jeudi 14 novembre 2013

Jak wkurzyć szefa. Część 1.

Moja kariera w Crêperie Beaucourg powoli dobiega końca. Nie to żebym tego nie planowała od dawna, ale w moich planach w żadnym wypadku nie miałam być postawiona pod ścianą. Mimo że w teorii prawo francuskie mnie broni, i doskonale o tym wiem, to w praktyce jakakolwiek konfrontacja z kierownikami czy z moim szefem przekłada się na olbrzymi stres, a to na irracjonalne emocje.

Wszystko zaczęło się 27 października, kiedy w bardzo malowniczy sposób wywaliłam się jak kupa gówna na tarasie z talerzami w rękach. Żeby było ciekawiej to mój szef widział to na własne oczy. Poślizgnęłam się, bo kostka brukowa po deszczu jest śliska. Próbowałam ratować talerze... Stłukłam kolano do tego stopnia, że spuchło, nie mogłam chodzić... Szef zaaferowany posadził mnie przy stoliku i co chwila pytał Ça va Agnès?  (= Możesz chodzić? Nic ci nie jest? Możesz pracować do północy? Powiedz, że możesz!). Nie mogłam... Z zaciśniętymi zębami i poczuciem winy, kulejąc, wytrzymałam do 19. O 19 zwinęłam manatki i poszłam sama na ostry dyżur do Hotel Dieu (tu muszę pochwalić obsługę: spędziłam tam tylko 2 godziny). Diagnoza po pierwszym badaniu: podejrzenie złamania. I panika. No bo co z pracą? Że zwolnienie? I faktura ze szpitala na nie wiem ile... Już wcześniej miałam problemy z kolanami (bóle po pracy czy długim marszu), ale zwlekałam z wizytą u ortopedy (brak Carte Vitale etc.). W pewnym sensie problem rozwiązał się sam. No więc prześwietlenie... Noga cała, ja cała przerażona mimo wszystko, do tego stopnia, że lekarz musiał mi tłumaczyć 2 razy, co mam zrobić... Wypadek w pracy, stabilizator, Voltaren, rezonans, ortopeda i zwolnienie na tydzień do przedłużenia w razie czego. No i Doliprane jakby bolało. Diagnoza ostateczna: prawdopodobnie coś z łąkotką. Czekając na wyniki cieszyłam się wsparciem znajomych, którzy tłumaczyli mi cierpliwie, że to nie moja wina, że ja nic nie płacę, bo przy wypadku w pracy to pracodawca pokrywa wszystkie koszty. I tak wróciłam do pracy żeby zostawić zwolnienie i poczekać aż ktoś się pofatguje i po mnie przyjedzie. Przyjechał znajomy, zahaczyliśmy o aptekę, kupiliśmy stabilizator... Wszyscy życzyli mi odpoczynku i powrotu do zdrowia. Ina przytaszczyła mi kule następnego dnia żebym się jeszcze bardziej nie uszkodziła.

Jednak zamiast odpoczynku, nagromadził się stres... Najpierw szef na telefonie, który jasno mi oświadczył, że wypadek w pracy nie jest mu na rękę, a potem, że problemy z łąkotką to nic poważnego. Zaczęło się szukanie rezonansu i ortopedy na gwałt. Rezonans udało mi się załatwić szybko, bo już tydzień później. Ortopeda czeka mnie za tydzień. Z wynikiem rezonansu, który jednak coś wykrył, pognałam do mojego lekarza żeby mi przetłumaczył z francuskiego na francuski, co mi jest i przedłużył zwolnienie, bo z bolącym i puchnącym co i rusz kolanem pracować 11 godzin się po prostu nie da. Niestety mój lekarz rodzinny mógł mi przedłużyć zwolnienie tylko na tydzień, bo takie ma uprawnienia w tym wypadku. Zawsze może mi jeszcze raz przedłużyć. Kiedy dokuśtykałam do pracy z nowym zwolnieniem i zobaczyłam miny moich kolegów, wiedziałam już, że nie dadzą mi żyć jak wrócę. Po przeczytaniu wyniku rezonansu, który miałam przy sobie oświadczyli: a nic ci nie jest! (Nie... Tylko mocne stłuczenie kolana i początek czegoś, co się nazywa chondropatia... i coś z rzepką... No nic!) Zastanawiałam się mocno, co zrobić: wrócić czy przedłużyć jeszcze aż do wizyty u ortopedy. Wszyscy krzyczeli: przedłuż. No to przedłużyłam.

Wczoraj zaniosłam drugie przedłużenie zwolnienia. Ubłagałam lekarza żeby mi machnął do 21, akurat do wizyty u ortopedy. Kiedy mój kolega usłyszał, że to tylko na tydzień, powiedział mi żebym spodziewała się telefonu od Fabrice'a, który powie mi, żebym albo przedłużyła zwolnienie raz a porządnie (na miesiąc) albo żebym podała się do dymisji. No aż mnie wryło. Wychodząc z restauracji zadzwoniłam do Fabrice'a i, delikatnie mówiąc, poczułam się jakbym była osobą, która przedłuża zwolnienie dla przyjemności jak to robiła jedna z byłych kelnerek. Moje tłumaczenia przechodziły bez echa, najważniejsze było to, że Fabrice musi prosić ekipę z tygodnia żeby mnie zastąpić, a jakbym wzięła zwolnienie na miesiąc to by mógł kogoś zatrudnić. No i jak mam przedłużyć i to zwolnienie to on musi o tym wiedzieć na początku tygodnia, a nie w czwartek. A tak w ogóle to mam zamiar wrócić czy nie?! No bo jak nie to lepiej już złożyć dymisję! Dawno nikt mnie tak nie zdenerwował, nie zestresował ani nie doprowadził do palpitacji.

Po kilku telefonach uspokoiłam się... Dobrze, że istnieją ludzie, na których mogę liczyć i którzy mnie pocieszyli mniej lub bardziej.
Dowiedziałam się, że:
1. Pracodawca nie może sugerować dymisji pracownikowi. To niezgodne z prawem. Dymisja to dobrowolne ustąpienie ze stanowiska, a więc mi moja posada w miarę pasuje. Jeśli szefowi moja praca się nie podoba to może mnie zwolnić (czego nie zrobi, bo chyba musi coś zapłacić wtedy...), więc będzie próbował wymusić na mnie dymisję, co podchodzi pod mobbing czy znęcanie się psychiczne (po francusku to się nazywa harcèlement moral), a co za tym idzie, mogę powiadomić Inspekcję Pracy i/lub wziąc zwolnienie lekarskie z tego powodu (jednej z koleżanek lekarz chciał dać 6 miesięcy zwolnienia). Kiedy składa się dymisję, nie ma się prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Dlatego niech się wali i pali, jeśli opuszczę Crêperie Beaubourg to jako osoba zwolniona. Tym bardziej, że wolę wyleczyć kolana niż dorobić się jeszcze gorzej gdzie indziej.
2. Mam prawo przedłużać zwolnienie ile chcę, tym bardziej, że był to wypadek w pracy. Z drugiej strony wiem, że kiedyś była sytuacja, że jeden chłopak wziął zwolnienie z niewiadomego powodu, przedłużał je z nieskończoność i sprawa skończyła się w sądzie.
3. Wypadek w pracy stawia szefostwo w niewygodnej sytuacji, bo niedość, że płacą za moje leczenie i za zwolnienie, to w dodatku płacą osobom, które mnie zastępują (gówno prawda, bo jeśli ktoś pracuje w ramach nadgodzin, nie dostaje więcej na koniec miesiąca...). W dodatku restauracja nie ma tzw. kelnera extra, który przychodziłby tylko na zastępstwa, więc koledzy, których prosi się o zastępstwo mogą odmówić. A kelnera extra nie mamy, bo to kosztuje. I zatrudnienie go na moje miejsce, kiedy jestem na zwolnieniu, oznacza, że moje stanowisko kosztuje 2 razy więcej.
4. Jeśli Fabrice jeszcze raz zacznie mi gadać o swoich problemach z zastępstwami, mogę mu tylko odpowiedzieć, że to jego problem, a nie mój, bo zajmowanie się zastępstwami leży w jego zakresie obowiązków, nie moim. No i jak wyżej: wywieranie presji czy poczucia winy to też harcèlement moral.

Kilkoro z moich znajomych krzyczy: dzwoń do Inspekcji Pracy! Inni mówią: Nie, poczekaj. Przedłuż zwolnienie na miesiąc lub dłużej i jeśli będą robić problemy to dzwoń.

Na razie czekam na wizytę u ortopedy. Postaram się o przedłużenie zwolnienia. Na ile? Nie wiem... Zobaczymy... W każdym bądź razie, czuję, że to nie koniec batalii z pracą... I że moje zwolnienie skończy się na bezrobociu...