samedi 26 octobre 2013

Jestę studentę.

Chciałabym już teraz napisać Wam: Jak dobrze jest wrócić na uczelnię! Ale powstrzymam się z tym hasłem... do nie wiem kiedy. ;) Bo faktycznie dobrze było, ale niestety starzeję się i nie mam tyle energii, co moi 18-letni koledzy i koleżanki z roku. Muszę zaznaczyć, że ten post piszę już od miesiąca i nie chce mi się zmieniać większości uwag. Wszystkie są aktualne zresztą.

Jednak już teraz chciałabym podzielić się z Wami pierwszymi obserwacjami po tzw. pré-rentrée czyli po dniu integracyjnym oraz po pierwszym miesiącu zajęć.
Wszelkie porównania do polskiej uczelni odnoszą się tylko do Uniwersytetu Warszawskiego. Nie wiem jak jest na innych Uniwersytetach w Polsce.

Dla przypomnienia: w Polsce studiowałam filologię romańską na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 2009-2012. Wtedy jeszcze mój Instytut mieścił się przy ul. Oboźnej i wchodził w skład Kampusu Głównego, jednak zajęcia odbywały się również w budynku przy ul. Browarnej. Teraz cały Instytut mieści się przy ul. Dobrej w nowopowstałym budynku. Jeśli ktoś byłby zainteresowany jak wyglądała romanistyka na UW, przedmioty, poziom itd., to proszę napisać o tym w komentarzach.
Obecnie jestem studentką Université de Paris 8 Vincennes - St Denis na kierunku arts en scène - théâtre, czyli na polski: studiuję teatrologię. Od 1 roku.

I szczerze mówiąc: to dwa zupełnie inne światy. Mimo że mam już 3 lata uniwerku za sobą, to i tak czułam się jakbym pierwszy raz przekraczała progi uczelni wyższej. Czułam się kompletnie zagubiona.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to to, że kampus składa się z 7 budynków + Maison de l’étudiant (cokolwiek to jest) i jest to po prostu labirynt pełen zagadek i niespodzianek, jak choćby to, że sale nie są ponumerowane (to się zdarza od wielkiego dzwonu, ale zazwyczaj nie...). Żeby dobić do amfiteatru 4 trzeba było zebrać się w większą grupę pierwszaczków i dorwać kogoś starszego rocznikiem.
Kiedy już dotarłam do amfiteatru i wpuścili nas do środka, okazało się, że spędzimy mniej-więcej 2 godziny na super twardych ławkach. Bez stolików do pisania, nic... Już widzę siebie na zajęciach teoretycznych w super niewygodnej pozycji. To jednak jest szkoła życia: bez szalika pod tyłkiem się nie obejdzie.
Całą ideą dni integracyjnych jest zapoznanie biednych studentów z programem nauczania, gronem pedagogicznym, rozliczeniem punktów ECTS i strukturą uczelni. Jednak! Dni integracyjne są obowiązkowe dla każdego roku. Na UW, taki dzień integracyjny mieliśmy tylko na początku I roku. Amen. Tu nie. I już na początku rzuca się pierwszy podział: I rok i II integrują się razem. III rok, a potem Master (co dla Mastera jest zrozumiałe) mają swoje dni oddzielnie. Mam też wrażenie, że ogółem III rok jest odizolowany od I i II (czego nie było w przypadku romanistyki), ale jednocześnie ten III rok opiekuje się młodszymi rocznikami. I tak nasze 2 lata mają tzw. tuteurs. Tuteurs są to studenci III roku tego samego kierunku, którzy mają za zadanie wprowadzić nas w życie uniwersyteckie, być łącznikiem między studentami, a wykładowcami, załatwiać różne sprawy administracyjne etc. Przypuszczam, że to stanowisko odpowiada trochę staroście na polskiej uczelni z tą różnicą, że starosta jest jeden na dany rok i jest wybierany spośród studentów, i/lub samorządowi. No więc tuteurs są 4 (dwie dziewczyny, dwóch chłopaków). Przyznaję, że szukam na siłę powodu żeby spotkać jednego z tuteurs (oh! Francesco!), ale chyba za dobrze znam strukturę uczelni i jestem zbyt dumna żeby pozwolić sobie wyjść na idiotkę.

Podczas dnia integracyjnego wyjaśniono nam też w jaki sposób mamy zaliczać przedmioty. Na romanistyce mieliśmy wykaz przedmiotów do zaliczenia i nie było wyjścia, nie dało się ominąć historii literatury czy innego przedmiotu. Dlatego, szczególnie na drugim roku, zdarzało mi się siedzieć od 8 do 20 na uczelni przez nawał zajęć. Tutaj jest zupełnie inaczej: przedmioty zalicza się blokami. I na przykład żeby zaliczyć I rok muszę zrobić: 4 PA (Pratique artistique = przedmioty praktyczne), 4 Théories (Teoria dzieli się na Histoire i Esthétique, więc trzeba zaliczyć po 2 z tego i tego w skali roku, czyli jeden na semestr) oraz 4 Ouvertures, czyli przedmioty uzupełniające, w których skład wchodzą: 1 semestr metodologii, 1 semestr języka, 2 Découverte, czyli po polsku przedmiot ogólnouniwersytecki (OGUN). No i tutaj zaczynają się schody, bo o ile Metodologia jest jeszcze w planie jak inne przedmioty i można sobie wybrać, co nas interesuje, a co nie, o tyle język i Découverte to jeden wielki burdel. Przedmioty Decouverte mogą być proponowane przez wydział, ale nie muszą. My na przykład możemy sobie wybrać zajęcia w Académie Fratellini i ćwiczyć akrobatykę jako Découverte, ale jeśli ktoś nie jest tym zainteresowany to zasuwa po innych wydziałach i pyta profesorów, czy może zaliczyć ich przedmiot jako Découverte. Ja postanowiłam zaliczyć obydwa Découverte w przyszłym semestrze, bo nie chciało mi się latać.

Jeśli chodzi o język obcy to też trzeba iść samemu na wydział językowy i się dowiedzieć. Na szczęście przy zapisach dawali nam fiszki informacyjne odnośnie egzaminów językowych. Mnie takowa fiszka dotyczyła, bo chciałam się wybrać na hiszpański, a hiszpański obleganym językiem jest. Test był elektroniczny, składał się z 85 pytań zamkniętych, no i wynik pojawiał się od razu. Osobiście spodziewałam się katastrofalnego wyniku, ponieważ miałam rok przerwy, a 2 lata jakie spędziłam nad tym językiem były prowadzone przez faceta, który wolał porzucać rasistowsko-sprośnymi żartami niż nas czegoś nauczyć. Tak więc zdziwienie i przerażenie było olbrzymie kiedy na ekranie komputera zobaczyłam poziom 3, który odpowiada porządnemu B1. Niestety nie mogłam obniżyć poziomu grupy, ale po miesiącu zajęć stwierdzam, że radzę sobie całkiem nieźle, a przede wszystkim zaczynam gadać, bo na to głównie kłądzie nacisk moja nauczycielka.

Jeśli chodzi o resztę przedmiotów to w tym semstrze mam ich tylko 4 (razem z językiem): 1 Historię, 1 Estetykę, 1 Praktykę i język. Zajęcia mam tylko we wtorki i czwartki, co może nie jest najlepszym sposobem na integrowanie się z innymi studentami i nie najlepiej wpłynie na mój plan zajęć w przyszłym semestrze, ale co tam! Wiem, że powinnam mieć 2 praktyki, ale Francesco podczas dnia integracyjnego rzucił bardzo inteligentną radę: Idźcie i sprawdźcie wszystkie zajęcia, a potem wybierzcie to, co Wam się podoba! No i w ten sposób sporo profesorów na zajęciach praktycznych zamiast przepisowych 25 osób (tylko na praktyce jest limit) miało ich 50, więc postanowili wybierać osoby na chybił-trafił lub inną drogą eliminacji. Ja, ograniczona czasowo wieczorami, nie mogłam sobie pozwolić na wzięcie zajęć w środy wieczorem (bo teatr), więc postanowiłam bić się o 3 praktyki w drugim semestrze, co będzie ciężkie. Jak się nie uda to są jeszcze tzw. Cours Intensifs, czyli zalicza się semestr w tydzień. Jeśli chodzi o sam wybór zajęć, to jak napisałam wcześniej, mamy do zaliczenia bloki, a co za tym idzie proponowanych jest 6-7 zajęć tematycznych i z tego możemy wybierać. Ja wybrałam Histoire des théâtres publics do bloku Theorie/Histoire. Przedmiot dosyć interesujący, chyba tylko przez to, że Madame Rauch to kobieta z werwą i świetnie się jej słucha. Jako zaliczenie trzeba napisać pracę na wybrany temat, np. o cenzurze. Ja nie wiem jeszcze o czym będę pisać... Do Esthétique poszło natomiast: Ouvrir le jeu: les defits et les enjeux de la création scénique contemporaine z Jean-Francois Dusigne, który zawodwo jest aktorem. Przedmiot trochę nudnawy (może to też przez głos Dusigne), a tematyka zajęć trochę nieprzemyślana moim zdaniem... Właściwie to nie robimy nic... Raz oglądaliśmy film o Patrice Chereau, innym razem zwiedzaliśmy La Cartoucherie i Théâtre du Soleil w Le bois de Vincennes. Na zaliczenie mamy napisać compte rendu z każdych zajęć, odpowiedzieć na pytania: Kim jestem? Co fascynuje mnie w teatrze? W którym teatrze chciałabym pracować?, odpisać spektakl, który sprawia, że jesteśmy zakochani w teatrze, zrobić sobie kolekcje cytatów mówiących o création scénique. W praktyce wybrałam Techniques d’éclairage i kocham ten przedmiot. Bynajmniej nie dlatego, że pracując już jako régisseur zyskałam sobie sympatię profesora, który z zawodu jest właśnie ingénieur de lumière. Nie wiem też dlaczego, ale byłam pierwszą osobą, którą zapamiętał. Luigi jest najbardziej wyluzowanym nauczycielem na świecie, możemy do niego mówić na Ty i 3 godziny z nim to prawdziwa przyjemność. Minusem jest tylko to, że zostałam zmuszona do odświeżenia zagadnień z fizyki, typu ile Amperów jest w domowym gniazdku i ile reflektorów mogę podłączyć do rozgałęziacza na 3000 W tak żeby nie wysadzić wszystkiego w powietrze. Ale ten nieprzyjemny etap już minął i teraz weszliśmy w rodzaje reflektorów. Zaliczenie: test złożony z 20 pytań i mały pokaz umiejętności oświetleniowych.

Wychodzi na to, że jedyny poważny egzamin jaki mnie czeka w tym semestrze to egzamin z języka.
Ah! I zajęcia trwają po 3 godziny, a nie po 1,5 tak jak w Polsce. Zazwyczaj wykładowcy kończą zajęcia po 2,5 godziny żebyśmy mogli zjeść i zmienić salę.
No i mam wrażenie (może to tylko cecha charakterystyczna mojego wydziału), że na romanistyce w Polsce wykładowcy starali się za wszelką cenę stworzyć dystans między studentem a wykładowcą. Z daleka czuć było respekt i do tej pory pamiętam jak drżałam na samą myśl o pani Zaleskiej. Tutaj nie ma tego dystansu, z panią w sekretariacie jesteśmy na Ty, a wykładowcy podchodza do nas jak do ludzi i są bardzo wyrozumiali.

No... to tyle... Pytania?