mercredi 2 octobre 2013

Lecture publique, l'Avare...

...i inne przyjemności płynące z życia w teatrze.

Właśnie minął miesiąc odkąd znalazłam swoje miejsce w teatrze Nord-Ouest.
I tak jak przypuszczałam: wystarczyło się gdzieś zaczepić i wszystko leci z górki. Będę grała w Les Perses aż do 13 lutego 2014 roku, a i tak nie wiadomo, czy ta data jest ostateczna, czy mój pierwszy maraton jeszcze się przedłuży... Poza tym będę robić światła w spektaklu Les Fables de la Fontaine. A potem się zobaczy...
Niedawno zostałam też poproszona o wzięcie udziału w publicznej lekturze sztuki Le dialogue des Carmelites. Lektura odbyła się w ubiegłą sobotę. I moim zdaniem to jest najbardziej przykry obowiązek aktora. Przynajmniej dla mnie. Owszem, rozwijam się, zbieram nowe doświadczenia, ale wytrzymać prawie 2 i pół godziny na twardym krześle, bez picia, z reflektorami o mocy 5 kaloryferów rozkręconych na maxa, w ciągłym stresie Nie pomyl się! Nie pomyl się! Nie pomyl się! I nie ziewaj! to trochę ponad moje siły.
Publiczne czytanie jest o tyle trudniejsze od grania, że jako narzędzie służy nam jedynie nasz głos. Jesteśmy sam na sam z tekstem, którego dobrze nie znamy, z rolą, której nie zdążyliśmy opracować do końca (osobiście, dostałam mój tekst we wtorek, a w sobotę była lektura...) i ze wszystkimi zająknięciami, które nie mogą mieć miejsca. Za każdym razem, gdy muszę coś czytać na głos i interpretować tekst w tym samym czasie (po francusku), po prostu mdli mnie ze stresu. Wszystko dlatego, że francuski mimo wszystko jest językiem obcym dla mnie i niestety czasem, gdy chcę za szybko przez coś przejść to język mi się zaplącze na jakimś trudniejszym słowie.
No ale szczęśliwie udało mi się przebrnąć przez Le dialogue... ze skupieniem na poziomie 0 i emocjami na poziomie -1.
Po lekturze zasiadłam szczęśliwa na widowni żeby podziwiać Les fables de la Fontaine.

To, co teraz napiszę, zazwyczaj spotyka się z ostrą krytyką, ale podobno o gustach się nie rozmawia. Moją przypadłością, która oburza absolutnie każdego... nieważne czy zna się czy nie na teatrze... jest to, że nienawidzę Moliera. Jestem chora jak tylko muszę pracować na jego komediach, albo chociaż je czytać. Nie przemawia do mnie w ogóle i nie uważam, żeby był zabawny. Mam tak od gimnazjum. Pamiętam jeszcze jak dziś, że w drugiej klasie gimnazjum omawialiśmy Świętoszka i nasza nauczycielka kazała nam napisać jak nam się podobała sztuka. Oczywiście wszyscy jak jeden mąż pisali jak bardzo podobała im się ta sztuka i jak wiele wniosła do ich życia. A ja nie... Kiedy zostałam wywołana do przeczytania moich wrażeń, nauczycielka prawie dostała zawału, a potem zaczęła się ze mną kłócić o geniusz Moliera. To było z 8 lat temu, a ja dalej nie zmieniłam zdania na ten temat.
Prawie 2 lata temu, wylądowałam w Teatrze Polskim w Warszawie na Szkole Żon w reżyserii Andrzeja Seweryna i przyznam, że całkiem mi się to podobało. Całkiem, a nie bardzo, bo Seweryn podszedł do sztuki bardzo klasycznie (kwiecisty język, stroje itd...). Kiedy prawie miesiąc temu opowiadałam o tym Laurent, polecił mi tylko Viens voir l'Avare. Że niby mam się wynudzić na Skąpcu... No ale stwierdziłam, że dobra... Przynajmniej zobaczę jak Laurent gra inną rolę niż lamentującego Xersesa.
W poniedziałek, po Les Perses, zostałam w teatrze i wylądowałam w dusznej sali, w pierwszym rzędzie, z 60 dzieciaków za mną z piękną perspektywą spędzenia prawie dwóch godzin na tyłku...
Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że nie jest to klasyczna wersja sztuki, ale bardziej dostosowana do dzisiejszych czasów, panowie przechadzają się w pięknie skrojonych garniturach (a było na co popatrzeć), dwunastozgłoskowiec nie jest tak bardzo przestrzegany (co trochę odjęło uroku sztuce, ale przynajmniej tekst był bardziej przyswajalny), a Laurent gra wioskowego głupka, Maitre Jacques. Innymi słowy spędziłam naprawdę świetne 2 godziny z przyjemnością rozkoszując się tym, co w teatrze jest najlepsze.
Obsada była dobrze dobrana (no może poza dziewczyną, która grała Marianne), każda gra słów, quiproquo czy jakaś zabawniejsza sytuacja były świetnie zaakcentowane, dzięki czemu nawet ta 60 gimnazjalistów dobrze się bawiła.

Gorąco polecam lecieć na tę sztukę ile sił w nogach, bo grają ją tylko do 24 października!