vendredi 18 octobre 2013

Avant la dernière...

Może nie powinnam pisać tego posta... Bo to jeszcze nie ostatnie przedstawienie Les Perses. Wracamy za miesiąc, 16 listopada, żeby znowu się pokazać, znowu się pomylić i śmiać się w kulisach. Potem znowu znikamy, bo Święta, i wracamy w styczniu. Gramy do 13 lutego i wtedy prawdopodobnie będę miała pełne prawo żeby pisać o moich uczuciach przed ostatnimi ukłonami.
Jednak ta data, 18 października, zakorzeniła się w mojej głowie jako dernière i tak została. Bo odmawiałam spotkań znajomym, tłumacząc, że po 18 będę miała więcej czasu. Bo sama sobie wmawiałam, że moje życie się uspokoi po 18. Bo żartowałam, że ostatnia scena nigdy nie wyjdzie nam przed 18. I zastanawiałam się, co będzie po tym 18, kiedy opuszczę teatr.

Les Perses odnieśli sukces. Za każdym razem udaje nam się zapełnić salę w mniej lub bardziej znaczny sposób, ale zawsze ktoś przychodzi. Zawsze ktoś nas ogląda, a potem oklaskuje. Czyli to ma jakąś rację bytu, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce spędzić półtorej godziny w naszym towarzystwie. Dzięki temu na mojej lodówce wisi grafik aż do lutego, a w mojej głowie zaczyna rodzić się myśl: co będzie po 13 lutym? Może ten dernière będzie jak koniec świata, święto ruchome i znowu odejdzie aż do czerwca...

Pamiętam jak przychodziłam do teatru na próby i to miejsce wydawało mi się jeszcze obce. Nikt mnie nie znał, wszyscy pytali, co ja tu robię o tej porze... Kiedy byłam onieśmielona obecnością moich nowych kolegów, ich żartami, a Nathalie pytała mnie, czy wszystko dobrze, bo obserwowałam wszystko z boku przerażonymi oczami.
Potem premiera... Sprawdziłam się, więc mnie zaakceptowali... I wpadłam w małą, teatralną rutynę... Przychodzę, witam się ze wszystkimi, proszę Laurent żeby nie robił dziwnych min kiedy do niego mówię, odpalam konsolę i walczę z abażurem na lampie, przebieram się w kostium, drażnię Jean-Luca, więc wynosi mnie do sąsiedniej garderoby, rozplątuję biżuterię Nathalie, sprawdzam światła i muzykę, przebieram się jeszcze raz, bo nie lubię wychodzić w kostiumie do toalety, żartuję i w końcu zasiadam przed konsolą... Muzyka, blackout, światło, muzyka, światło, ściszyć muzykę... ale nie tak szybko!... zmiana w reżyserce, bo zaraz wychodzę na scenę... wieczne napięcie, kiedy czekałam na sygnał, że mam biec w kulisy, w koncu jest, więc biegnę, popędzam Beatrice, wracam, żeby powiedzieć, co mam do powiedzenia i znów w kulisy, konsola, klnę bo za późno włączyłam muzykę... Moi koledzy mnie denerwują, bo schodząc ze sceny sprawdzają, gdzie się pomylili albo, co mówią potem. Tylko Laurent nie wisi nade mną z uporem maniaka. Siedzi w garderobie obok i gra w coś na telefonie. Idę po niego, bo zaraz wchodzę na scenę. I znowu na scenie... Koncentracja i emocje ogłuszają mnie do tego stopnia, że nie pamiętam nic z tego, co robiłam. Jakieś niejasne detale... Schodzę i siadam przy Laurent, rozmawiamy, śmiejemy się z Alain, który ożywia się w tym samym momencie. Wyganiam go sprzed konsoli i ściskam jego rękę przed ostatnią sceną. Potem z Nathalie trzymamy kciuki żeby nikt się nie pomylił... Ostatnie światła, nie zapomnij włączyć muzyki i ukłony... Napięcie spada... Zapalamy światła w garderobie, rozmawiamy, żartujemy... Nikt się nie spieszy, mamy czas.... Właściwie to nikt nie ma ochoty wracać do siebie... Jest nam dobrze razem, ale kiedyś trzeba. Ociągamy się... Wychodzimy do foyer, rozmawiamy z innymi aktorami, z widzami, którzy czekają żeby powiedzieć parę miłych słów. Ja od premiery wypatruję jednej osoby, ale ona nie przychodzi... Dziś też nie przyjdzie, więc żegnam się z trupą... Czasami ktoś mnie zatrzymuje na drinka, albo pyta czy idę do metra... No to pijemy razem. Albo idziemy razem. Jeszcze kilka stacji zanim się rozstaniemy. Mówimy sobie do następnego i wracamy do siebie...

A teraz przez miesiąc zabraknie tej rutyny...