lundi 15 décembre 2014

O wyglądzie słów kilka.

Jak powszechnie wiadomo: lubię dyskutować na różne tematy. Dyskutować czyli przedstawiać swoje argumenty na pewien temat i słuchać kontrargumentów mojego rozmówcy, po to by dojść do jakiegoś tam porozumienia lub udowodnić swoją rację. Sztuki dyskusji nauczyłam się na romanistyce. Na zajęciach zwanych potocznie oralem. Niektórzy studenci uważali, że oral był kompletnie nieprzydatny, bo co to za sztuka mówić po francusku! Owszem, poza wzbogaceniem słownictwa z różnych specjalistycznych dziedzin, nie pomagał w przełamaniu bariery językowej. Uważam jednak, że był bardzo potrzebny, bo dzięki tym zajęciom nauczyłam się argumentować moje tezy w mowie. W piśmie nigdy nie miałam z tym problemu. A także odpowiadać na argumenty innych. W kulturalny sposób. 
Teraz, kiedy robię jakieś exposé na zajęciach czy kiedy zdaję egzamin ustny, zawsze zdobywam dodatkowe punkty za tę sztukę argumentacji, dyskusji oraz za to, że moje notatki pomocnicze są szczątkowe, a ja utrzymuję kontakt wzrokowy ze studentami lub z wykładowcą zamiast czytać z kartki.

Ale mniejsza o to!

Teraz mam wrażenie, że sztuka kulturalnej dyskusji jest na wymarciu i że każdemu przydałyby się takie zajęcia. Szczególnie tym, co lubią dyskutować w internecie. 

Staram się nie wdawać w dyskusje w internecie. Czy to na Facebooku, na jakimś forum czy na Instragramie. Ale czasami korci mnie żeby wtrącić swoje trzy grosze! Szczególnie, gdy wiem, że mam rację. Kiedy ta paląca chęć bierze górę, zawsze potem tego żałuję, ponieważ ludzie w internecie mają zbyt silne poczucie anonimowości, by dyskutować kulturalnie. Albo są po prostu głupi. Każdy argument, który nie zgadza się z ich punktem widzenia jest zły, głupi i nic nie warty. Bo tylko oni mają rację i ich argumenty są jedynymi słusznymi argumentami. A ja je obalam... W pewnym momencie, ich argumenty nie mają żadnego logicznego oparcia i zaczyna się jatka. Pada największy argument, ukryta broń, brzytwa, której tonący się chwyta (szczególnie jeśli dyskusja ma miejsce na Facebooku lub Instagramie):

Jesteś gruba, brzydka, zaniedbana. Idź się odchudź wielorybie. 

I tym podobne epitety... 
Nie powiem, że mnie to nie rusza (mimo że chciałabym), bo takie słowa bolą. Nie za mocno kiedy są wypowiedziane przez jakiegoś sfrustrowanego anonima, ale mimo wszystko bolą. Zastanawia mnie tylko jak bardzo trzeba być sfrustrowanym i głupim żeby taki argument wytoczyć? Uważam, że jest to po prostu poniżej poziomu. Nie wspominam już w ogóle na jakim poziomie plasuje się u mnie osoba, która w ten sposób obraża innych. Podobne komentarze są na poziomie dzieci w przedszkolu, które nie potrafią znaleźć nic mądrzejszego by obrazić inne dziecko.
Zazwyczaj odpowiadam na taki komentarz tym, co napisałam powyżej. Dodaję też, że owy anonim nie wie, kto siedzi po drugiej stronie i jaka jest przyczyna otyłości.
Anonim odpowiada zazwyczaj, że prawda kole w oczy, a ja zasłaniam się wymówkami i chorobami.

No i tu dochodzimy do sedna sprawy.
Opowiem Wam dwie historie z mojego życia. Tak ku przestrodze jeśli komuś zachce się komentować wygląd obcej osoby..

Mam kilka kilo za dużo i za słabą wolę żeby się odchudzać. Z drugiej strony nie pobiłam jeszcze rekordu Guinessa jeśli chodzi o wagę i nie przeszkadza mi to w codziennym funkcjonowaniu, więc nie jest tak źle.  Ale nawet jeśli kiedyś znajdę siłę by zgubić te nadprogramowe kilogramy, to są rzeczy w moim ciele, które nie ulegną zmianie. A są to moje łydki. 
Mam grube łydki, ale nie są grube przez tłuszcz, ale przez mięśnie. Bo na łydkach nie mam praktycznie tłuszczu... Rozbudowane mięśnie odziedziczyłam w genach po tacie albo po babci (mamie mojej mamy) albo po prababci (mamie taty mojej mamy). Albo to jest mieszanka genów tych trzech osób. 
Kiedy miałam 15-16 lat kupiłam sobie śliczną, białą spódniczkę. Oczywiście od razu wymaszerowałam w niej na ulicę. Idąc przez park na warszawskim Bródnie, minęłam dwie dziewczyny i usłyszałam jak jedna do drugiej mówi: Z takimi łydami w życiu nie założyłabym spódnicy. Jako głupi podlotek wzięłam to sobie do serca. Przez 5 kolejnych lat chodziłam tylko w dżinsach nawet kiedy na dworze było ponad 30 stopni. Przemogłam się dopiero w 2011 roku kiedy wyjeżdżałam na Ile de Re. Okazało się, że we Francji nikt nie patrzy na moje łydki, bo zdażają się i grubsze. Teraz swobodnie chodzę w szortach i spódniczkach. Zdaża się, że dostaję komplementy. Raz nawet jedna dziewczyna spytała mnie, co robię, że mam umięśnione nogi, bo ona też by chciała. I tak moja wieloletnia zmora stała się moim atutem. Pamiętam jednak jak te dwie dziewczyny zniszczyły mnie kilka lat temu. Dlatego nigdy nie komentuję wyglądu innej osoby.

Innym przykładem jest mój młodszy brat. Kubuś ma 7 lat i jest moim oczkiem w głowie. Kuba jest wesołym i bardzo aktywnym fizycznie chłopcem, ale od 5 lat choruje na astmę oskrzelową, która jest wynikiem licznych alergii (szczególnie na barwniki i konserwanty). Przez swoją chorobę, Kuba bierze codziennie leki wziewne na bazie sterydów, przez które jest grubszy niż jego rówieśnicy. Wygląda mniej-więcej jak Łukaszek Berezak, bohater tegorocznego finału WOŚP (którego bardzo lubię swoją drogą). 
Jednak ludzie, którzy widzą go codziennie na ulicy nie zastanawiają się, co jest powodem jego otyłości. Oceniają z góry. Skoro jest grubszy to pewnie je codziennie obiady w McDonaldzie. Zdażało się, że rodzice pokazywali swoim dzieciom mojego brata i tym samym wpajali im jakiś tam ideał piękna: jesteś gruby = jesteś brzydki. Zdażały się też inne przykre komentarze. Za każdym razem stawałam w obronie brata i za każdym razem starałam się, żeby takiej osobie zrobiło się conajmniej głupio. Niestety nie potrafiliśmy uniknąć przykrych konsekwencji wywołanych przez takie odrzucenie ze strony społeczeństwa: Kuba bardzo niechętnie wychodzi na dwór, ponieważ czuje się nieakceptowany.

Napisałam już wyżej, co sądzę o ludziach komentujących mój wygląd. Ale żeby określić rodziców, którzy podjudzają swoje dzieci, do tego by piętnowały grubsze osoby, to już brakuje mi słów. Trzeba być po prostu jakąś szują. Czego oni chcą nauczyć swoje dzieci? W mojej rodzinie, nikt nigdy nie powiedział mi, że osoba, która wygląda inaczej jest zła czy śmieszna. Wręcz przeciwnie! Tłumaczono mi, że każdy jest inny i trzeba to zaakceptować. 

Może takie zachowanie jest spowodowane lansowaną modą na bycie fit? A fit to znaczy być chudym. Albo tym, że na wybiegach i w gazetach widzimy wyretuszowane modelki, których rozmiary są praktycznie nierealne? Czy każdy z nas może powiedzieć o sobie samym, że jest piękny i idealny? I z tego tytułu dać sobie prawo do komentowania wyglądu innej osoby? To, że powie się o kimś, że jest brzydki, nie uczyni nas piękniejszym. Tak samo jak powiedzenie o kimś, że jest gruby, nie jest dietą cud dla nas. 
Czy może to jest jakiś polski kompleks? Dlaczego polski? Bo ani w Wielkiej Brytanii ani we Francji nie spotkałam się z tak agresywnym krytykowaniem cudzego wyglądu. Nigdy nikt mi nie powiedział, że jestem gruba, bo są kobiety grubsze ode mnie. 

Dlatego może warto zastanowić się pięć razy zanim skrytykujemy czyjś wygląd? Bo to tylko pokazuje jak bardzo jesteśmy nieczuli na to, co nas otacza i jak bardzo jesteśmy skupieni tylko na sobie.

P.S. Zauważyłam też ciekawą rzecz. Jako osoba chojnie obdarzona przez naturę w górnej części ciała, zawsze miałam problem z doborem koszuli, której guzik nie eksplodowałby mi na biuście. Problem skończył się kiedy pierwszy raz kupiłam koszulę w Wielkiej Brytanii. We Francji również nie mam problemów ze znalezieniem dobrej koszuli.
Podobnie jest ze stanikami. Znalezienie dobrego, ładnego i niedrogiego stanika w moim rozmiarze w sieciówce typu H&M w Polsce było niemożliwe. Wszystkie większe rozmiary były w połowie wypchane gąbkami (swoją drogą co za oszustwo względem mężczyzn! ;)), a ja nie lubię mieć piersi podciągniętych pod uszy. We Francji kupuję staniki i w sieciówkach i w innych sklepach z bielizną, w różnych kolorach tęczy i fasonach.
Przypadek? Nie sądzę. ;)

vendredi 12 décembre 2014

Świąteczna playlista.

U mnie jest ona bardzo krótka i klasyczna. ;) W grudniu nie wpadam w szał piosenek świątecznych. Słucham tego, co zawsze i tylko od czasu do czasu posłucham trzech piosenek. Tytułów nie podam. ;) Jak włączycie, to się dowiecie.





Jeśli zaś chodzi o inne piosenki, które zawojowaly mój grudzień, to znajdziecie je poniżej.




jeudi 11 décembre 2014

Świąteczna dekoracja.

A teraz wszyscy mówią: Brawo Agnieszko!

Miałam Wam pokazać ulubione dekoracje świąteczne w moim mieszkaniu. Ale nie pokażę... Powód jest prosty: nie zrobiłam ich. 

W ubiegłym roku bardzo chciałam kupić choinkę, bombki, światełka i tak dalej... Przez problemy finansowe w jakie wtedy wpadłam, zreygnowałam  pomysłu i cieszyłam się choinką w rodzinnym domu w Warszawie. W tym roku temat choinki również się przewinął, ale znowu zrezygnowałam z kupna. Dlaczego? Wytłumaczenie jest bardzo proste:

2 żywiołowe koty + 1 choinka + kilka bombek = 1 wielka katastrofa

O ile Flo może powąchałby drzewko i poszedł dalej, o tyle Etoile nie dałby spokoju choince dopóki wszystkie bombki nie byłyby w kawałkach, a choinka, w pozycji horyzontalnej, na podłodze. 


Dlatego opowiem Wam o pewnej ulubionej dekoracji z mojego dzieciństwa oraz tym, co chcę zrobić w domu, a czego, oczywiście, jeszcze nie zrobiłam.

Kiedy byłam dzieckiem, ubieranie choinki należało do moich ulubionych zajęć. Nie mogłam się doczekać aż rodzice ściągną z pawlacza budła z bombkami, łańcuchami i światełkami. Do moich zajęć należało wieszanie bombek. Śliczne, ręcznie dmuchane, PRL-owskie bombki. Oglądałam je jak zafascynowana. Niezwykłe kolory, kształty, brokat. Uwielbiałam je! Były dla mnie wyznacznikiem Świąt. Teraz, kiedy przeglądam zdjęcia tych bombek na Google, czuję się jakbym przeniosła się w czasie.

Kochałam pajacyki! | www.retro.pewex.pl
www.spodlady.com
Bombek oczywiście już nie ma... Część się pobiła, a część została wymieniona na nowszy model... Cóż...

Mimo że zrezygnowałam z choinki, to chciałam mieć jakieś minimalne dekoracje świąteczne. Dlatego postanowiłam zamontować światełka. Tylko, że ich nie kupiłam... Bo nie zdążyłam przed zamknięciem sklepu. 
Mam zamiar zrobić też cynamonowe świeczki. Żeby w domu pięknie pachniało. No ale też jeszcze ich nie zrobiłam... I na razie to by było na tyle jeśli chodzi o dekoracje świąteczne. 

www.nissiax83.blogspot.com

mercredi 10 décembre 2014

List do Świętego Mikołaja.

Drogi Święty Mikołaju,

Jak już pewnie wiesz, byłam bardzo grzeczna w tym roku. Ale jakbyś nie wiedział, to wiedz, że jestem przygotowana na każde zajęcia na uczelni, zaliczyłam wszystkie egzaminy, przygarnęłam kota z ulicy i staram się być miła i uczynna dla wszystkich (nawet jeśli jest to czasami trudne). Ten dobiegający końca rok uważam za udany. Spełniło się trochę moich marzeń, zwłaszcza to największe: Nuit Bouffe w końcu zagościło na scenie!, poznałam sporo fajnych i wartościowych ludzi, coraz lepiej poznaję siebie i swoje możliwości.

Wiesz dobrze, kochany Święty Mikołaju, że lubię prezenty użyteczne, które posłużą mi dłużej i które nie będą leżeć bezczynnie gdzieś na półce. Moja kawalerka i tak domaga się już odgruzowania z niepotrzebnych rzeczy. Ale wiem też, że spełniasz marzenia, więc tym razem trochę zaszaleję.

Tak więc kochany Święty Mikołaju, pod choinką chciałabym zobaczyć...

1. Zegarek od Daniela Wellingtona.
Model Classic Canterbury Lady lub Classic York Lady ze srebrną tarczą.
Wiem, że wcześniej nie nosiłam zegarków, ale zdałam sobie sprawę jakie to jest upierdliwe podczas egzaminu, kiedy nie mogę sprawdzić godziny w komórce, a w sali nie ma zegara. Moje wcześniejsze zegarki szybko się psuły albo dostawałam od nich uczulenia, ponieważ tarcza nie była z domieszką niklu.

www.danielwellington.com
2. Perfumy Chanel Coco Noir.
Ok... Wiem, że może to nie jest najbardziej praktyczny prezent, ale znasz moją słabość do perfum Chanel. Wiesz również, że nie lubię kupować perfum sama sobie. Wolę je dostawać.


3. Szpilki od Minelli.
Czerwone! Bo takich jeszcze nie mam, a jestem pewna, że będą świetnie pasowały wiosną do dzinsów.

www.minelli.fr

4. Więcej asertywności, szczególnie względem moich sąsiadów.

5. Kilka fajnych gier na mojego Xboxa 360.
Wiem, że dziś kupiłam 4 gry! Ale nie pogardziłabym czymś na miarę Diablo III.

Mam nadzieję, że spełnisz te moje małe życzenia.

Do zobaczenia niebawem!

mardi 9 décembre 2014

Ulubiona tradycja świąteczna.

To pierwszy raz kiedy biorę udział w zabawie/wyzwaniu blogowym. Temat, z którym zetknęłam się pierwszy raz na blogu Madou bardzo przypadł mi do gustu i tym samym odkryłam też nowego bloga, czyli organizatorkę wyzwania Ulę z bloga senmai.pl.
Przez 5 kolejnych dni będę pisała o rzeczach okołoświątecznych. Listę tematów znajdziecie poniżej.


Dzisiaj kilka słów o mojej ulubionej tradycji świątecznej.

Jakkolwiek to zabrzmi, moją ulubioną tradycją jest lepienie pierogów. Od kiedy pamiętam, wieczorem 23 grudnia, stajemy z babcią w kuchni i otwieramy fabrykę pierogów. Babcia wygniata i rozwałkowuje ciasto, a ja nakładam na nie farsz i zlepiam. Moja mama i młodsza siostra nie lubią tego robić. Tradycja jest tak silna, że dwa lata temu babcia czekała na mój przylot do Polski żeby zrobić pierogi. A przyleciałam wtedy 24 grudnia rano! Pierogi są moją ulubioną potrawą wigilijną.
Przyznaję, że lepiąc pierogi migam się od sprzątania. Wolę pomagać w kuchni niż jeździć na odkurzaczu, więc zazwyczaj to ja kroję warzywa na sałatkę, a siostra pomaga w sprzątaniu.

Inną tradycją raczej okołoświąteczną niż stricte świąteczną, którą uwielbiam są jarmarki bożonarodzeniowe w Paryżu. Odkąd mieszkam za granicą, zaczęłam bardziej doceniać czas spędzony w Polsce, szczególnie Święta Bożego Narodzenia. Dlatego jarmarki są dla mnie czymś w rodzaju symbolu okresu przedświątecznego. Kiedy na Champs Elysées pojawiają się białe domki, iluminacje świateczne i Mikołaj w dmuchanej kuli, wiem, że już niedługo będę w Polsce. Nigdy nie mogę sobie odmówić grzanego wina, tartiflette czy truskawek oblanych czekoladą. Ogarnia mnie też błogie bożonarodzeniowe szaleństwo i dzika chęć kupowania prezentów. A ja bardzo lubię kupować prezenty!




samedi 29 novembre 2014

Flashdance The Musical

Zarzekałam się, że pójdę zobaczyć. No to poszłam. I dobrze, że poszłam, bo pierwszy raz od bardzo długiego czasu udało mi się obejrzeć spektakl z tak zwaną naiwnością laika. To znaczy, że błędy nie rzucały mi się w oczy i udało mi się wyłączyć tryb doglębna analiza treści i maszynerii. Ale więcej o naiwności laika napiszę kiedy indziej.

Film Flashdance zna chyba każdy. Może oprócz mnie, bo na dobrą sprawę nigdy nie miałam okazji go obejrzeć, ale doskonale znam scenę przesłuchania do szkoły baletowej oraz słynny obraz tancerki oblewającej się wodą na scenie. Historia prosta jak konstrukcja cepa, american dream i te sprawy. Nie lubię prostych historii. Ale w tej było coś, co mnie bardzo dotknęło (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) gdzieś tam w środku. Oczywiście chodzi o spełnianie marzeń, bo przecież specjalizuję się w temacie, nie? Jestem bardzo wrażliwa na tę tematykę i, nie ukrywajmy, każdy obejrzany film, musical czy sztuka w teatrze, która o tym mówi, daje mi porządnego kopa i motywację do działania. Nie inaczej jest w tym wypadku i dlatego polubiłam się z Flashdance.

Jeśli zaś chodzi o samą adaptację... Uważam ją za bardzo udaną. Obsada musicalu jest świetnie dobrana. Postawiono na doświadczonych aktorów i tancerzy. Widać to, słychać i czuć, dzięki czemu musical jest bardzo przyjemny dla oka (choreografie) i dla ucha (śpiew). Mam wrażenie, że ostatnio brakuje właśnie tego na paryskich scenach. W dodatku ekipa ma niesamowitą energię, którą zaraża publiczność. Widać, że kochają to, co robią. Grają z pasją. Mogłabym się rozpływać nad nimi.
Jedynym małym bemolem jest scenografia, ale to chyba moja osobista fanaberia. Nigdy nie byłam fanką ekranów, rzutników i animacji. Czasami obraz wyświetlany na ekranach jest po prostu zbyt przerysowany lub nieodpowiedni do sytuacji. Nie obyło się też bez wpadki: akcja rozgrywa się w Pittsburgu, ale jedna z bohaterek ma mieszkanie z widokiem na Central Park i Nowy Jork. Światła też nie są zbyt udane, ale to tylko małe szczegóły.

Nie mogę powiedzieć nic innego, jak tylko polecić ten spektakl. Warto go zobaczyć nawet dla samych choreografii. Ja na pewno tam wrócę raz albo dwa. Nawet tylko po to żeby zobaczyć Claire Perot w roli Glorii. Miałam nadzieję zobaczyć ją dzisiaj, ale niestety była zastąpiona przez Virginie Perrier.

Flashdance The Musical można obejrzeć do 7 marca 2015 w Teatrze Gymnase Marie Bell.


vendredi 28 novembre 2014

Exhibit B

Od kilku dni często i gęsto mówi się o wystawie/performence/instalacji/zwał jak zwał Exhibit B autorstwa Bretta Bailay'a, którą można obecnie oglądać w Théâtre Gerard Philipe w Saint-Denis. Performance wywołał poruszenie, ponieważ Bailay zdecydował się pokazać historię kolonializmu oraz okresu postkolonialnego za pomocą żywych ludzi w klatkach. Takie ludzkie zoo. W dodatku zatrudnia do tego amatorów, ludzi z ulicy, a nie aktorów. A żeby było ciekawiej to czarnoskórych.

Jak można łatwo wywnioskować po tym krótkim opisie, polemika, a raczej bojkot instalacji opiera się głównie na zarzutach o rasizm, ksenofobie i tym podobne, tym bardziej, że Brett Bailey, mimo że pochodzi w Południowej Afryki, jest biały. 

Źrodło: http://mg.co.za/article/2014-09-27-brett-bailey-speaks-out-the-intention-of-exhibit-b-was-never-hatred

Żeby nie było, że wypowiadam się na ten temat, a nie widziałam tego performance'u na własne oczy (jak większość przeciwników, którzy wołają o ocenzurowanie tego ludzkiego zoo), wybrałam się do teatru jak tylko mogłam. Rozumiem, że ta wystawa może szokować, ale uważam, że szok jest jednym z najlepszych metod, by uświadomić nam skalę jakiegoś problemu czy konsekwencji jakiegoś wydarzenia. Dlatego uważam, że metoda obrana przez Bailay'a jest świetna. W dodatku wybrał takie sceny, którym nie można zarzucić, że są przesadzone. Trafił w samo sedno. Dlatego nie widzę nic złego w tym performance.

Mimo tego zewsząd podnoszą się głosy, że zamykanie czarnoskórych w klatkach i wystawianie ich jak w zoo to rasizm. Otóż nie. Po pierwsze, osoby biorące udział w tej instalacji są tak dobrowolnie. Nie są niewolnikami. Po drugie, nikt nie nawołuje do dyskryminacji czy nienawiści. Raczej chodzi o przełamanie barier i wytknięcie błędów, które popełnili nasi przodkowie. Żeby już nikt nigdy nie popełnił takich samych błędów. Przecież aż do lat 60 ubiegłego wieku, czarnoskórzy byli dyskryminowani w Stanach Zjednoczonych, mimo że niewolnictwo zniesiono pod koniec XIX wieku. 

Osobiście lubię kiedy sztuka angażuje się w różne sprawy, które dotyczą nasze społeczeństwo. Uważam, że to jedno z najpiękniejszych zadań sztuki: bawić, uczyć, pokazywać różne punkty widzenia, różne opinie, być ponad podziałami. Dlatego nie mam nic przeciwko kiedy sztuka teatralna mówi o polityce, albo kiedy komik wyśmiewa przywary społeczeństwa, krytykuje religię itd. Uważam, że jest to dziedzina bez granic, która potrafi się dostosować do wszystkiego i wszystko przyjmie.

Ale do pasji doprowadzają mnie osoby, które próbują ograniczyć tę wolność słowa zarezerwowaną dla sztuki. I to w dodatku bezpodstawie. Zaczynając od przeciwników Exhibit B, przez przeciwników Golgota Picnic, po jakąś panią piszącą dla Fronda.pl, która stwierdziła, że Teatr Roma w Warszawie obraża katolików (link do artykułu). Sztuka, nieważne czy jest to teatr, kino czy malarstwo, nie jest po to by dostować się do przekonań religijnych czy politycznych każdego z nas. Jest po to by pokazywać różne punkty widzenia. Jeśli komuś to nie pasuje, to może zrezygnować z obejrzenia filmu/sztuki/wystawy czy przeczytania książki. Jesteśmy dorośli, więc sami podejmujemy decyzję, co jest dobre dla naszej kultury, a co nie. 
Ja, jako aktorka, nie zastanawiam się nad poglądami osób, którzy przychodzą obejrzeć sztuki z moim udziałem. Chcę im przekazać jakąś historię, coś im pokazać. Tak samo jest w przypadku aktorek z Bad Little Bubble B. Spektakl mówi o pornografii w bardzo dosadny sposób, a dziewczyny biegają nago po scenie, ale to nie znaczy, że promują pornografię. Tak samo Exhibit B nie promuje rasizmu. 

mercredi 19 novembre 2014

Vous êtes...

5 minut do rozpoczęcia spektaklu Bad Little Bubble B. w teatrze du Rond-Point.

- Pani jest aktorką. - słyszę kiedy mocuję się z kurtką stojąc przy upatrzonym miejscu w trzęcim rzędzie. Postawny pan koło sześćdziesiątki, którego wcześniej spytałam czy miejsce obok niego jest wolne, uśmiecha się do mnie. Za nim siedzi jego żona.
- Tak. - odpowiadam zaskoczona zrzucając torebkę na podłogę i siadając obok niego.
- Widziałem Panią na scenie w dwóch spektaklach. Bardzo mi się podobało. Była Pani świetna. - czuję się bardzo niezręcznie w tej nowej dla mnie sytuacji, ale z drugiej strony moje ego jest mile połechtane. Żona spisuje z mojego kalendarza daty kolejnych spektakli. a ja dyktuję jej sztuki, które warto zobaczyć jeśli jeszcze ich nie widzieli.

Ot zwykły wtorkowy wieczór.

mercredi 12 novembre 2014

Studia a pasja.

Jakiś czas temu usłyszałam, że głupotą jest iść na studia ściśle związane z tym, co nas pasjonuje, bo tracimy zapał do tej pasji. I powiedzieli to studenci... Na szczęście, ci studenci nie powiedzieli mi tego w twarz, tylko w jakimś filmiku na youtube'ie. Bo inaczej chyba bym ich zgromiła. 

Jako studentka teatrologii i byłą studentka romanistyki, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wybrałam moje studia ze względu na pasję, a nie przez wizję wielkiej kariery czy pieniędzy jakie przynosi dany zawód, czy, o zgrozo!, bo rodzice. Filologia romańska była moim planem B, w razie jakby nie wyszło z Akademią Teatralną. Długo szukałam planu B, ponieważ nie wyobrażałam sobie studiować coś, co mnie w ogóle nie interesuję. Nie widziałam siebie na socjologii, prawie czy innym popularnym kierunku, który mnie nie interesuje. Wychodzę z prostego założenia, że życie mamy tylko jedno i jest zbyt krótkie by marnować je na coś, co nas nie interesuje. Wybrałam romanistykę, bo interesował mnie język i literatura. Studia przerwałam po trzech latach, ale nie dlatego, że romanistyka zabiła moje zainteresowanie językiem francuskim (bo nie zabiła), ale dlatego, że nie miałam wtedy wystarczającej wiedzy jak pokierować moimi studiami tak, żeby wyciągnąć z nich jak najwięcej i żeby się nie zmęczyć. W dalszym ciągu uważam za zabawne to, że widzę/słyszę rzeczy, o których Fracuzi nie mają pojęcia i że literaturę francuską mam w małym palcu. Lubię korzystać z tej wiedzy. W dodatku bez tych studiów nie byłabym tu, gdzie teraz jestem. 
Będąc na teatrologii, którą też wybrałam dlatego, bo mnie pasjonuje, czerpię niesamowitą przyjemność ze studiowania. Przede wszystkim dlatego, że wiem jak kierować moimi studiami. Wiem o czym chcę pisać magisterkę czy później doktorat, więc wybieram przedmioty, które przydadzą mi się w przyszłości. W dodatku, jestem perfekcjonistką, więc w to mi graj, że jestem zasypywana zewsząd różnymi informacjami i że do teatru chodzę z długopisem i zeszytem. Nawet jeśli teatrologia odebrała mi pewną naiwność kiedy oglądam jakiś spektakl, bo w myślach nieświadomie rozkładam spektakl na części pierwsze, widzę każdy mechanizm i każdy błąd, to i tak jestem pełna zdrowego zapału. Podobnie było z francuskim - rozkładałam zdania na czynniki pierwsze... W sumie nadal to robię...
Dzięki tej pasji, która pchnęła mnie na taki a nie inny kierunek studiów, i dzięki której z przyjemnością chodzę na uczelnię, myślę, że będę lepszym pracownikiem. Bo będę pracować z pasją. Kiedyś zarzekałam się, że nie będę pracować za biurkiem. Teraz spędzam wiele godzin za biurkiem jako tłumacz. Ale nie wytrzymałabym tego, gdybym nigdy nie interesowała się tłumaczeniem czy też gdybym pracowała na innym stanowisku, na przykład jako sekretarka. 
Dlatego nie widzę sensu w studiach, które wybieramy ze względu na modę (zastanawiam się ilu spośród tych 6-7 tysięcy absolwentów  prawa rocznie będzie pracowało w zawodzie...), czy pieniądze lub prestiż jakie dany zawód może przynosić, albo jeszcze gorzej: bo rodzice kazali. Wydaje mi się, że osoby, które wybierają studia motywując się jednym z tych trzech powodów, nie mają zbyt bogatej osobowości. Osobiście, nie chciałabym wpaść w ręce lekarza, który wybrał ten zawód, bo rodzice mu kazali, ale nie ma w sobie za grosz pasji. Tak samo jak nie chciałabym wpaść w ręce prawnika (a to u mnie temat na czasie ostatnio), który poszedł na studia, bo chciał dużo zarabiać, a żeby przejść te pięć lat ściągał na egzaminach i w rezultacie nie umie obronić mojej sprawy. 

Zachęcam wszystkich obecnych i przyszłych studentów do wybierania studiów, które będą im się podobać i które zrobią z przyjemnością. Bez zbędnych motywacji. Bo lepiej jest spotkać kogoś kompetentnego i z pasją, niż kogoś znudzonego życiem. 

dimanche 9 novembre 2014

Kindle Paperwhite.

Jeden z moich najlepszych zakupów ostatnich miesięcy. Panie i Panowie! Kindle Paperwhite!


Kindle Paperwhite to nic innego jak czytnik ebooków. Czyli nie ma kartek, nie ma okładki i charakterystycznego zapachu książek. Nie trzeba tez iść do księgarni ani do biblioteki. Wystarczy jedno kliknięcie i na ekranie tego niepozornego urządzenia pojawia się wybrane dzieło literackie.
Tutaj powinnam wołać o pomstę do nieba, bo to przecież bluźnierstwo, te elektroniczne książki. W dodatku jestem studentką teatrologii, a wcześniej romanistyki, przecież tyle książek czytałam i czytam nadal...!

Ale o pomstę do nieba nie wołam. Uważam, że Kindle to niezwykle przydatny gadżet. Nie zastąpi oczywiście tradycyjnych książek, ale bardzo ułatwia życie.
Jestem osobą, która dużo czyta. Ostatnio wyrabiam normę 3-4 książek na tydzień.  Czytam wszędzie: w metrze, w domu, na uczelni i na przerwie w pracy. Dlatego to urządzenie bardzo mi się przydaje: jest małe, zgrabne i lekkie, a może pomieścić 1200 książek.
Te 3-4 książki na tydzień, to głównie sztuki teatralne, które kupuję na amazon.fr za 0€, korzystając z wydawnictwa, które promuje klasyki literatury. Oczywiście są ksiązki, glównie naukowe, których nie znajduję w wersji elektronicznej, więc korzystam jeszcze z wersji papierowych. Podobnie z książkami teoretycznymi, które muszę przeczytać na zajęcia, Kupuję wersje papierowe, bo kiedyś może będę musiała je cytować w jakiejś pracy semestralnej. Jednak to nie był głowny powód, dla którego kupiłam Kindla.
Głównym powodem było to, że wyjeżdżając gdziekolwiek, mam głupi zwyczaj taszczenia tony książek ze sobą. Zabierają miejsce i są ciężkie. Dlatego zdecydowałam się na czytnik. Problem się rozwiązał, bo teraz mogę zabrać całą bibliotekę ze sobą.

Poza tym, Kindle Paperwhite ma dwie zalety.
Po pierwsze, pomaga uczyć się słówek jeśli czytamy w innym języku. Można zainstralować różne słowniki, jedno lub dwujęzyczne, które na bierząco tłumaczą słówka jeśli tego potrzebuję. Częściej posiłkuję się jednak zaznaczaniem pojedynczych słówek, które potem znajduję na liście słówek do nauczenia. Kiedy opanuję dane słówko, po prostu je odznaczam. Często używam tej opcji kiedy czytam po hiszpańsku.


Po drugie: ekran Kindla nie męczy oczu. Można dopasować jasność ekranu, wielkość czcionki, margines oraz odstępy między wierszami. Czytanie staje się więc bardzo komfortowe. Kindle pokazuje też postęp w czytaniu i określa w jakim czasie można przeczytać daną książkę.

Bateria urządzenia trzyma niezwykle długo nawet przy bardzo intensywnym użytkowaniu. Mojego Kindla mam już od pół roku, używam go (tak jak wcześniej napisałam) bardzo intensywnie i nie widzę w nim żadnych wad. Ani technicznych, ani innych. Jednak jeśli jakieś techniczne wady by się pojawiły, to Amazon daje 2-letnią gwarancję na urządzenie. W tym czasie, w razie usterki, Kindle jest wymieniany na nowy.

Fnac (francuski Empik) proponuje francuską, tańszą wersję Kindla, Kobo. Myślałam o tym urządzeniu na początku, ale bałam się, że Kobo będzie mi męczył oczy, ponieważ jego ekran jest bardziej podobny do ekrany tableta.

Kindle  Paperwhite kupiłam na Amazon.fr za 129€. Czy polecam? Tak!

samedi 8 novembre 2014

Ciąg dalszy nastąpi...

Z dniem dzisiejszym zakończyłam współpracę z Nathalie Hamel i Compagnie de la Pléiade, jednak do końca grudnia będzie mnie można jeszcze zobaczyć w Les Perses i La Bataille de Kosovo. 

Zdecydowałam się na ten krok, ponieważ co raz bardziej przeszkadzało mi zachowanie Nathalie wobec mojej osoby oraz moich projetów, w które ona nie była włączona (od niemiłych komentarzy po próby blokowania aktorów zaangażowanych w moje projekty). Mogłam to zrobić wcześniej, ale jestem zbyt sentymentalna.

Mimo tej rozłąki, na razie zostaję w Teatrze Nord-Ouest i dalej będę grała w Tailleur pour dames. W tym samym czasie przygotowuję 2 inne projekty, które, mam nadzieję, zrealizuję jeszcze w tym teatrze. Pierwszy to francuska komedia, drugi to polski dramat. Jeśli chodzi o Nuit Bouffe, to praca wre. Razem z Laurent Bruset postanowiliśmy zmienić radykalnie dużo rzeczy i dopiero wtedy pomyślimy o rzuceniu się na głęboką wodę. Jedno jest pewne: chcemy wyjść do szerszej publiczności, w innym teatrze niż Nord-Ouest (mimo że Nord-Ouest ma idealną scenę do tej sztuki).

Innymi słowy: zmiany, zmiany i dużo pracy przede mną! Trzymajcie kciuki!

lundi 3 novembre 2014

Mistinguett, reine des années folles.

Początek listopada zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Okazało się, że czasem warto wysłać smsa z nowym numerem telefonu do starych znajomych, bo ci starzy znajomi mogą chcieć odnowić kontakt. I tym właśnie sposobem znalazłam się w Casino de Paris z zaproszeniem na Mistinguett, reine des années folles


Niestety, wydaje mi się, że pokładałam zbyt duże nadzieje w producencie. Albert Cohen (50% duetu Attia&Cohen) znany jest z pięknych musicali z rozmachem i przytupem, takich jak Les 10 Commandements, Le Roi Soleil, Mozart l’Opéra Rock czy 1789, Les Amants de la Bastille. Dobra... Może ten ostatni nie do końca im wyszedł. I może to właśnie z tego powodu, duet postanowił się rozstać na jakiś czas. Dove Attia postanowił zrobić La Légende du Roi Arthur (premiera w drugiej połowie 2015), a Albert Cohen zrobił Mistinguett, reine des années folles. Cohen postanowił zachować też starą ekipę, która współtworzyła również Mozarta czy Le Roi Soleil. Nie wiem, co się stało, ale moim zdaniem, coś im nie wyszło. 


Mistinguett, reine des années folles, jak wskazuje tytuł opowiada historię Jeanne Bourgeois, gwiazdy music hallu z początku XX wieku. Na miejscu producenta zmieniłabym raczej tytuł na Histoire de Casino de Paris albo Comment Léon Volterra a failli ruiner Casino de Paris. Bo tak naprawdę Mistinguett nie jest główną bohaterką musicalu. I cały spektakl wcale nie mówi o jej życiu czy karierze, ale o pieniądzach i Casino de Paris, tudzież o tym jak Leon Volterra wpakował się w kłopoty. Historia napisana bez polotu, dosyć płytka, z dużą ilością zapchaj-dziur, postaci wciśniętych na siłę i piosenek, które nie łączą się z tekstem w jedną, spójną całość. Możnaby pomyśleć, że ten musical powstał tylko po to, by ludzie nie zapomnieli nazwiska producenta. Bardzo mnie to zawiodło i przez to cały musical uważam za mało interesujący. Pokładałam w nim spore nadzieje, o czym pisałam na blogu przynajmniej dwa razy. 
Mam też wrażenie, że kryzys nie ominął również Cohena. Wcześniejsze musicale jego produkcji były robione z rozmachem i przytupem. Tutaj gołym okiem było widać, że budżet na scenografię był mocno obcięty. Przytup co prawda był... Kiedy Carmen Maria Vega tupnęła nogą... 

Jeśli chodzi o pozytywne punkty spektaklu to owszem, są takie. 
Pierwszym jest Patrice Maktav w roli Leona Volterry, a w szczególności finał pierwszego aktu Valse la chance. Tutaj się postarali i stworzyli piękny obraz, który nawet wycisnął ze mnie parę łez, co uważam za wyczyn, ponieważ pod koniec pierwszego aktu byłam mocno zdegustowana poziomem spektaklu. 
Drugim mocnym punktem jest Carmen Maria Vega w roli Mistinguett. Malutka kobietka z głosem jak dzwon. Można by powiedzieć, że Mistinguett ją opętała, tak była wiarygodna w swojej roli.
Muszę też pochwalić kostiumy. Mam nadzieję, że obcięty budżet na scenografię poszedł właśnie na nie. 
Ostatnim mocnym punktem jest Fabian Richard, bo zaprosił mnie na spektakl. Dobra... Żartuję... Miło mi było zobaczyć go ponownie na scenie, przekonać się jeszcze raz, że jest świetnym aktorem i śpiewakiem, i że rola gangstera pasuje mu jak ulał, i tak dalej... i tak dalej... Ale gdybym to ja napisała ten spektakl, to tej roli by tam nie było. Dodam jeszcze, że trójka, którą wymieniłam powyżej prezentowała wyższy poziom niż pozostali aktorzy. 


Podsumowując... Mistinguett, reine des années folles nie zostanie jednym z moich ulubionych musicali. A szkoda, bo naprawdę nastawiałam się hit sezonu i nie kryję swojego rozczarowania. Na pewno nie wrócę do Casino de Paris, żeby zobaczyć to jeszcze raz. Czy polecam? Cóż, warto zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie. Może ja już się starzeję albo mam spaczony gust przez to, że studiuję teatrologię/jestem aktorką i mam wygórowane oczekiwania? Z tego, co wiem to jednak pierwszy akt został skrócony o 20 minut, ze względu na krytykę. 

A i jeszcze kilka słów na koniec: chciałabym doczekać dnia, kiedy producenci i reżyserzy musicali we Francji zdadzą sobie sprawę z tego, że muzyka na żywo jest o wiele lepsza niż podkład muzyczny i że wpuszczenie na scenę 4 muzyków, którzy przygrywają do niektórych kawałków, jest fajne, ale dyrygent machający grzywą z orkiestronu od czasu do czasu jest fajniejszy. O!

samedi 1 novembre 2014

Co jest w mojej torebce?


Już jakiś czas temu myślałam o napisaniu takiego posta, ale jakoś czasu brakowało. Przy okazji generalnych porządków w torebce (tzn. pozbycia się walających się wszędzie paragonów), postanowiłam przedstawić Wam jej zawartość.

Samą torebkę kupiłam w Parfois w ubiegłe wakacje. Jest mniejsza niż moje dotychczasowe worki, ale za to zgrabna i mimo wszystko dosyć pojemna.


1. Zeszyt. Noszę go na uczelnię. Wybrałam specjalnie zeszyt, w którym mogę mieć notatki ze wszystkich przedmiotów. Przetestowałam sporo zeszytów, segregatorów i innych rozwiązań, ale żadne mi nie podeszło. Zeszyt w formacie B5 jest chyba najlepszy. Ten kupiłam w Empiku za 25 złotych. Na zdjęciu zabrakło tych samoprzylepnych karteczek, którymi zaznaczam ważniejsze pojęcia.

2. Spinacze. Postanowiłam położyć kres stosowi kartek walających się wszędzie, więc przypinam każdą kartkę jaką dostanę od wykładowcy zaraz przy notatkach w zeszycie.

3. Kalendarz. Podobno jestem mistrzem organizacji. Gdybym zgubiła ten niebieski zeszycik, to chyba bym zginęła. Notuję w nim praktycznie wszystko: spotkania, próby, wizyty u lekarza, spektakle (moje i te, na które kupiłam bilet), rzeczy do zrobienia, adresy, telefony, rachunki do zapłacenia...

4. Szminki i pomadki ochronne. Miałam nosić tylko jedną szminkę (tę, którą maluję się danego dnia) i pomadkę ochronną, a wyszło jak zwykle. Zazwyczaj używam Bourjois Rouge Velvet Edition.

5. Lusterko, które kupiłam 5 lat temu podczas mojej pierwszej wizyty w Paryżu. Mam nadzieję, że jeszcze długo mi posłuży.

6. Wsuwki i gumka do włosów (której nie ma). Mam krótkie włosy, ale na szczęście wystarczająco długie bym mogła je spiąć do roli Mademoiselle Pomponette w Tailleur pour dames i schować pod kapeluszem. Niestety moje włosy są zbyt cienkie bym mogła je zapuścić, ale przestałam się tym przejmować odkąd Monica z Coiff & Rock zajmuje się nimi.

7. Notes, w którym zapisuję pomysły na kolejne sztuki, a w szczególności na jedną.

8. Portfel, również z Parfois. Lubię duże portfele, w których mogę umieścić wszystkie karty, monety i w którym nie muszę zginać banknotów.

9. Piórnik. Zawsze piszę piórem, które dostałam od mamy na Gwiazdkę kilka lat temu, ale do tego mam sporo cienkopisów i zakreślaczy. Bo lubię jak moje notatki z zajęć są kolorowe.

10. Książka, którą ostatnio czytam. Zazwyczaj mam przy sobie mojego Kindle Paperwhite i czytam dla własnej przyjemności. Tutaj akurat Trois discours sur le poème dramatique Corneille'a, które czytam na wykład z estetyki. Rzadko czytam książki teoretyczne z zainteresowaniem, ale ta wyjątkowo do mnie przemawia.

11. Książeczka czekowa. Zazwyczaj nie mam przy sobie drobnych czy banknotów, ponieważ częściej płacę kartą. Niestety czasami karta nie przechodzi, więc żeby ratować zakupy płacę czekiem. To tak samo praktyczne rozwiązanie jak poczta głosowa. :)

12. Tekst La Bataille de Kosovo. Bardzo polubiłam się z tą sztuką i żałuję, że nie będę mogła jej zobaczyć w całości (dla samej przyjemności obejrzenia spektaklu), ponieważ stworzyliśmy piękne obrazy dla pięknej historii. Premiera we wtorek 4 listopada!

13. Jeszcze więcej zakreślaczy. Bo lubię stabiloter.

14. Słuchawki. Lepiej nie wołać mnie na ulicy, bo pewnie i tak nie usłyszę. Zazwyczaj słucham muzyki. Słuchawki Apple wyzionęły ducha, więc używam słuchawek, które kupiłam sobie do biegania, ale pewnie niedługo zainwestuję w słuchwki Parrot albo Marshall.

15. Klucze do mieszkania i do skrzynki na listy + breloczki i karty, których nie używam.

16. Mój Pass Navigo, czyli bilet miesięczny. Korzystam jeszcze ze studenckiego biletu Imagine R. Tutaj muszę zaznaczyć, że nic mnie bardziej nie denerwuje jak idiota, który wciska się za mną w bramkę, bo nie ma biletu. W Paryżu, kasuje się bilet/kartę przy każdym wejściu do metra, autobusu, pociągu czy tramwaju. Dzięki temu RATP i SNCF może policzyć pasażerów i dostosować transport publiczny do potrzeb i napływu ludzi. Jak łatwo można się domyślić, osoby, które skaczą przez bramki nie są liczone...

I to by było na tyle jeśli chodzi o zawartość mojej torebki. Okazjonalnie posiadam też chusteczki higieniczne oraz torbę z logo uczelni, w której noszę książki i/lub zakupy.

mardi 14 octobre 2014

Co dalej?

W zakładce Teatr pojawiły się nowe daty spektakli, w których wezmę udział w najbliższych miesiącach.
Koniec roku zapowiada się pracowicie, ponieważ będę grała równocześnie w 3 przedstawieniach.

14 października to wielki powrót Les Perses w reżyserii Nathalie Hamel. Mimo że moja rola tam jest znikoma, to zgodziłam się zagrać to jeszcze raz przez wielki sentyment. W końcu to był mój debiut w Teatrze Nord-Ouest.

30 października wznawiamy Tailleur pour dames. Podejrzewam, że przygoda z tą sztuką jeszcze długo się nie skończy. Niestety nie będę mogła wziąć udziału w trzech ostatnich spektaklach w tym roku (27, 28 i 31 grudnia), ponieważ w tym czasie będę w Polsce.

4 listopada odbędzie się premiera sztuki La Bataille de Kosovo w reżyserii Nathalie Hamel. Będę miała przyjemność wcielić się w rolę Vukosavy, córki księcia Serbii. Przyznaję, że śpiewanie i mówienie po serbsku będzie sporym wyzwaniem.

Mała ilustracja mojej sceny.
Bilety w cenach 23€, 13€, 10€ i 6€ do nabycia w kasie teatru, na billetreduc.com lub za moim pośrednictwem.


Théâtre du Nord-Ouest
13 rue du faubourg Montmartre
75009 Paris

lundi 13 octobre 2014

Quand je pense qu'on va vieillir ensemble.

Wczoraj miałam okazję zobaczyć Quand je pense qu'on va vieillir ensemble trupy Les Chiens de Navarre w Teatrze Des Bouffes du Nord. Jako że spektakl okazał się dosyć interesujący, postanowiłam napisać o nim parę słów.

Najpierw kilka słów o samym teatrze. Les Bouffes du Nord jest teatrem dosyć specyficznym. Otwarty w drugiej połowie XIX wieku, obecnie wpisany na listę zabytków, jest uważany za jeden z najlepszych teatrów w Paryżu i za jedną z najbardziej specyficznych scen, ponieważ nie wpisuje się w żaden typ sceny (nie jest ani włoska ani niemiecka). Przestrzeń, którą normalnie nazwałabym kulisami jest odkryta, sala kojarzyła mi się raczej z cyrkiem. Sam teatr wywołuje bardzo dobre pierwsze wrażenie zaraz po wejściu. Foyer utrzymane jest w stylu z początku XX wieku, bardzo zadbane. Kasa, księgarnia i kameralny bar utrzymują klimat. Korytarze, klatki schodowe prowadzące na balkony i drewniana podłoga sprawiają wrażenie jakby czas zatrzymał się w tym miejscu. Przenosimy się do teatru z końca XIX wieku, otoczonego tajemniczą atmosferą, specyficznym zapachem. Dosyć dziwne, ale przyjemne wrażenie. A potem wchodzimy do sali i nie wierzymy własnym oczom. Bo owszem, czas w teatrze się zatrzymał. I o ile działa to na korzyść korytarzy, o tyle sala przyprawia o zawał serca. A przynajmniej nie tego się spodziewałam, kiedy już poddałam się lekko kabaretowej atmosferze wspinając się na mój drugi balkon. Okazało się, że sala jest po prostu pozostawiona sama sobie i nie była remontowna od przynajmniej 50 lat. Obdrapana farba, łatane dziury w ścianach, ładne, ale niemiłosiernie brudne zdobienia przyprawiają o dreszcze. Balkony sprawiają wrażenie jakby miały się zaraz zawalić. Do tego brak kurtyny i wnętrzności teatru na wierzchu. Wrażenie piorunujące. A może to ze mną jest coś nie tak, bo przyzwyczaiłam się do pięknych, wymuskanych sal? Niemniej jednak wygląd sali nie przeszkadza w odbiorze spektaklu. Przypuszczam też, że jest zamierzony. Szybko się przyzwyczaiłam i dałam się ponieść niezwykłemu klimatowi.

Sala i widownia.
Źródło: www.bouffesdunord.com
Po ostatniej sobocie spędzonej na niewygodnych ławkach w Teatrze Narodowym La Colline, gdzie przez bite 3 godziny nudziłam się na Le Capital et Son Signe, bardzo sceptycznie podeszłam do kolejnej propozycji wykładowcy, czyli Quand je pense qu'on va vieillir ensemble. Oczywiście rozumiem, że Les Chiens de Navarre są jedną z nielicznych trup, które praktykują écriture collective, czyli spektakle pisane przez kilku autorów lub przez samych aktorów, opierające się na improwizacji i ewoluujące na przestrzeni czasu, i że wybrałam sobie zajęcia, które zajmują się tym zjawiskiem (mimo że bardziej motywował mnie do wyboru wykładowca niż temat), to i tak podchodziłam do tego jak pies do jeża. Szczególnie, kiedy przed spektaklem trupa umazana czerwoną farbą i zachowująca się jak ludzie pierwotni grała w pétanque na scenie,
I niesłusznie!
O ile Le Capital et Son Singe inspirował się dziełem Marxa i nie zawierał żadnych wiadomości dydaktycznych przez co zrozumienie sztuki było bardzo utrudnione, o tyle Quand je pense qu'on va vieillir ensemble powstało ze skrawków codziennego życia. Problemy społeczne, kursy doszkalające, miłość, samotność posunięte do absurdu, to tylko niektóre z tematów poruszanych podczas spektaklu. Mimo że nie ma w nim żadnego logicznego ciągu zdarzeń oraz nasilenia absurdu z biegiem czasu, to sztukę ogląda się bardzo przyjemnie, z zaciekawieniem i poruszeniem.
Na szczególną uwagę zasługują aktorzy, których rola nie jest ograniczona do zwykłego deklamowania tekstu, ale do intensywnej pracy ciałem oraz do wyzbycia się wstydu, czy oporów. W niektórych scenach, aktorzy paradują nago. Sama byłam zaskoczona kiedy jeden z aktorów zdjął spodnie i zaczął bawić się swoim penisem. Analizując grę i rozwój postaci dzisiaj rano, miałam wrażenie, że Les Chiens de Navarre inspirują się teoriami Antonin Artaud, Jerzego Grotowskiego i Bertolta Brechta.
Jednak nieważne kim się inspirowali. Ważne, że spektakl wyszedł zaskakujący i godny uwagi, nie ze względu na historię (której nie ma), ale ze względu na grę, sposób przedstawienia oraz na światła i muzykę, które cieszą oczy i uszy. Kreacja wybitnie udana.






Quand je pense qu'on va vieillir ensemble będzie grane jeszcze do przyszłej niedzieli 18 października.
Bilety w cenach od 12€ (-26 lat) do 30€ (Kategoria 1) do nabycia w kasie teatru.

dimanche 5 octobre 2014

Musicale w Paryżu.

Często dostaję pytania jakie musicale są właśnie grane w Paryżu lub co warto zobaczyć. Powoli wypadam z obiegu jeśli chodzi o ten temat, ponieważ brakuje mi czasu na przyjemności i co raz częściej idę do teatru, bo muszę zobaczyć jakąś sztukę na zajęcia albo żeby w jakiejś zagrać. Niedawno wróciłam z Théâtre de la Colline, gdzie poszłam obejrzeć Le capital et son singe (Nie polecam. Za długie i zrobione w niezbyt ciekawy sposób.), zamiast iść do Théâtre du Nord-Ouest żeby zobaczyć Le Cid. Dlatego, żeby zrobić mały przegląd musicali w Paryżu, musiałam posiłkować się billetreduc.com. Na razie nie widziałam żadnego spektaklu z poniższej listy.

1. Mistinguett, reine des années folles, Casino de Paris.
Od 18 września 2014 do 4 stycznia 2015.
Cena biletu: od 20€ do 79€.

Na pewno zobaczę ten musical. Opowiada on historię Mistinguett, pierwszej divy paryskich kabaretów. Myślę, że jest to najciekawsza propozycja tego sezonu nie tylko ze względu na temat, ale również na poziom produkcji.


2. Le Bal des Vampires, Théâtre Mogador.
Od 16 października 2014 do 31 września 2015.
Cena biletu: od 25€ do do 150€.

Druga dosyć wyczekiwana pozycja. Bilbordy w metrze głoszą, że musical reżyserował sam Roman Polański. Pewnie się wybiorę. Tak z sentymentu, mimo że nie jestem fanką produkcji z Teatru Mogador.


3. Flashdance, Théâtre du Gymnase Marie-Bell.
Od 23 września 2014 do 7 marca 2015.
Cena biletu: od 20€ do 95€.

Nie wiem dlaczego, ale ten musical nie jest w ogóle reklamowany. A szkoda, bo ma fajną trupę. Wiem o nim tylko dlatego, że Claire Perot napisała o nim na facebooku. I pewnie wybiorę się na niego, tylko dlatego, że Claire Perot w nim gra.



4. Salut les copains, Folies Bergères.
Od 5 do 12 października 2014.
Cena biletu: od 14,50€ do 85€.

Próbuję się wybrać na ten musical od 2 lat i nigdy mi to nie wychodzi. A podobno fajny, bo na podstawie piosenek z lat 60.


5. Love Circus, Folies Bergères
Od 28 października do 21 grudnia 2014.
Cena biletu: od 29€ do 85€.

Powiedzmy sobie szczerze: mam świra na punkcie wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z kabaretem czy cyrkiem. Siłą rzeczy na pewno pójdę na ten musical. Od znajomych słyszałam same pochlebne opinie, więc czemu nie?


6. Dirty Dancing, Palais des Sports
Od 15 stycznia do 1 marca 2015.
Cena biletu: od 39€ do 77€.

Można zrobić musical ze wszystkiego? Można. Z filmu też? Też. Na to akurat się nie wybiorę, ponieważ historia jest tak oklepana, że nawet nie chce mi się oglądać tego po raz 50 w telewizji.


mercredi 1 octobre 2014

Nuit Bouffe - dzień po.

Ça y est! C'est fait!

Pierwsza publiczna lektura Nuit Bouffe za mną.

Trema była ogromna, a przygotowań i prób nigdy wystarczająco dużo (temu tematowi poświęcę oddzielny artykuł), ale udało się. I nie dlatego, że jestem geniuszem, bo do tego mi daleko, ale dlatego, że mam wspaniałą ekipę, która wierzy w tej projekt i dzięki której moje marzenie powoli się realizuje. Mam nadzieję, że niebawem ogłoszę datę wielkiej premiery Nuit Bouffe i że spotkamy się na scenie (i widowni) w tym samym składzie.

Z tego miejsca pragnę podziękować najlepszej ekipie jaką mogłam sobie wymarzyć: Laurent Brusset, Marie Mougenot, Jean-Luc Bouzid, Hélène Robin, Love Bowman, Eric Veiga i Bernard Lefebvre. Wszystkim, którzy przyszli żeby nas posłuchać, szczególnie Łukaszowi Liniewskiemu, Holly z bloga Dziennik Paryski oraz Sylwi, której niestety nie skojarzyłam (ale jeśli czytasz tego bloga, to odezwij się proszę). Dziękuję również Ina Photographie za zdjęcia i za cierpliwość do mnie. :)

To był najpiękniejszy wieczór w moim życiu i nie mogłam sobie wyobrazić piękniejszego prezentu niż prezentacja mojej sztuki. Kolejny krok za mną i zbliżam się powoli do celu. Ale najważniejsze jest to, że kocham to, co robię.

Na koniec kilka zdjęć z tego wyjątkowego wieczoru.

Kilka chwil przed. 


Hélène Robin w roli Madame Marguerite.

Bernard Lefebvre i Eric Veiga.
Love Bowman w roli Marii.


Laurent Brusset w roli Lucien.


Grając dostałam dziwnego szczękościsku.

I robiłam głupie miny.



Jean-Luc Bouzid w roli Frederica. 

Dużo głupich min.


I ja w roli Rosy.

Inni za to przybierali dziwne pozy.

Ale duma na koniec była bezcenna. Po lewej Marie Mougenot w roli Loulou.

mardi 30 septembre 2014

20 godzin przed.

Czas leci jak szalony. Za 24 godziny będziemy opijać mój wielki-mały sukces. Ciężko jest mi ukryć wzruszenie i zniecierpliwienie. Wiem, że to jeszcze nie jest premiera, po której nastąpi cała seria przedstawień, jednak dla mnie to jest po prostu krok milowy. Do przodu. A potem będzie już z górki.

Udało mi się zebrać wspaniałą trupę, więc jutro wieczorem na scenie będą same perełki. Wiem, że dadzą z siebie wszystko i nie zawiodą mnie ani publiczności.

Podczas prób miałam również okazję sprawdzić się jako reżyser. Zadanie trudne, ale udało mi się okiełznać moje gaduły i spóźnialskich.

Pamiętam jak dokładnie 3 lata temu postanowiłam spełnić to marzenie. Siedziałam na widowni teatru Marigny, serce biło mi jak szalone kiedy oglądałam Cabaret i myślałam o tym jak bardzo zaniedbałam moje marzenia. Ten musical wymierzył mi taki policzek i tak zachęcił do działania, że dopiełam swego. Może jeszcze nie do końca, ale jestem już bliżej niż dalej. Wiem, co chcę robić, co chcę pokazać i w jak publiczność chciałabym celować. Wiem też jak do tego dojść.

Mam nadzieję, że jutro wieczorem historia, którą opowiemy na scenie, wzruszy chociaż jedną osobę. Chciałabym wywoływać w ludziach emocje, których nie będą się wstydzić. Chciałabym ich wzruszać moimi historiami. Chciałabym żeby uczestniczyli w tych, magicznych dla mnie, chwilach, kiedy zostawiamy nasze jestestwo w garderobie i stajemy się kimś innym.


jeudi 25 septembre 2014

Absurdy Francji 1

Jedna z moich sąsiadek postanowiła ściągnąć do Francji swoją nastoletnią córkę. Żeby miała lepszy start w życiu. Dowiadywałyśmy się obydwie jak to tu jest, co zrobić, żeby dziecko zostało przyjęte do szkoły. Z informacji, które dostałyśmy w jednym z Centre d'Information et d'Orientation wynikało, że procedura jest prosta: dziecko zdaje test, składa papiery i jest przyjmowane do szkoły.

Córka sąsiadki zdała test na początku lipca i w owym CIO powiedzieli, że trzeba czekać na list i około 20 września na pewno pójdzie do szkoły.

20 września minął, listu nie ma. Pojechałam z sąsiadką do odpowiednika kuratorium.

Dowiedziałyśmy się, że w departamencie 93 jest za dużo dzieci, które nie mówią po francusku, więc córka sąsiadki pójdzie do szkoły, ale dopiero w marcu lub kwietniu (!). A w sumie to niewiadomo czy pójdzie, bo w styczniu kończy 16 lat, a obowiązek szkolny kończy się właśnie w tym wieku. I w ogóle to trzeba było zdawać test w lutym tego roku, a nie w lipcu!

Z kolei jako, że córka sąsiadki ma jeszcze 15 lat i nie chodzi do szkoły, to sąsiadka może stracić prawa rodzicielskie, za zaniedbanie obowiązku szkolnego.

Absurd goni absurd. Wszyscy łapią się za głowę, z Ambasadą Polski, włącznie.

dimanche 21 septembre 2014

Co warto zobaczyć w teatrze?

Sezon teatralny dopiero się zaczyna, a ja już mam długą listę przedstawień, które chcę zobaczyć. Podzielę się z Wami moją subiektywną listą spektakli, które chce zobaczyć i które już widziałam, ale na pewno zobaczę je jeszcze raz.

1. Mistinguett, reine des années folles, Casino de Paris.
Zdecydowanie najbardziej wyczekiwany musical tego sezonu. Odkąd gruchnęła wiadomość o premierze, a ulice zalały plakaty promujące, czekałam na wrzesień z wypiekami na twarzy. To zdecydowanie mój klimat, więc czekam tylko na wypłatę, kupuję bilet i lecę. Musical opowiada o moim ulubionym okresie w historii czegokolwiek: początek XX wieku. Jest kabaret, music hall, Paryż. Połączenie idealne, nie? Jest też Fabian Richard i Carmen Maria Vega. Też fajnie.

2. Le bal des Vampires, Théâtre Mogador.
A to chyba najbardziej wyczekiwany musical w Polsce. Chętnie zobaczę francuską wersję Tańca Wampirów, ale mimo wszystko nie jest to spektakl, który wyczekuję z niecierpliwością. Może gdybym nie widziała go w polskiej wersji to miałabym większe parcie by tam iść. 

3. Tout public ou pas de Florent Peyre, L’Européen.
O tym spektaklu pisałam już w lipcu tutaj. Nadal uważam, że Florent Peyre ma nierówno pod sufitem, a ja lubię wariatów, więc wrócę jak tylko będę mogła.

4. Huis Clos, Théâtre du Nord-Ouest.
Staram się nie polecać ani nie recenzować sztuk granych w TNO. Ponieważ nigdy nie mogłabym być obiektywna w mojej ocenie. Za dobrze znam aktorów, którzy z nich grają. Spotykamy się również we wspólnych projektach. Huis Clos jest wyjątkiem. Dawno żaden spektakl nie poruszył mnie tak bardzo jak właśnie ten. W wakacje czytałam tę sztukę na zmianę z Andromaque Racine'a w warszawskich autobusach. Polubiłam postać Estelle, znienawidziłam Ines, a Garcin mnie odrzucał. Jednak kiedy zobaczyłam spektakl na żywo, moja percepcja postaci zmieniła się totalnie. Pokochałam Ines, znienawidziłam Estelle i żal mi było Garcin. Treść sztuki dała mi mocno w twarz i mogę powiedzieć, że ją zrozumiałam dopiero po obejrzeniu. Jeśli miałabym polecić jeden spektakl z reprtaru TNO, to poleciłabym Huis Clos z następującą obsadą: Marta Corton Vinals w roli Ines, Alicia Roda w roli Estelle i Eric Veiga jako Garcin.

5. Feu la mère de madame, Théâtre du Nord-Ouest.
Jak wyżej. Nie powinnam polecać. Ale polecam, bo dawno się tak nie śmiałam, bo kolega zaskoczył mnie swoim damskim wcieleniem, 

6. Un fil a la patte, Comédie Française. 
Co prawda na ten spektakl trzeba będzie czekać, ale poprzednie wersje tego wodewila bardzo przypadły mi do gustu. Pewnie w tym sezonie zaopatrzę się w kartę Comédie Française i będę korzystać z poniedziałków dla młodych. 

7. Cabaret Fratellini, Academie Fratellini.
W ubiegłym sezonie jakoś nigdy mi nie było po drodze do cyrku. Bardzo tego żałowałam, ponieważ ominęło mnie kilka świetnych spektakli. Teraz chcę to zmienić, więc Cabaret Fratellini będzie jednym ze spektakli, który zobaczę. Na razie wybiorę się na prezentację sezonu, która odbędzie się 14 października.

To tyle na razie. Wybrałam z mojej listy najciekawsze propozycje. Sama będę śledzić ofertę przygotowaną przez kasę biletową na uczelni i dobierać sobie spektakle. 

samedi 20 septembre 2014

Miesięczny bilans.

O matko! Wytrzymałam!

Biegam już miesiąc albo AŻ miesiąc. To dużo jak na mnie, ponieważ nienawidziłam biegać, a teraz nie mogę się doczekać kolejnego treningu. Co prawda przeklinam moje chęci mniej-więcej w połowie każdego treningu, ale duma, którą czuję po każdej godzinie biegu sprawia, że zapominam o bólu i wszystkich niedogodnościach. Ta radość z każdego treningu przyszła dopiero po wymianie butów do biegania. Nowe buty sprawdzają się po prostu świetnie.

Mój tryb życia pod względem pory snu czy liczby posiłków na razie się nie zmienił. Szanse na to, że przemienię się z typowej sowy w słowika są zerowe. Zmieniła się za to jakość posiłków. Nie jest to jeszcze ideał, ale udało mi się wyeliminować słodkie napoje. 

Jako, że jestem sową i sową zostanę, biegam wieczorami, najlepiej po 19. Próbowałam biegać rano, przed pracą, ale o 7 bliżej mi było do czołgania się niż do biegania. O przypływie energii i rozbudzeniu nie było mowy. Poranny bieg działał w odwrotną stronę. Nie zmienia to jednak faktu, że mój plan zwiedzania paryskich ogrodów wziął w łeb. Najzwyczajniej w świecie nie chce mi się zasuwać do Paryża żeby pobiegać. Może za jakiś czas... Dlatego szukam fajnych miejsc w Pierrefitte. Nie ma ich dużo i żeby czuć się bezpiecznie, lepiej wybrać jakieś boisko niż park. Tylko, że najbliższe boisko też jest daleko... Przez jakiś czas biegałam w Foret Régionale de la Butte Pinson. Po jakimś czasie zrezygnowałam, ponieważ nie czułam się tam bezpiecznie (po ostatnim napadzie jestem przewrażliwiona). Park niedaleko mojego domu nadaje się do biegania, ale tylko rano. Wieczorami lepiej tam nie chodzić. Któregoś razu odkryliśmy z Nico boisko w lesie na Butte Pinson. Niestety leśne ścieżki nie nadawały się do biegania, ponieważ każda z nich prowadziła do obozowiska Romów. W końcu odkryłam mały park za Centre des Loisirs (chyba tak to się nazywa). Park jest naprawdę mały i za dużo chodników tam nie ma, ale przynajmniej mam święty spokój kiedy tam biegam. No i niedaleko do domu.

Powoli zaczynam zauważać pozytywne zmiany zarówno w moim wyglądzie, jak i samopoczuciu. Bardzo poprawiła mi się wydolność. Zastanawiam się czy tego właśnie nie brakowało mojemu organizmowi? Innymi słowy: jedz, co chcesz, ale się ruszaj.

W tym miesiącu, do mojego radosnego truchtania, chcę dołączyć ćwiczenia w domu. Kupiłam już matę i hantelki. Wydaje mi się, że znalazłam też idealną, internetową trenerkę: Cassey Ho.

Nie wiem jak to będzie kiedy zaczną się zajęcia i sezon teatralny rozkręci się na dobre. Mam nadzieję, że uda mi się wygospodarować czas na ćwiczenia i bieganie.

mercredi 10 septembre 2014

Dlaczego unikam Polaków?

Oczywiście nie wszystkich, bo mam świetnych sąsiadów, wspaniałych znajomych, a wczoraj w teatrze czekała na mnie bardzo miła niespodzianka.
Różnica polega na tym, że moi znajomi czy sąsiedzi nie mają typowo polskiej mentalności Polaka za granicą.

Ale czym jest ta typowo polska mentalność?

Wyobraźmy sobie Kowalskiego na dorobku we Francji.
Pan Kowalski pracuje na budowie, zazwyczaj na czarno. Statystyki w tym wypadku są bezlitosne. Pan Kowalski jest takim patriotą, że zna tylko swój ojczysty język i nie ma zamiaru splugawić go znajomością jakiegoś tam francuskiego.

To teraz wyobraźmy sobie Kowalską, żonę pana Kowalskiego na dorobku we Francji.
Pani Kowalska pracuje jako sprzątaczka lub opiekunka do dziecka. Oczywiście na czarno. Czasami jest deklarowana na kilka godzin u kilku patronek żeby mieć numer secu, konto czy zasiłek na dziecko. Pani Kowalska nie chce szukać normalnej pracy, bo jej się to nie opłaca. Poza tym i tak niedługo zjedzie do Polski. No i, tak jak Pan Kowalski, pielęgnuje swój wewnętrzny patriotyzm i język ojczysty z wątpliwą ortografią.

Państwo Kowalscy są tu od 10 lat. Mają samochód na polskich blachach (francuskie ubezpieczenie za drogie, a poza tym banki czasami odmawiają współpracy z osobami niemówiącymi po francusku), mają mieszkanie bez papierów lub z papierami, ale za łapówkę (bo w tej agencji pracuje Polka...). Sprowadzają mięso z Polski. Oglądają polską telewizję, przepłacają w polskim sklepie, chodzą do polskiego lekarza, dentysty, fryzjera i kosmetyczki. Co niedzielę stawiają się w polskim kościele. Bilety do Disneylandu kupują w polskim kiosku, Dzieci chodzą do polskiej szkoły, a sprawy urzędowe załatwia polska agencja.
Odłożone pieniądze przeznaczają na wykończenie domu w Polsce.
Czasami przychodzi nagła potrzeba i Państwo Kowalscy szukają kogoś kto by im użyczył adresu (jeśli sami mają mieszkanie na czarno), żeby pobrać zasiłki czy móc założyć konto, ubezpieczenie, cokolwiek. Czasami szukają tłumacza, bo sami się nie dogadają. Czasami szukają też korepetycji z francuskiego, ale szybko rezygnują z nauki, bo to czas pochłania i pieniądze (10€ za godzinę to majątek).

Państwo Kowalscy stanowią większość polskich emigrantów we Francji.

Kiedy jednak jakaś Pani Kowalska czy Pan Kowalski postanowią wyłamać się ze schematu i stwierdzają Cholera! Nie chcemy tak żyć! Trzeba się nauczyć francuskigo żeby mieć lepszą pracę i tu zostać. to inni Kowalscy zaczynają ich wyśmiewać. Bo ktoś ma większe ambicje niż tkwienie we francuskiej polonii.
Kiedy ktoś, spoza obozu Kowalskich, powie im wprost, że to lekki wstyd tak się zamykać w tym, co polskie, to Kowalskich coś bierze. Nie daj Boże, żeby to była osoba lepiej usytuowana i mówiąca po francusku! Nie wiem czy to zazdrość, czy chęć ściągnięcia tej osoby do poziomu, czy co jeszcze innego... W każdym bądź razie Kowalscy wybuchają gniewem i obrzucają błotem tę osobem. Bo to nie patriota skoro mówi po francusku i śmie wytykać Polakom wady! To sfrancużony Polak, a oni takich nienawidzą! Bo ten Polak woli to, co francuskie, a nie to co polskie! Opętaniec! Wodę święconą przynieście!!! Zaraz nauczymy go patriotyzmu!

W skrócie: Polak mówiący po francusku, mający lepszą pracę, skończone studia (ewentualnie studia w trakcie) i żyjący kulturą francuską to ZŁO! I trzeba go stłamsić, wyzwać, skopać, zmieszać z błotem, bo śmie obrażać dobre imię polskich patriotów za granicą, a sam patriotą nie jest. I oczywiście taka osoba jest zazdrosna o to, że inni tak bardzo tkwią w swojej polskości. I ją to boli! I brak jej kultury! I tu możecie dodać wszystkie inne obelgi jakie tylko dusza zapragnie.

I właśnie dlatego unikam Polaków we Francji.

W Wielkiej Brytanii sytuacja wygląda podobnie.

Ten artykuł oparłam na własnych doświadczeniach z korepetycji, wyświadczania przysług Polakom oraz dyskusji z Kowalskimi. Właściwie to słowo dyskusja nie jest na miejscu, bo do dyskusji temu daleko.
Oczywiście w mniemaniu Kowalskich, jestem tym niepatriotycznym szatanem, co za bardzo sprzymierzył się z Francuzami i śmiał wytknąć wady Polaków. Jestem zazdrosna i boli mnie, że innym tak świetnie się powodzi. Tak w ogóle to jestem gruba, brzydka, bez kultury, mało inteligentna i w ogóle to powinnam się wstydzić, rodzice powinni się mnie wyrzec, bo ich nie szanuję, jestem aktorką ze spalonego teatru i dziadem. O. Tak, to są cytaty ze wczorajszej dyskusji. A wszystko to okraszone wątpliwą polszczyzną.

Ojciec mnie ostrzegał przed Polaczkami, ale nie posłuchałam. No to mam.

dimanche 7 septembre 2014

Jak biegać i nie zgłupieć? Part 2.

No i stało się. Z mojego konta zniknęło 114€. W domu za to pojawiły się nowe buty do biegania. Asics Gel Nimbus 16.

Kilka dni po tym jak napisałam ostatni post o bieganiu, poszłam do Go Sport. Akurat był po drodze. Planowałam zakup wkładek do butów żeby zobaczyć czy to coś zmieni. Sprzedawca, którego poprosiłam o radę od razu zastrzegł, że wkładki nie są rozwiązaniem. Poprawią komfort biegania, ale nie zmienią buta. Chyba że wkłądki ortopedyczne. A i Nike jest przeznaczony dla stóp neutralnych i w ogóle to gdzie ja kupiłam buty, że sprzedawca był taki nie do informowany. Najlepiej kupić nowe buty! Nie uśmiechało mi się inwestowanie w nowe buty. Nie po to wydałam 319 złotych (dzięki Bogu na wyprzedażach!) żeby buty leżały się i kurzyły. Nienawidzę tracić pieniędzy.

Kupiłam żelowe wkładki. Wydałam 30€ z nadzieją, że coś się zmieni.

Nic z tego!!!

Bieganie z wkładkami z Go Sport nie różni się od biegania z wkładkami Nike. Dlatego wkłądki skończą w moich Conversach. Podczas ostatniego biegu w piątek, miałam ochotę zdjąć buty i wracać do domu boso. Ból był nie do zniesienia. A jak mnie coś boli to mam zły humor, a jak mam zły humor to jestem złośliwa i niemiła. W przypływie gniewu zadzwoniłam do sklepu Nike w Atrium Targówek i poprosiłam managera do telefonu. Najzwyczajniej w świecie złożyłam skargę na dziewczynę, która sprzedała mi te buty. Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu, ale nie żałuję. Managerka sklepu też nie była rozgarnięta, bo jedyne co potrafiła wydukać przez telefon to to, że jej pracownicy przechodzą szkolenia. Ale szkolenie nie świadczy o wiedzy, niestety. Dziewczyna próbowała jeszcze ratować się jakoś w tej niezręcznej sytuacji pytając czy na pewno kupiłam buty w ich sklepie. Nie jestem osobą, która lubi szkodzić innym, szczególnie jeśli w grę wchodzi utrata stanowiska, więc nie mam ochoty robić sobie idiotycznych żartów. A jeśli skargę złożyłam to znaczy, że jestem wkurzona.
Finał? Przeprosiny i brak możliwości zwrotu butów, bo używane, ewentualnie reklamacja. Moja niechęć do biegania. Niesmak pozostał.

Nico, widząc moje rozczarowanie, zaproponował wycieczkę do Decathlonu. Tak żeby się rozejrzeć. Poza tym chciał odebrać mysz do komputera w Groslay, a to po drodze... Blablabla... Chodź ze mną!
No to poszłam. Bardzo sceptycznie podchodziłam do zakupu nowych butów. Bo jak znowu okażą się złe? Jak znowu stracę pieniądze? Po długich debatach ze sprzedawcą i analizowaniu każdego modelu wybrałam Asics Gel Nimbus 16. Kiedy je przymierzyłam, od razu zauważyłam różnicę jeśli chodzi o ułożenie stopy. Jutro je wypróbuję.

Wnioski z tego są następujące:
Sklep Nike w Atrium Targówek ma niezbyt wykwalifikowanych sprzedawców. I na pewno więcej tam nie wrócę. Tutaj nasuwa mi się taka mała refleksja: mam wrażenie, że w Polsce sprzedawcy są ogółem gorzej wykwalifiowani. To raczej praca dla studentów, czy osób bez wykształcenia. A szkoda, bo sprzedawca ma służyć fachową szczególnie w branży obuwniczej i kosmetycznej. We Francji, kandydat na stanowsko konsultanta w Sephorze musi mieć wykształcenie w kierunku kosmetycznym, tak samo w GoSport musi znać się na sporcie.
Nike Zoom Vomero +8 idą do odsprzedania.
Do tej pory ta impreza kosztowała mnie 224€ (jeśli mówimy o butach... Dresu i akcesoriów nie liczę). Mogłam nie słuchać siostry i od razu kupić Asicsy...