mercredi 9 octobre 2013

Polscy turyści.

Jak powszechnie wiadomo, jestem najgorszą kelnerką na świecie, pracuję w najgorszej i najbardziej nieprzyjaznej klientowi restauracji w Paryżu i wyżywam się na biednych turystach. Z drugiej strony, Nathalie, która zgarnęła mnie z restauracji do teatru, oraz Virginie, moja sceniczna siostra, mówią mi, że przychodzą do Creperie Beaubourg ze względu na rodzinną atmosferę i dobre jedzenie i nie są zachwycone kiedy przebąkuję o odejściu stamtąd.

No ale nie o tym chciałam...
Miesiąc temu stuknął mi roczek odkąd podpisałam cyrograf i zaprzedałam moją duszę oraz wszystkie weekendy tej restauracji... Po roku obserwacji, nerwów, stresu i miłych niespodzianek, postanowiłam scharakteryzować polskiego turystę, który przychodzi do naszej restauracji i ku mojemu zaskoczeniu jest ich nawet sporo.

Zanim zacznę, muszę zaznaczyć, że bardzo rzadko zdradzam, że jestem Polką. Nie przez wstyd, ale przez reakcje Polaków oraz przez to, że wygodniej mi jest gadać po francusku czy angielsku niż po polsku. Oczywiście, na początku, jak tylko słyszałam polski to wystrzeliwałam jak w procy z donośnym aaa dzień dobry! i, poza dwoma wyjątkami, zawsze miałam wrażenie, że to żenuje moich klientów. Tymi wyjątkami była pani profesor z Harwardu, której przyjazdu wyczekuję namiętnie oraz Andrzej Deskur, aktor. Dlatego teraz, jeśli decyduję się przejść na polski, to dlatego, że dana osoba po prostu nie gada ni w ząb ani po angielsku ani po francusku, albo mówi tak bardzo szkolnym angielskim, że uszy mnie bolą.

Polskich turystów możemy podzielić oczywiście na miłych, poprawnych, sprytnych, wycieczkowców i wredne suki.

O miłych napisałam wyżej: pani z Harwardu i Deskur. Mogłabym tu wrzucić też rodzinę, która na początku była zażenowana, ale potem miło mi się z nimi rozmawiało.

Klienci poprawni to ci, którzy na moje Bonjour, vous êtes combien? odpowiadają wyuczoną, hiperpoprawną angielszczyzną: Excuse me, I don't speak french. Do you speak english? albo potem, kiedy zbliżam się z moim Are you ready to order? słyszę: Yes, we are ready to order. Naprawdę samo Yes, by mi starczyło... Tacy klienci też często nie wiedzą jak się zachować w restauracji, więc po prostu wchodzą na salę i siadają, gdzie chcą ignorując moje Bonjour przy drzwiach. Nic bardziej mnie  nie irytuje...

Sprytny Polak to taki, który do restauracji zabiera ze sobą przynajmniej jedną osobę, która gada po francusku. A ja mam wtedy przednią zabawę, bo kiedy biorę zamówienie, słyszę jak osoba, która zna francuski tłumaczy wszystko, druga osoba mówi jej, co chce, a ja się wtrącam po francusku. Przykład:
O1: Et on va prendre une bière... Jakie to piwo chcesz?!
O2: Ciemne jakieś...
Ja: Alors pour la bière brune, on a...
Jeszcze się taki nie zdarzył, co by się zorientował...

Wycieczkowicze to osoby, które wykupiły wycieczkę w biurze podróży, i którym przewodnik powiedział, że w Creperie Beaubourg są najlepsze naleśniki. Zazwyczaj przychodzą całą grupą gdzieś koło południa w tygodniu. Nie mówią ani po francusku, ani po angielsku. Raz, zastępując koleżankę, nadziałam się właśnie na taką grupkę... I w sumie mieliśmy szczęście, że akurat byłam wtedy w restauracji, bo inaczej by sobie nie poradzili. Chyba, że na migi... Wycieczkowiczów nie lubię... Przede wszystkim dlatego, że kiedy dowiadują się, że jestem Polką, stawiają mi bardzo głupie pytanie: Co może Pani nam polecić? Tylko wie Pani... Żeby to drogie nie było... No to wóz albo przewóz... Albo polecam wam to, co ja lubię, albo polecam wam to, czego nie lubię, ale nie rujnuje portfela.

Ostatnia kategoria, czyli wredne suki, powstała w ubiegły weekend. Rzadko zdarza się, żebym komuś nawciskała albo odmówiła obsługi, ale jeśli jakieś dwie wymalowane dziunie, które uważają się za niewiadomo kogo, zaczynają wyzywać mnie po polsku i traktować jak psa, to przepraszam, ale miła nie będę. Na dziunie byłam cięta od samego początku przede wszystkim dlatego, że przy 1/3 wolnych stolików na tarasie, one usiadły akurat przy tym, który właśnie się zwolnił i na którym były jeszcze talerze itd., kiedy stolik obok był czysty. Trzeba być idiotą żeby to zrobić i oczekiwać, że kelner będzie miły kiedy robi mu się dodatkową robotę, bo musi sprzątnąć ten cholerny stolik, bo przecież taki imbecyl się nie przesiądzie. Mnie dodatkowo drażni sadzanie czterech liter bez wcześniejszego zapytania, czy nie mam innego pomysłu na ten stolik. Ale taka jest cecha gorzej wychowanych turystów. No więc dziunie dostały karty, po jakimś czasie mnie wołają i zamawiają dwie kawy. Tutaj musze zaznaczyć, że Creperie Beaubourg to restauracja, która:
- nie ma licencji na podawanie alkoholu bez posiłku
- nie serwuje napojów w trakcie lunchu (od 12 do 15) oraz kolacji (19-24). Chyba, że naprawdę nie ma wielu klientów. Jest to całkowicie normalne. Inne restauracje albo są zamknięte między 15 a 19 albo mają taką samą politykę jak nasza. Poza tym to jest restauracja, a nie bar.
Dziunie zawitały u mnie przed 14, więc siłą rzeczy nie mogłam zablokować stolika dla 2 kaw. 2 kawy to 4,10€, najczęściej serwowane Menu to 9,40€, czyli 2 18,80€... Lepiej zarobić 18,80 niż 4,10... Kiedy ogłosiłam, że nie podam im kawy, jeśli nie będą jadły, pomyślały, że zamówią jakiegoś jednego crepa na dwie i to załatwi sprawę. Normalnie mogłabym się na to zgodzić, ale jak wcześniej zaznaczyłam, nie mam ochoty obsługiwać osób, które mówią do mnie jak do psa, więc powiedziałam im, że albo jedzą obydwie pełne dania, albo wynocha. Jedna z dziuń trzasnęła kartą, od drugiej poleciały wyzwiska w moją stronę. Zadowolona z siebie, wzięłam karty, poszłam do sali, opowiedziałam managerowi historię... Wyszłam i widzę, że jedna dziunia wraca i mówi mi, że chce rozmawiać z moim managerem. Pokazałam jej, który to. Fabrice powiedział jej to samo, co ja. Dziunia oczywiście się wkurzyła i zaczęła wykrzykiwać It's a joke! No to my na to: No, it's a restaurant. Tak niewychowanego babsztyla w życiu nie spotkałam i miałam ochotę wytargać ją za te jej tlenione blond kudły.

Na szczęście przy życiu trzymają mnie moi ulubieni klienci (Francuzi), którzy zawsze mają mi coś miłego do powiedzenia. Ostatnio moimi ulubieńcami jest samotny ojciec z córeczką. To stary klient... Pamiętam, że kiedyś przychodził ze swoją dziewczyną/żoną i córką. Potem długo się nie pojawiał i teraz przychodzi tylko z małą. Miły, życzliwy, spokojny facet. Tutaj muszę się przyznać do tego, że nie lubię dzieci, ale ta jego mała to po prostu aniołek. W życiu nie widziałam tak grzecznego dziecka i ślicznego, więc w niedzielny wieczór, kiedy po prostu padałam na twarz, ucieszyłam się kiedy ich zobaczyłam. Lubię patrzeć na tą małą jak dzielnie radzi sobie z naleśnikiem i dyskutuje z ojciec jakby była dorosła. A ma 3, góra 4 lata. W niedzielę też mnie rozczulili. Kiedy sprzątałam stolik obok, usłyszałam jak ojciec mówi do małej: Dis a Madame ce que tu veux! I ta malutka podreptała do mnie i mi mówi: Madame, j'ai très envie de la crêpe au nutella, s'il vous plait. Wtedy wpadłam na pomysł, że może uszczęśliwię mojego aniołka, więc rzuciłam ojcu żartując: Dites-moi, s'il vous plait, fraise, coca ou caramel? Oczywiście spojrzał na mnie jak na wariata, więc sprostowałam, że nie chcę wiedzieć, co on lubi, ale co mała woli. Odpowiedziała mi, że truskawki. No to kiedy zanosiłam jej naleśnika z nutellą, zwinęłam też jednego lizaka truskawkowego ze stojaka i wręczyłam go małej. Dziecko było w siódmym niebie, ojciec mile zaskoczony. Wyjaśniłam mu, że mała zasłużyła, bo jest najgrzeczniejszym dzieckiem jakie tu widuję. Stwierdził, że mu schlebiam.
Moi koledzy żartowali sobie ze mnie, że pedofilia jest karana, a ja i tak byłam usatysfakcjonowana szczęściem dziecka.