżyserce, bo zaraz wychodzę na scenę... wieczne napięcie, kiedy czekałam na sygnał, że mam biec w kulisy, w koncu jest, więc biegnę, popędzam Beatrice, wracam, żeby powiedzieć, co mam do powiedzenia i znów w kulisy, konsola, klnę bo za późno włączyłam muzykę... Moi koledzy mnie denerwują, bo schodząc ze sceny sprawdzają, gdzie się pomylili albo, co mówią potem. Tylko Laurent nie wisi nade mną z uporem maniaka. Siedzi w garderobie obok i gra w coś na telefonie. Idę po niego, bo zaraz wchodzę na scenę. I znowu na scenie... Koncentracja i emocje ogłuszają mnie do tego stopnia, że nie pamiętam nic z tego, co robiłam. Jakieś niejasne detale... Schodzę i siadam przy Laurent, rozmawiamy, śmiejemy się z Alain, który ożywia się w tym samym momencie. Wyganiam go sprzed konsoli i ściskam jego rękę przed ostatnią sceną. Potem z Nathalie trzymamy kciuki żeby nikt się nie pomylił... Ostatnie światła, nie zapomnij włączyć muzyki i ukłony... Napięcie spada... Zapalamy światła w garderobie, rozmawiamy, żartujemy... Nikt się nie spieszy, mamy czas.... Właściwie to nikt nie ma ochoty wracać do siebie... Jest nam dobrze razem, ale kiedyś trzeba. Ociągamy się... Wychodzimy do foyer, rozmawiamy z innymi aktorami, z widzami, którzy czekają żeby powiedzieć parę miłych słów. Ja od premiery wypatruję jednej osoby, ale ona nie przychodzi... Dziś też nie przyjdzie, więc żegnam się z trupą... Czasami ktoś mnie zatrzymuje na drinka, albo pyta czy idę do metra... No to pijemy razem. Albo idziemy razem. Jeszcze kilka stacji zanim się rozstaniemy. Mówimy sobie do następnego i wracamy do siebie...

A teraz przez miesiąc zabraknie tej rutyny...

Faire marcher la magie.

Od kilku tygodni przygotowuję długi wpis na temat moich wrażeń z pierwszych tygodni na Paris 8, ale po tym, co dziś widziałam, nie mogę się oprzeć i po prostu muszę podzielić się tym z Wami. To, co chcę Wam napisać, nie dotyczy bezpośrednio mojego uniwerku, ale jest z nim związane pośrednio.

Mianowicie wydział arts en scène - théâtre (czyli mój) żywo współpracuje z Académie Fratellini, czyli ze szkołą cyrkową. Tak, cyrkową. W związku z tym Académie Fratellini proponuję studentom teatrologii zajęcia u siebie (akrobatykę lub równowagę) w ramach przedmiotów Découverte - na polski: przedmiot ogólnouniwersytecki (tzw. ogun), a wydział teatrologii zaprasza uczniów Académie na zajęcia z technik oświetlenia spektaklu i czegoś związanego z mimami.

Osobiście na zajęcia z technik oświetlenia spektaklu zapisałam się jako jedna z pierwszych (żeby nie powiedzieć, że się rzuciłam na to), więc mam okazję poznać 9 pierwszorocznych z AF. Chodząc z nimi raptem na jedne zajęcia, nie wiem o nich zbyt wiele, poza tym, że trzymają się razem, ale wyglądają na bardzo sympatycznych. Wszystko zmieniło się dziś...

We wtorek otrzymaliśmy maila od Luigiego (tak, do profesora od technik oświetlenia zwracamy się na ty), że w ten czwartek zajęcia odbędą się w Academie Fratellini. W duchu żartowałam, że skoro pokazał już nam jak płynie prąd na Uniwerku (a gada o tym od dwóch tygodni), to teraz będzie pokazywał nam jak płynie prąd w cyrku (od głównego generatora do gniazdka) i tłumaczył jak wkładać wtyczkę do gniazdka. Tak, naprawdę się o tym uczymy... Fizyka się na mnie mści, bo Luigi przepytuje nas z Woltów, Amperów i innych Watów... Wszystko po to żeby nie wysadzić połowy oświetlenia w powietrze.
Nie wiele się pomyliłam, bo faktycznie Luigi pokazał nam wszystkie rozgałęziacze, 4 reżyserki i kazał liczyć lampy automatyczne i normalne. Nigdy nie przypuszczałam, że dowiem się co to takiego jest gradateur i że gniazdka i wtyczki dzielą się na femelle i mâle. No ale nie o tym...

Innym celem wizyty w cyrku było otwarcie sezonu, przez co nasi koledzy nie mogli być z nami na zajęciach, więc przenieśli zajęcia do siebie. Ostatni raz w cyrku byłam jako dziecko, więc kojarzył mi się on ze zwierzętami i clownami... Jednak kiedy weszłam do hallu i zobaczyłam moich kolegów wyczyniających różne akrobacje, które w ich wykonaniu wydawały się dziecinnie łatwe, po prostu mnie zamurowało i gapiłam się na nich jak oczarowane dziecko. A to był tylko hall z dziewiątką akrobatów. Magia tego miejsca i ta, którą roztaczali oni sami pochłonęła mnie bez reszty. Ogarnęło mnie też jakieś wzruszenie i trema kiedy patrzyłam na ich wysiłki i praktycznie czułam ich emocje. Kiedy przeszliśmy do dużego cyrku czułam się już kompletnie jak dziecko. Oczywiście nie czułam charakterystycznego zapachu trocin, zwierząt i popcornu, ale i tak było miło. Najbardziej urzekł mnie ostatni spektakl. A właściwie chłopak, który wykonywał coś, co po francusku nazywa się sangles, ubrany w koszulę i spodnie w kancik. Wrażenie niesamowite, facet przystojny, a sama akrobacja i scenariusz przedstawienia miały w sobie coś takiego, że po prostu siedziałam oniemiała i patrzyłam na Salvatore ze szczęką gdzieś w okolicy kolan.

Sangles.
Po spektaklu zostaliśmy zaproszeni na kielicha i resztę wieczoru spędziłam w otoczeniu cyrkowców ciesząc się jeszcze magią ich akrobacji. Poznałam równiez Salvatore (na zdjęciu powyżej), który oczarował mnie podczas spektaklu.

Żałuję, że tego zawodu nie można się nauczyć tak po prostu...

... i tak po prostu siedzieć sobie na słupie.

jeudi 10 octobre 2013

A méditer...

Aktorzy mają rozedrgane dusze i serca chore od nagłych zmian nastrojów. Rodzą się co wieczór i umierają po kurtynie. 
Przychodzą do teatru na długo przed spektaklem, ubierają się w swoje kostiumy-role, nakładają charakteryzację jak obcą twarz. Oswajają ją i wierzą. Wierzą w to życie, przez które mozolnie brną jak koła roweru po piasku. Ocierają pot o kulisy. 
Aktorzy mówią głośno i wyraźnie. Chcą, żeby wiadomo było, o co chodzi. Nawet gdy szepczą słychać ich. A i tak często rozbijają się o ścianę niezrozumienia. Śpiewają po stokroć te same smutne piosenki i robią to wciąż ze łzami w oczach, z tym samym wzruszeniem. 
Aktorzy nie dbają o zdrowie. Nie mają czasu na tak nieważne sprawy. 
Aktorzy po prostu nie chorują. Może dlatego odchodzą za wcześnie. A ci, którym udaje się dożyc sędziwego wieku odchodzą w zapomnieniu, często samotnie bez owacji, bez mów dziękczynnych. 
Aktorzy są źle opłacani. Ktoś pewnie wymyślił, że skoro mają swój teatr, nie potrzebują niczego więcej... 
Aktorzy kochają mocniej, żyją szybciej a rozpacz ich bywa czarna jak fortepian. Huśtają się na nitkach swoich delikatnych uczuć. Podrzucają swoje dusze do nieba i spychają je bez wahania na dno piekła. Nie boją się śmieszności, brzydoty czy poruszania się na pograniczu kiczu. Mają naturę ekshibicjonisty, który czerpie przyjemność z pokazywania swojej nagości. Stają co wieczór na deskach sceny z obnażoną nagą duszą, z bezwstydnym sercem i pewnym głosem, gestem, wzrokiem kradną uczucia widzów. Żywią się nimi. Kradną uczucia? Ach nie! Dają całe swoje dobro i piękno swoim spektatorom. Żyją w tych chwilach tylko dla nich. Nic innego się nie liczy. 
Ale aktorzy wracają wreszcie do domu. Do swoich czterech ścian. Wracają i... płaczą na prawdę.

Jacek Wester

mercredi 9 octobre 2013

Polscy turyści.

Jak powszechnie wiadomo, jestem najgorszą kelnerką na świecie, pracuję w najgorszej i najbardziej nieprzyjaznej klientowi restauracji w Paryżu i wyżywam się na biednych turystach. Z drugiej strony, Nathalie, która zgarnęła mnie z restauracji do teatru, oraz Virginie, moja sceniczna siostra, mówią mi, że przychodzą do Creperie Beaubourg ze względu na rodzinną atmosferę i dobre jedzenie i nie są zachwycone kiedy przebąkuję o odejściu stamtąd.

No ale nie o tym chciałam...
Miesiąc temu stuknął mi roczek odkąd podpisałam cyrograf i zaprzedałam moją duszę oraz wszystkie weekendy tej restauracji... Po roku obserwacji, nerwów, stresu i miłych niespodzianek, postanowiłam scharakteryzować polskiego turystę, który przychodzi do naszej restauracji i ku mojemu zaskoczeniu jest ich nawet sporo.

Zanim zacznę, muszę zaznaczyć, że bardzo rzadko zdradzam, że jestem Polką. Nie przez wstyd, ale przez reakcje Polaków oraz przez to, że wygodniej mi jest gadać po francusku czy angielsku niż po polsku. Oczywiście, na początku, jak tylko słyszałam polski to wystrzeliwałam jak w procy z donośnym aaa dzień dobry! i, poza dwoma wyjątkami, zawsze miałam wrażenie, że to żenuje moich klientów. Tymi wyjątkami była pani profesor z Harwardu, której przyjazdu wyczekuję namiętnie oraz Andrzej Deskur, aktor. Dlatego teraz, jeśli decyduję się przejść na polski, to dlatego, że dana osoba po prostu nie gada ni w ząb ani po angielsku ani po francusku, albo mówi tak bardzo szkolnym angielskim, że uszy mnie bolą.

Polskich turystów możemy podzielić oczywiście na miłych, poprawnych, sprytnych, wycieczkowców i wredne suki.

O miłych napisałam wyżej: pani z Harwardu i Deskur. Mogłabym tu wrzucić też rodzinę, która na początku była zażenowana, ale potem miło mi się z nimi rozmawiało.

Klienci poprawni to ci, którzy na moje Bonjour, vous êtes combien? odpowiadają wyuczoną, hiperpoprawną angielszczyzną: Excuse me, I don't speak french. Do you speak english? albo potem, kiedy zbliżam się z moim Are you ready to order? słyszę: Yes, we are ready to order. Naprawdę samo Yes, by mi starczyło... Tacy klienci też często nie wiedzą jak się zachować w restauracji, więc po prostu wchodzą na salę i siadają, gdzie chcą ignorując moje Bonjour przy drzwiach. Nic bardziej mnie  nie irytuje...

Sprytny Polak to taki, który do restauracji zabiera ze sobą przynajmniej jedną osobę, która gada po francusku. A ja mam wtedy przednią zabawę, bo kiedy biorę zamówienie, słyszę jak osoba, która zna francuski tłumaczy wszystko, druga osoba mówi jej, co chce, a ja się wtrącam po francusku. Przykład:
O1: Et on va prendre une bière... Jakie to piwo chcesz?!
O2: Ciemne jakieś...
Ja: Alors pour la bière brune, on a...
Jeszcze się taki nie zdarzył, co by się zorientował...

Wycieczkowicze to osoby, które wykupiły wycieczkę w biurze podróży, i którym przewodnik powiedział, że w Creperie Beaubourg są najlepsze naleśniki. Zazwyczaj przychodzą całą grupą gdzieś koło południa w tygodniu. Nie mówią ani po francusku, ani po angielsku. Raz, zastępując koleżankę, nadziałam się właśnie na taką grupkę... I w sumie mieliśmy szczęście, że akurat byłam wtedy w restauracji, bo inaczej by sobie nie poradzili. Chyba, że na migi... Wycieczkowiczów nie lubię... Przede wszystkim dlatego, że kiedy dowiadują się, że jestem Polką, stawiają mi bardzo głupie pytanie: Co może Pani nam polecić? Tylko wie Pani... Żeby to drogie nie było... No to wóz albo przewóz... Albo polecam wam to, co ja lubię, albo polecam wam to, czego nie lubię, ale nie rujnuje portfela.

Ostatnia kategoria, czyli wredne suki, powstała w ubiegły weekend. Rzadko zdarza się, żebym komuś nawciskała albo odmówiła obsługi, ale jeśli jakieś dwie wymalowane dziunie, które uważają się za niewiadomo kogo, zaczynają wyzywać mnie po polsku i traktować jak psa, to przepraszam, ale miła nie będę. Na dziunie byłam cięta od samego początku przede wszystkim dlatego, że przy 1/3 wolnych stolików na tarasie, one usiadły akurat przy tym, który właśnie się zwolnił i na którym były jeszcze talerze itd., kiedy stolik obok był czysty. Trzeba być idiotą żeby to zrobić i oczekiwać, że kelner będzie miły kiedy robi mu się dodatkową robotę, bo musi sprzątnąć ten cholerny stolik, bo przecież taki imbecyl się nie przesiądzie. Mnie dodatkowo drażni sadzanie czterech liter bez wcześniejszego zapytania, czy nie mam innego pomysłu na ten stolik. Ale taka jest cecha gorzej wychowanych turystów. No więc dziunie dostały karty, po jakimś czasie mnie wołają i zamawiają dwie kawy. Tutaj musze zaznaczyć, że Creperie Beaubourg to restauracja, która:
- nie ma licencji na podawanie alkoholu bez posiłku
- nie serwuje napojów w trakcie lunchu (od 12 do 15) oraz kolacji (19-24). Chyba, że naprawdę nie ma wielu klientów. Jest to całkowicie normalne. Inne restauracje albo są zamknięte między 15 a 19 albo mają taką samą politykę jak nasza. Poza tym to jest restauracja, a nie bar.
Dziunie zawitały u mnie przed 14, więc siłą rzeczy nie mogłam zablokować stolika dla 2 kaw. 2 kawy to 4,10€, najczęściej serwowane Menu to 9,40€, czyli 2 18,80€... Lepiej zarobić 18,80 niż 4,10... Kiedy ogłosiłam, że nie podam im kawy, jeśli nie będą jadły, pomyślały, że zamówią jakiegoś jednego crepa na dwie i to załatwi sprawę. Normalnie mogłabym się na to zgodzić, ale jak wcześniej zaznaczyłam, nie mam ochoty obsługiwać osób, które mówią do mnie jak do psa, więc powiedziałam im, że albo jedzą obydwie pełne dania, albo wynocha. Jedna z dziuń trzasnęła kartą, od drugiej poleciały wyzwiska w moją stronę. Zadowolona z siebie, wzięłam karty, poszłam do sali, opowiedziałam managerowi historię... Wyszłam i widzę, że jedna dziunia wraca i mówi mi, że chce rozmawiać z moim managerem. Pokazałam jej, który to. Fabrice powiedział jej to samo, co ja. Dziunia oczywiście się wkurzyła i zaczęła wykrzykiwać It's a joke! No to my na to: No, it's a restaurant. Tak niewychowanego babsztyla w życiu nie spotkałam i miałam ochotę wytargać ją za te jej tlenione blond kudły.

Na szczęście przy życiu trzymają mnie moi ulubieni klienci (Francuzi), którzy zawsze mają mi coś miłego do powiedzenia. Ostatnio moimi ulubieńcami jest samotny ojciec z córeczką. To stary klient... Pamiętam, że kiedyś przychodził ze swoją dziewczyną/żoną i córką. Potem długo się nie pojawiał i teraz przychodzi tylko z małą. Miły, życzliwy, spokojny facet. Tutaj muszę się przyznać do tego, że nie lubię dzieci, ale ta jego mała to po prostu aniołek. W życiu nie widziałam tak grzecznego dziecka i ślicznego, więc w niedzielny wieczór, kiedy po prostu padałam na twarz, ucieszyłam się kiedy ich zobaczyłam. Lubię patrzeć na tą małą jak dzielnie radzi sobie z naleśnikiem i dyskutuje z ojciec jakby była dorosła. A ma 3, góra 4 lata. W niedzielę też mnie rozczulili. Kiedy sprzątałam stolik obok, usłyszałam jak ojciec mówi do małej: Dis a Madame ce que tu veux! I ta malutka podreptała do mnie i mi mówi: Madame, j'ai très envie de la crêpe au nutella, s'il vous plait. Wtedy wpadłam na pomysł, że może uszczęśliwię mojego aniołka, więc rzuciłam ojcu żartując: Dites-moi, s'il vous plait, fraise, coca ou caramel? Oczywiście spojrzał na mnie jak na wariata, więc sprostowałam, że nie chcę wiedzieć, co on lubi, ale co mała woli. Odpowiedziała mi, że truskawki. No to kiedy zanosiłam jej naleśnika z nutellą, zwinęłam też jednego lizaka truskawkowego ze stojaka i wręczyłam go małej. Dziecko było w siódmym niebie, ojciec mile zaskoczony. Wyjaśniłam mu, że mała zasłużyła, bo jest najgrzeczniejszym dzieckiem jakie tu widuję. Stwierdził, że mu schlebiam.
Moi koledzy żartowali sobie ze mnie, że pedofilia jest karana, a ja i tak byłam usatysfakcjonowana szczęściem dziecka.

mercredi 2 octobre 2013

Lecture publique, l'Avare...

...i inne przyjemności płynące z życia w teatrze.

Właśnie minął miesiąc odkąd znalazłam swoje miejsce w teatrze Nord-Ouest.
I tak jak przypuszczałam: wystarczyło się gdzieś zaczepić i wszystko leci z górki. Będę grała w Les Perses aż do 13 lutego 2014 roku, a i tak nie wiadomo, czy ta data jest ostateczna, czy mój pierwszy maraton jeszcze się przedłuży... Poza tym będę robić światła w spektaklu Les Fables de la Fontaine. A potem się zobaczy...
Niedawno zostałam też poproszona o wzięcie udziału w publicznej lekturze sztuki Le dialogue des Carmelites. Lektura odbyła się w ubiegłą sobotę. I moim zdaniem to jest najbardziej przykry obowiązek aktora. Przynajmniej dla mnie. Owszem, rozwijam się, zbieram nowe doświadczenia, ale wytrzymać prawie 2 i pół godziny na twardym krześle, bez picia, z reflektorami o mocy 5 kaloryferów rozkręconych na maxa, w ciągłym stresie Nie pomyl się! Nie pomyl się! Nie pomyl się! I nie ziewaj! to trochę ponad moje siły.
Publiczne czytanie jest o tyle trudniejsze od grania, że jako narzędzie służy nam jedynie nasz głos. Jesteśmy sam na sam z tekstem, którego dobrze nie znamy, z rolą, której nie zdążyliśmy opracować do końca (osobiście, dostałam mój tekst we wtorek, a w sobotę była lektura...) i ze wszystkimi zająknięciami, które nie mogą mieć miejsca. Za każdym razem, gdy muszę coś czytać na głos i interpretować tekst w tym samym czasie (po francusku), po prostu mdli mnie ze stresu. Wszystko dlatego, że francuski mimo wszystko jest językiem obcym dla mnie i niestety czasem, gdy chcę za szybko przez coś przejść to język mi się zaplącze na jakimś trudniejszym słowie.
No ale szczęśliwie udało mi się przebrnąć przez Le dialogue... ze skupieniem na poziomie 0 i emocjami na poziomie -1.
Po lekturze zasiadłam szczęśliwa na widowni żeby podziwiać Les fables de la Fontaine.

To, co teraz napiszę, zazwyczaj spotyka się z ostrą krytyką, ale podobno o gustach się nie rozmawia. Moją przypadłością, która oburza absolutnie każdego... nieważne czy zna się czy nie na teatrze... jest to, że nienawidzę Moliera. Jestem chora jak tylko muszę pracować na jego komediach, albo chociaż je czytać. Nie przemawia do mnie w ogóle i nie uważam, żeby był zabawny. Mam tak od gimnazjum. Pamiętam jeszcze jak dziś, że w drugiej klasie gimnazjum omawialiśmy Świętoszka i nasza nauczycielka kazała nam napisać jak nam się podobała sztuka. Oczywiście wszyscy jak jeden mąż pisali jak bardzo podobała im się ta sztuka i jak wiele wniosła do ich życia. A ja nie... Kiedy zostałam wywołana do przeczytania moich wrażeń, nauczycielka prawie dostała zawału, a potem zaczęła się ze mną kłócić o geniusz Moliera. To było z 8 lat temu, a ja dalej nie zmieniłam zdania na ten temat.
Prawie 2 lata temu, wylądowałam w Teatrze Polskim w Warszawie na Szkole Żon w reżyserii Andrzeja Seweryna i przyznam, że całkiem mi się to podobało. Całkiem, a nie bardzo, bo Seweryn podszedł do sztuki bardzo klasycznie (kwiecisty język, stroje itd...). Kiedy prawie miesiąc temu opowiadałam o tym Laurent, polecił mi tylko Viens voir l'Avare. Że niby mam się wynudzić na Skąpcu... No ale stwierdziłam, że dobra... Przynajmniej zobaczę jak Laurent gra inną rolę niż lamentującego Xersesa.
W poniedziałek, po Les Perses, zostałam w teatrze i wylądowałam w dusznej sali, w pierwszym rzędzie, z 60 dzieciaków za mną z piękną perspektywą spędzenia prawie dwóch godzin na tyłku...
Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że nie jest to klasyczna wersja sztuki, ale bardziej dostosowana do dzisiejszych czasów, panowie przechadzają się w pięknie skrojonych garniturach (a było na co popatrzeć), dwunastozgłoskowiec nie jest tak bardzo przestrzegany (co trochę odjęło uroku sztuce, ale przynajmniej tekst był bardziej przyswajalny), a Laurent gra wioskowego głupka, Maitre Jacques. Innymi słowy spędziłam naprawdę świetne 2 godziny z przyjemnością rozkoszując się tym, co w teatrze jest najlepsze.
Obsada była dobrze dobrana (no może poza dziewczyną, która grała Marianne), każda gra słów, quiproquo czy jakaś zabawniejsza sytuacja były świetnie zaakcentowane, dzięki czemu nawet ta 60 gimnazjalistów dobrze się bawiła.

Gorąco polecam lecieć na tę sztukę ile sił w nogach, bo grają ją tylko do 24 października!