jeudi 7 novembre 2013

Plus francaise que...

Dostałam moją Carte Vitale!!! Trzeba to oblać!
Dawno żaden list tak mnie nie ucieszył. No poza wiadomością, że w końcu mam mój numer Secu (ubezpieczenie zdrowotne). I dobrze się złożyło, bo akurat teraz u lekarzy bywam często.

Posiadanie numeru Secu oraz Carte Vitale to prawie jak nadanie obywatelstwa, wydanie dowodu tożsamości, numer PESEL, NIP i tak dalej.. i tak dalej... W skrócie: bez tego ciężko przeżyć.

Oczywiście ze strony znajomych posypało się: Gratuluję!, To już tu jesteś legalnie..., No to jesteś już Francuzką.
Pod odpowiednim postem na Faceooku wywiązała się minidyskusja, która zakończyła się stwierdzeniem rzuconym przez znajomego z Niort: Agnès est plus française que beaucoup... Car elle est profondément française de coeur.
To nie pierwszy raz kiedy owy znajomy mi to mówi, ale pierwszy raz ogłosił swoje zdanie publicznie. I przyznaję, że cholernie mi to schlebia. Może to oznaka próżności, ale faktycznie czuję się Francuzką.

Kiedy owy znajomy napisał mi pierwszy raz w mailu, że według niego jestem bardziej Paryżanką niż prawdziwe Paryżanki, spytałam dlaczego tak sądzi. Odpowiedział, że jestem z niewielu osób, które doceniają to miasto i kochają je całym sercem.
Prawda... Kocham Paryż... Kocham Paryż za pęd, za cuchnące i duszne metro, malowniczy Montmartre, Sekwanę, stres, psie kupy na chodnikach, wiecznie spóźniony RER, architekturę, zapchane tarasy kawiarni, tłum, mosty, teatry, moje wydeptane ścieżki... i miliard innych rzeczy, zjawisk i miejsc. Nawet za turystów kiedy ich wyklinam, bo się wleką zajmując cały chodnik. Kocham go z całych sił i nie wyobrażam sobie żyć gdzie indziej...

Ale Francja to nie tylko Paryż... Mimo to mogę powiedzieć, że kocham całą Francję. Oczywiście nie miałam okazji zwiedzać... Moją największą wyprawą były 3 miesiące na Ile de Re, gdzie odryłam co to znaczy wolność kiedy jeździłam rowerem przez winnice. Cieszyłam oczy czerwonymi dachami La Rochelle, stopy spokojnymi spacerami po plaży i w Les Minimes. Myślę, że dobrze czułabym się też w Hawrze, którego zdjęcia oglądałam u Fabiana. Podobałoby mi się w Perpignan czy Montpellier, o których opowiadał mi Ch.... Pokochałabym też jego domek w Pirenejach w Quirbajou...
Marzę o wyprawie do Nicei... Avignon... Lyon... i do małych malowniczych miasteczek jak Le Bois Plage en Re czy Saint-Martin... Pewnie niedługo zmyję się gdzieś nad morze, bo chcę zobaczyć morze zimą... Może do Deauville, bo najbliżej.

Pamiętam pierwszy raz kiedy przyjechałam do Paryża w 2009 roku. Po 19 godzinach w autokarze, zostaliśmy wysadzeni na Montmartre. Wdrapałam się na schody prowadzące do Sacre Coeur, odwróciłam się i wiedziałam już, że to tutaj jest moje miejsce. Nigdzie indziej. Tutaj też nigdy nie towarzyszyło mi uczucie zagubienia, które czułam i nadal czuję w Wielkiej Brytanii, czy nawet ostatnio w Polsce. Po prostu zawsze czułam się jak u siebie.

Mój znajomy wychwala również mój francuski. Ale chyba nie bierze pod uwagę tego, że z nim (jako że jest już po 50), rozmawiam trochę inaczej niż z moimi równieśnikami.

Kiedy tutaj się przeprowadziłam, dałam sobie rok na przekonanie się, czy to właśnie TEN kraj, TO miasto... Czy może moje miejsce jest gdzie indziej. Minął rok... Właściwie już 14 miesięcy. A mnie Paryż dalej zachwyca.

No to chyba faktycznie jestem Francuzką. ;)