jeudi 10 octobre 2013

A méditer...

Aktorzy mają rozedrgane dusze i serca chore od nagłych zmian nastrojów. Rodzą się co wieczór i umierają po kurtynie. 
Przychodzą do teatru na długo przed spektaklem, ubierają się w swoje kostiumy-role, nakładają charakteryzację jak obcą twarz. Oswajają ją i wierzą. Wierzą w to życie, przez które mozolnie brną jak koła roweru po piasku. Ocierają pot o kulisy. 
Aktorzy mówią głośno i wyraźnie. Chcą, żeby wiadomo było, o co chodzi. Nawet gdy szepczą słychać ich. A i tak często rozbijają się o ścianę niezrozumienia. Śpiewają po stokroć te same smutne piosenki i robią to wciąż ze łzami w oczach, z tym samym wzruszeniem. 
Aktorzy nie dbają o zdrowie. Nie mają czasu na tak nieważne sprawy. 
Aktorzy po prostu nie chorują. Może dlatego odchodzą za wcześnie. A ci, którym udaje się dożyc sędziwego wieku odchodzą w zapomnieniu, często samotnie bez owacji, bez mów dziękczynnych. 
Aktorzy są źle opłacani. Ktoś pewnie wymyślił, że skoro mają swój teatr, nie potrzebują niczego więcej... 
Aktorzy kochają mocniej, żyją szybciej a rozpacz ich bywa czarna jak fortepian. Huśtają się na nitkach swoich delikatnych uczuć. Podrzucają swoje dusze do nieba i spychają je bez wahania na dno piekła. Nie boją się śmieszności, brzydoty czy poruszania się na pograniczu kiczu. Mają naturę ekshibicjonisty, który czerpie przyjemność z pokazywania swojej nagości. Stają co wieczór na deskach sceny z obnażoną nagą duszą, z bezwstydnym sercem i pewnym głosem, gestem, wzrokiem kradną uczucia widzów. Żywią się nimi. Kradną uczucia? Ach nie! Dają całe swoje dobro i piękno swoim spektatorom. Żyją w tych chwilach tylko dla nich. Nic innego się nie liczy. 
Ale aktorzy wracają wreszcie do domu. Do swoich czterech ścian. Wracają i... płaczą na prawdę.

Jacek Wester