lundi 25 novembre 2013

Le premier jour du reste de ta vie

Zaintrygowana postacią Pio Marmai, po obejrzeniu Un heureux evenement (i po pożarciu książki o tym samym tytule i wyrobieniu sobie stałego poglądu na temat porodu), postanowiłam zaznajomić się lepiej z tym aktorem.

I tak wspólnie z kumplem wygrzebaliśmy kilka filmów, które mogłyby nas zainteresować: La Délicatesse (komedia romatyczna z Audrey Tautou... zasnęłam w połowie), Contre toi (dramat), La loi de Murphy (komedia kryminalna z Omarem Sy. Płakałam ze śmiechu) oraz Le premier jour du reste de ta vie...

Film opowiada historię pewnej rodziny, którą można by uważać za idealną: kochające się małżeństwo, trójka dzieci... Jednak każda z tych 5 osób przeżyła dzień, który odmienił ich życie.

Więcej fabuły nie zdradzę, ponieważ uważam, że jest to jeden z tych filmów (jak Intouchables), który każdy powinien zobaczyć. Historia jest prosta, nikt nie gra bohatera... Widz po prostu wchodzi w codzinność jakiejś rodziny i obserwuje jej wzloty i upadki. Osobiście mogłabym obejrzeć kolejne części tego filmu, kolejne pokolenia i kolejne perypetie. Niestety film nie ma kontynuacji, ale to i tak wystarcza, że pokochałam go od pierwszego obejrzenia, ale nie odważę się go obejrzeć ponowie, ponieważ za bardzo mnie wzrusza.

Gorąco polecam.


jeudi 14 novembre 2013

Jak wkurzyć szefa. Część 1.

Moja kariera w Crêperie Beaucourg powoli dobiega końca. Nie to żebym tego nie planowała od dawna, ale w moich planach w żadnym wypadku nie miałam być postawiona pod ścianą. Mimo że w teorii prawo francuskie mnie broni, i doskonale o tym wiem, to w praktyce jakakolwiek konfrontacja z kierownikami czy z moim szefem przekłada się na olbrzymi stres, a to na irracjonalne emocje.

Wszystko zaczęło się 27 października, kiedy w bardzo malowniczy sposób wywaliłam się jak kupa gówna na tarasie z talerzami w rękach. Żeby było ciekawiej to mój szef widział to na własne oczy. Poślizgnęłam się, bo kostka brukowa po deszczu jest śliska. Próbowałam ratować talerze... Stłukłam kolano do tego stopnia, że spuchło, nie mogłam chodzić... Szef zaaferowany posadził mnie przy stoliku i co chwila pytał Ça va Agnès?  (= Możesz chodzić? Nic ci nie jest? Możesz pracować do północy? Powiedz, że możesz!). Nie mogłam... Z zaciśniętymi zębami i poczuciem winy, kulejąc, wytrzymałam do 19. O 19 zwinęłam manatki i poszłam sama na ostry dyżur do Hotel Dieu (tu muszę pochwalić obsługę: spędziłam tam tylko 2 godziny). Diagnoza po pierwszym badaniu: podejrzenie złamania. I panika. No bo co z pracą? Że zwolnienie? I faktura ze szpitala na nie wiem ile... Już wcześniej miałam problemy z kolanami (bóle po pracy czy długim marszu), ale zwlekałam z wizytą u ortopedy (brak Carte Vitale etc.). W pewnym sensie problem rozwiązał się sam. No więc prześwietlenie... Noga cała, ja cała przerażona mimo wszystko, do tego stopnia, że lekarz musiał mi tłumaczyć 2 razy, co mam zrobić... Wypadek w pracy, stabilizator, Voltaren, rezonans, ortopeda i zwolnienie na tydzień do przedłużenia w razie czego. No i Doliprane jakby bolało. Diagnoza ostateczna: prawdopodobnie coś z łąkotką. Czekając na wyniki cieszyłam się wsparciem znajomych, którzy tłumaczyli mi cierpliwie, że to nie moja wina, że ja nic nie płacę, bo przy wypadku w pracy to pracodawca pokrywa wszystkie koszty. I tak wróciłam do pracy żeby zostawić zwolnienie i poczekać aż ktoś się pofatguje i po mnie przyjedzie. Przyjechał znajomy, zahaczyliśmy o aptekę, kupiliśmy stabilizator... Wszyscy życzyli mi odpoczynku i powrotu do zdrowia. Ina przytaszczyła mi kule następnego dnia żebym się jeszcze bardziej nie uszkodziła.

Jednak zamiast odpoczynku, nagromadził się stres... Najpierw szef na telefonie, który jasno mi oświadczył, że wypadek w pracy nie jest mu na rękę, a potem, że problemy z łąkotką to nic poważnego. Zaczęło się szukanie rezonansu i ortopedy na gwałt. Rezonans udało mi się załatwić szybko, bo już tydzień później. Ortopeda czeka mnie za tydzień. Z wynikiem rezonansu, który jednak coś wykrył, pognałam do mojego lekarza żeby mi przetłumaczył z francuskiego na francuski, co mi jest i przedłużył zwolnienie, bo z bolącym i puchnącym co i rusz kolanem pracować 11 godzin się po prostu nie da. Niestety mój lekarz rodzinny mógł mi przedłużyć zwolnienie tylko na tydzień, bo takie ma uprawnienia w tym wypadku. Zawsze może mi jeszcze raz przedłużyć. Kiedy dokuśtykałam do pracy z nowym zwolnieniem i zobaczyłam miny moich kolegów, wiedziałam już, że nie dadzą mi żyć jak wrócę. Po przeczytaniu wyniku rezonansu, który miałam przy sobie oświadczyli: a nic ci nie jest! (Nie... Tylko mocne stłuczenie kolana i początek czegoś, co się nazywa chondropatia... i coś z rzepką... No nic!) Zastanawiałam się mocno, co zrobić: wrócić czy przedłużyć jeszcze aż do wizyty u ortopedy. Wszyscy krzyczeli: przedłuż. No to przedłużyłam.

Wczoraj zaniosłam drugie przedłużenie zwolnienia. Ubłagałam lekarza żeby mi machnął do 21, akurat do wizyty u ortopedy. Kiedy mój kolega usłyszał, że to tylko na tydzień, powiedział mi żebym spodziewała się telefonu od Fabrice'a, który powie mi, żebym albo przedłużyła zwolnienie raz a porządnie (na miesiąc) albo żebym podała się do dymisji. No aż mnie wryło. Wychodząc z restauracji zadzwoniłam do Fabrice'a i, delikatnie mówiąc, poczułam się jakbym była osobą, która przedłuża zwolnienie dla przyjemności jak to robiła jedna z byłych kelnerek. Moje tłumaczenia przechodziły bez echa, najważniejsze było to, że Fabrice musi prosić ekipę z tygodnia żeby mnie zastąpić, a jakbym wzięła zwolnienie na miesiąc to by mógł kogoś zatrudnić. No i jak mam przedłużyć i to zwolnienie to on musi o tym wiedzieć na początku tygodnia, a nie w czwartek. A tak w ogóle to mam zamiar wrócić czy nie?! No bo jak nie to lepiej już złożyć dymisję! Dawno nikt mnie tak nie zdenerwował, nie zestresował ani nie doprowadził do palpitacji.

Po kilku telefonach uspokoiłam się... Dobrze, że istnieją ludzie, na których mogę liczyć i którzy mnie pocieszyli mniej lub bardziej.
Dowiedziałam się, że:
1. Pracodawca nie może sugerować dymisji pracownikowi. To niezgodne z prawem. Dymisja to dobrowolne ustąpienie ze stanowiska, a więc mi moja posada w miarę pasuje. Jeśli szefowi moja praca się nie podoba to może mnie zwolnić (czego nie zrobi, bo chyba musi coś zapłacić wtedy...), więc będzie próbował wymusić na mnie dymisję, co podchodzi pod mobbing czy znęcanie się psychiczne (po francusku to się nazywa harcèlement moral), a co za tym idzie, mogę powiadomić Inspekcję Pracy i/lub wziąc zwolnienie lekarskie z tego powodu (jednej z koleżanek lekarz chciał dać 6 miesięcy zwolnienia). Kiedy składa się dymisję, nie ma się prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Dlatego niech się wali i pali, jeśli opuszczę Crêperie Beaubourg to jako osoba zwolniona. Tym bardziej, że wolę wyleczyć kolana niż dorobić się jeszcze gorzej gdzie indziej.
2. Mam prawo przedłużać zwolnienie ile chcę, tym bardziej, że był to wypadek w pracy. Z drugiej strony wiem, że kiedyś była sytuacja, że jeden chłopak wziął zwolnienie z niewiadomego powodu, przedłużał je z nieskończoność i sprawa skończyła się w sądzie.
3. Wypadek w pracy stawia szefostwo w niewygodnej sytuacji, bo niedość, że płacą za moje leczenie i za zwolnienie, to w dodatku płacą osobom, które mnie zastępują (gówno prawda, bo jeśli ktoś pracuje w ramach nadgodzin, nie dostaje więcej na koniec miesiąca...). W dodatku restauracja nie ma tzw. kelnera extra, który przychodziłby tylko na zastępstwa, więc koledzy, których prosi się o zastępstwo mogą odmówić. A kelnera extra nie mamy, bo to kosztuje. I zatrudnienie go na moje miejsce, kiedy jestem na zwolnieniu, oznacza, że moje stanowisko kosztuje 2 razy więcej.
4. Jeśli Fabrice jeszcze raz zacznie mi gadać o swoich problemach z zastępstwami, mogę mu tylko odpowiedzieć, że to jego problem, a nie mój, bo zajmowanie się zastępstwami leży w jego zakresie obowiązków, nie moim. No i jak wyżej: wywieranie presji czy poczucia winy to też harcèlement moral.

Kilkoro z moich znajomych krzyczy: dzwoń do Inspekcji Pracy! Inni mówią: Nie, poczekaj. Przedłuż zwolnienie na miesiąc lub dłużej i jeśli będą robić problemy to dzwoń.

Na razie czekam na wizytę u ortopedy. Postaram się o przedłużenie zwolnienia. Na ile? Nie wiem... Zobaczymy... W każdym bądź razie, czuję, że to nie koniec batalii z pracą... I że moje zwolnienie skończy się na bezrobociu...

mardi 12 novembre 2013

Un heureux evenement

W dalszym ciągu jestem na zwolnieniu, w związku z tym ten weekend spędziłam niezwykle aktywnie i owocnie: wylegując się w łóżku przed telewizorem, bawiąc się nowym telefonem, robiąc mielone i oglądając komedie romatyczne... z kumplem. Żeby było ciekawiej to kumpel właśnie przyniósł komedie romantyczne. No i tak minął piątkowy wieczór, sobota i niedzielny poranek... Ale nie o tym chciałam...

Otóż Nico nie mógł się oprzeć i przyniósł mi swoją ulubioną komedię romantyczną: Un heureux événement z Louise Bourgoin (znaną z Niezwykłych przygód Adeli Blanc-Sec) i Pio Marmai.

W skrócie: film opowiada o parze młodych ludzi, którzy spodziewają się dziecka i, jak się wydaje, są kompletnie nieprzygotowani do roli rodziców.

Moje zdanie: Film miły, lekki i przyjemny. Momentami też wzruszający i prawdziwy. Podobno oparty na prawdziwej historii (mam zamiar sięgnąć po książkę). Idealny na takie sobotnie, jesienno-zimowe wieczory z gorącą czekoladą. Gra nie jest przerysowana, łatwo można się nawet zidentyfikować z bohaterami.
Bardzo przyjemnie się go ogląda.

Muszę też przyznać, że Pio Marmai to mój mały coup de coeur. I wcale nie dlatego, że na początku dostałam mini-zawał, a przez głowę przetoczyła mi się burza: Ale Fabian nic nie mówił, że grał w tym filmie! I chociażby dla jego ślicznej gębusi warto poświęcić prawie 2 godziny przed telewizorem.

Jednym słowem: POLECAM!


dimanche 10 novembre 2013

Instagram

Nadszedł ten moment... 300 post... i zajarałam się Instagramem, bo duża część znajomych tam się przeniosła.

No to czas i na mnie. Kto chce, ten śledzi.
Kto chce zobaczyć kawałek mojego Paryża, niech też śledzi.
Kto chce zobaczyć moje fotograficzne podrygi, również może śledzić.
Kto interesuje się tym, jak spędzam dnie, no to wiadomo...




Instagram

jeudi 7 novembre 2013

Plus francaise que...

Dostałam moją Carte Vitale!!! Trzeba to oblać!
Dawno żaden list tak mnie nie ucieszył. No poza wiadomością, że w końcu mam mój numer Secu (ubezpieczenie zdrowotne). I dobrze się złożyło, bo akurat teraz u lekarzy bywam często.

Posiadanie numeru Secu oraz Carte Vitale to prawie jak nadanie obywatelstwa, wydanie dowodu tożsamości, numer PESEL, NIP i tak dalej.. i tak dalej... W skrócie: bez tego ciężko przeżyć.

Oczywiście ze strony znajomych posypało się: Gratuluję!, To już tu jesteś legalnie..., No to jesteś już Francuzką.
Pod odpowiednim postem na Faceooku wywiązała się minidyskusja, która zakończyła się stwierdzeniem rzuconym przez znajomego z Niort: Agnès est plus française que beaucoup... Car elle est profondément française de coeur.
To nie pierwszy raz kiedy owy znajomy mi to mówi, ale pierwszy raz ogłosił swoje zdanie publicznie. I przyznaję, że cholernie mi to schlebia. Może to oznaka próżności, ale faktycznie czuję się Francuzką.

Kiedy owy znajomy napisał mi pierwszy raz w mailu, że według niego jestem bardziej Paryżanką niż prawdziwe Paryżanki, spytałam dlaczego tak sądzi. Odpowiedział, że jestem z niewielu osób, które doceniają to miasto i kochają je całym sercem.
Prawda... Kocham Paryż... Kocham Paryż za pęd, za cuchnące i duszne metro, malowniczy Montmartre, Sekwanę, stres, psie kupy na chodnikach, wiecznie spóźniony RER, architekturę, zapchane tarasy kawiarni, tłum, mosty, teatry, moje wydeptane ścieżki... i miliard innych rzeczy, zjawisk i miejsc. Nawet za turystów kiedy ich wyklinam, bo się wleką zajmując cały chodnik. Kocham go z całych sił i nie wyobrażam sobie żyć gdzie indziej...

Ale Francja to nie tylko Paryż... Mimo to mogę powiedzieć, że kocham całą Francję. Oczywiście nie miałam okazji zwiedzać... Moją największą wyprawą były 3 miesiące na Ile de Re, gdzie odryłam co to znaczy wolność kiedy jeździłam rowerem przez winnice. Cieszyłam oczy czerwonymi dachami La Rochelle, stopy spokojnymi spacerami po plaży i w Les Minimes. Myślę, że dobrze czułabym się też w Hawrze, którego zdjęcia oglądałam u Fabiana. Podobałoby mi się w Perpignan czy Montpellier, o których opowiadał mi Ch.... Pokochałabym też jego domek w Pirenejach w Quirbajou...
Marzę o wyprawie do Nicei... Avignon... Lyon... i do małych malowniczych miasteczek jak Le Bois Plage en Re czy Saint-Martin... Pewnie niedługo zmyję się gdzieś nad morze, bo chcę zobaczyć morze zimą... Może do Deauville, bo najbliżej.

Pamiętam pierwszy raz kiedy przyjechałam do Paryża w 2009 roku. Po 19 godzinach w autokarze, zostaliśmy wysadzeni na Montmartre. Wdrapałam się na schody prowadzące do Sacre Coeur, odwróciłam się i wiedziałam już, że to tutaj jest moje miejsce. Nigdzie indziej. Tutaj też nigdy nie towarzyszyło mi uczucie zagubienia, które czułam i nadal czuję w Wielkiej Brytanii, czy nawet ostatnio w Polsce. Po prostu zawsze czułam się jak u siebie.

Mój znajomy wychwala również mój francuski. Ale chyba nie bierze pod uwagę tego, że z nim (jako że jest już po 50), rozmawiam trochę inaczej niż z moimi równieśnikami.

Kiedy tutaj się przeprowadziłam, dałam sobie rok na przekonanie się, czy to właśnie TEN kraj, TO miasto... Czy może moje miejsce jest gdzie indziej. Minął rok... Właściwie już 14 miesięcy. A mnie Paryż dalej zachwyca.

No to chyba faktycznie jestem Francuzką. ;)

vendredi 1 novembre 2013

Dlaczego telewizja francuska...

1. ... NIE jest dobrym sposobem na naukę francuskiego?
2. ... jest gorsza od polskiej?

Ça y est! W końcu SFR zlitowało się nade mną i przysłało faceta, który podłączył mi wtyczkę do telefonu. To znaczy, że mam normalny internet i telewizję. Co się dobrze składa, bo przez wypadek w pracy, nie wychodzę z domu... Nie to żebym nie mogła, ale po pierwsze: chodzenie ze stabilizatorem nawet o kulach nie należy do najprzyjemniejszych, a po drugie: muszę siedzieć w domu w określonych godzinach jakby się przywidziało jakiemuś lekarzowi mnie odwiedzić. Tak więc siedzę w domu, korzystam z dobrodziejstw szybkiego internetu, w tle buczy mi telewizja.

Niestety radość z posiadania szklanego ekranu minęła mi kiedy we wtorek odpaliłam telewizor po południu i okazało się, że znalezienie czegoś, co nie jest reality show albo jakimś durnym serialem graniczy z cudem. Poziom mniej-więcej połowy programów sięga dna Rowu Mariańskiego. Mam wrażenie, że Francja lubuje się w programach typu reality show, że połowa czasu antenowego jest im poświęcona. W takim razie wolę przełączyć na Catroon Network... albo na France24... albo iTVN lub TVN24... Wolę programy typu Ukryta prawda niż Les ch'tis a Hollywood.
Wieczorami poziom trochę się podnosi, ale tylko na jakiś 5 kanałach, więc oglądam Ghost whisperer (z francuskim dubbingiem), Dr House od pierwszego sezonu (z francuskim dubbingiem), francuską wersję Kuchennych rewolucji albo Master chef lub ewentualnie C a vous. Na jutro mam zaplanowany Taniec z gwiazdami.
Jedynym programem, który jest dla mnie znośny w porze popołudniowej to serial Nos chers voisins na TF1.

Pamiętam jak, ucząc się francuskiego, szukałam za wszelką cenę programów francuskich, seriali itd. Tylko żeby osłuchać się z językiem... No i wtedy miałam TV5 Monde, gdzie od czasu do czasu znajdowałam coś interesującego i serial 5 Soeurs emitowany na TVN Style.
Teraz mając nie wiem ile kanałów, na których nie ma nic interesującego, a dialogi są poniżej poziomu, uważam, że nie ma co rzucać się na telewizję francuską i lepiej jest poszukać seriali czy programów w internecie.