vendredi 18 octobre 2013

Faire marcher la magie.

Od kilku tygodni przygotowuję długi wpis na temat moich wrażeń z pierwszych tygodni na Paris 8, ale po tym, co dziś widziałam, nie mogę się oprzeć i po prostu muszę podzielić się tym z Wami. To, co chcę Wam napisać, nie dotyczy bezpośrednio mojego uniwerku, ale jest z nim związane pośrednio.

Mianowicie wydział arts en scène - théâtre (czyli mój) żywo współpracuje z Académie Fratellini, czyli ze szkołą cyrkową. Tak, cyrkową. W związku z tym Académie Fratellini proponuję studentom teatrologii zajęcia u siebie (akrobatykę lub równowagę) w ramach przedmiotów Découverte - na polski: przedmiot ogólnouniwersytecki (tzw. ogun), a wydział teatrologii zaprasza uczniów Académie na zajęcia z technik oświetlenia spektaklu i czegoś związanego z mimami.

Osobiście na zajęcia z technik oświetlenia spektaklu zapisałam się jako jedna z pierwszych (żeby nie powiedzieć, że się rzuciłam na to), więc mam okazję poznać 9 pierwszorocznych z AF. Chodząc z nimi raptem na jedne zajęcia, nie wiem o nich zbyt wiele, poza tym, że trzymają się razem, ale wyglądają na bardzo sympatycznych. Wszystko zmieniło się dziś...

We wtorek otrzymaliśmy maila od Luigiego (tak, do profesora od technik oświetlenia zwracamy się na ty), że w ten czwartek zajęcia odbędą się w Academie Fratellini. W duchu żartowałam, że skoro pokazał już nam jak płynie prąd na Uniwerku (a gada o tym od dwóch tygodni), to teraz będzie pokazywał nam jak płynie prąd w cyrku (od głównego generatora do gniazdka) i tłumaczył jak wkładać wtyczkę do gniazdka. Tak, naprawdę się o tym uczymy... Fizyka się na mnie mści, bo Luigi przepytuje nas z Woltów, Amperów i innych Watów... Wszystko po to żeby nie wysadzić połowy oświetlenia w powietrze.
Nie wiele się pomyliłam, bo faktycznie Luigi pokazał nam wszystkie rozgałęziacze, 4 reżyserki i kazał liczyć lampy automatyczne i normalne. Nigdy nie przypuszczałam, że dowiem się co to takiego jest gradateur i że gniazdka i wtyczki dzielą się na femelle i mâle. No ale nie o tym...

Innym celem wizyty w cyrku było otwarcie sezonu, przez co nasi koledzy nie mogli być z nami na zajęciach, więc przenieśli zajęcia do siebie. Ostatni raz w cyrku byłam jako dziecko, więc kojarzył mi się on ze zwierzętami i clownami... Jednak kiedy weszłam do hallu i zobaczyłam moich kolegów wyczyniających różne akrobacje, które w ich wykonaniu wydawały się dziecinnie łatwe, po prostu mnie zamurowało i gapiłam się na nich jak oczarowane dziecko. A to był tylko hall z dziewiątką akrobatów. Magia tego miejsca i ta, którą roztaczali oni sami pochłonęła mnie bez reszty. Ogarnęło mnie też jakieś wzruszenie i trema kiedy patrzyłam na ich wysiłki i praktycznie czułam ich emocje. Kiedy przeszliśmy do dużego cyrku czułam się już kompletnie jak dziecko. Oczywiście nie czułam charakterystycznego zapachu trocin, zwierząt i popcornu, ale i tak było miło. Najbardziej urzekł mnie ostatni spektakl. A właściwie chłopak, który wykonywał coś, co po francusku nazywa się sangles, ubrany w koszulę i spodnie w kancik. Wrażenie niesamowite, facet przystojny, a sama akrobacja i scenariusz przedstawienia miały w sobie coś takiego, że po prostu siedziałam oniemiała i patrzyłam na Salvatore ze szczęką gdzieś w okolicy kolan.

Sangles.
Po spektaklu zostaliśmy zaproszeni na kielicha i resztę wieczoru spędziłam w otoczeniu cyrkowców ciesząc się jeszcze magią ich akrobacji. Poznałam równiez Salvatore (na zdjęciu powyżej), który oczarował mnie podczas spektaklu.

Żałuję, że tego zawodu nie można się nauczyć tak po prostu...

... i tak po prostu siedzieć sobie na słupie.