mercredi 23 avril 2014

Avoir un chat...

Miałam tego posta napisać już w lutym, kiedy zdałam sobie sprawę, że Flo jest już ze mną pół roku, ale z braku czasu post nie powstał. I dobrze. Dlatego teraz opiszę jak dalej potoczyła się historia Flo i co się zmieniło.

Flo
5 sierpnia 2013 roku zaadoptowałam kociaka. Miał wtedy równo 3 miesiące i był malutki. Za niecałe 2 tygodnie będziemy świętować jego pierwsze urodziny. Przez te 9 miesięcy miałam okazję obserwować rozwój kociaka, zarówno fizyczny jak i psychiczny. Flo jest bardzo żywym kotem, który (niestety) ma charakter dominujący. Tzn. chce pokazać, że w moim mieszkaniu to on jest panem. W związku z tym przez pewien czas miałam z nim niemały problem: znaczył teren. Na szczęście nie w typowy (bardzo śmierdzący) dla kotów sposób, ale po prostu sikał kiedy tylko czuł jakiegoś faceta. Dlatego postanowiłam go wykastrować. Mniej-więcej w pod koniec listopada, kiedy miał 6-7 miesięcy, Flo zaczął mieć ochotę na wieczorne eskapady z innymi kociakami, przez co miauczał niemiłosiernie w nocy, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba go wykastrować. W grudniu pojechał ze mną do Polski. Podróż zniósł świetnie. Tam, znajoma weterynarz zaszczepiła go, odrobaczyła, wykastrowała, zaczipowała i wystawiła paszport. Za wszystkie te usługi zapłaciłam chyba 400zł. Flo zniósł to wszystko nadzwyczaj dobrze i, na szczęście, uspokoił się. Po kastracji nie tyje, ani nie rozleniwił się. Dalej jest aktywny, lubi się bawić. Jedyne, co zauważam to to, że spoważniał i nadal próbuje pokazać każdeu samcowi, kto rządzi w tym domu, ale już bez sikania. Lubi też być czesany i głaskany kiedy śpi. A no i śpi ze mną...

Etoile
12 marca tego roku, w domu zawitał nowy kociak. Kilka dni wcześniej mówiono mi, że po podwórku kręci się piękny, włochaty kot, całkowicie oswojony. W końcu, 12 marca, sąsiad pokazał mi tego kota. Wyglądał na mocno nieszczęśliwego, więc postanowiłam go wziąć. Flo nie zareagował dobrze na nowego towarzysza, ale po 3 dniach go zaakceptował. Etoile był wygłodniały, więc natychmiast pochłonął podstawione jedzenie, ale po tym błogim obżarstwie okazało się, że jest chory, więc 14 marca pojechał ze mną do weterynarza. Weterynarz sprawdził, czy Etoile nie jest zaczipowany. Nie był. Ma trochę ponad rok (weterynarz wpisał w dacie urodzenia styczeń 2013). Wygląda jak kot norweski. Miał gorączkę i gastro oraz był bardzo zaniedbany (kołtuny, przetrącony kręgosłup, uraz tylnej łapy, połamane pazury, pchły). Dzięki temu, że nie był zaczipowany, mogłam go zatrzymać i jak tylko go zaczipuję to będę jego prawnym właścicielem, ponieważ pierwszeństwo ma osoba, na której nazwisko zwierzę jest zarejestrowane. Na szczęście Etoile szybko wyzdrowiał i teraz czuje się dobrze. Rozprawiłam się też z pchłami, ale z kołtunami jeszcze walczę. Etoile jest wesołym, leniwym obżartuchem, ale dzięki temu, że Flo lubi się bawić, a ja nie daję kotom jedzenia dla ludzi, to trochę mu się schudło.
Za wizytę u francuskiego weterynarza zapłaciłam 145€. W związku z tym jeszcze nie zdecydowałam się na zaszczepienie Etoile, ani na kastrację, chociaż ta druga sprawa mnie goni. Etoile, przyzwyczajony do bycia na zewnątrz, teraz odczuwa swoje wiosenne potrzeby przez co miauczy w nocy i drapie w okna albo w drzwi.
Jakieś 3 tygodnie temu, kiedy wracałam z zakupami, spotkałam chłopca, który spytał mnie czy nie widziałam szaro-białego kota. Odpowiedziałam, że nie (chociaż obydwa moje koty są szaro-białe). Nie wiem czy chodziło mu o Etoile czy nie. W każdym bądź razie, po przedyskutowaniu tego ze znajomymi i sąsiadami, postanowiłam zaczipować Etoile w miarę szybko żeby pozbawić byłych włascicieli praw do niego przez to jak był zaniedbany gdy do mnie trafił. Może źle robię, ale chciałabym żeby zwierzę miało normalne życie.



PS. Moje koty karmię suchą karmą Purina dla Kastratów oraz Purina na ładną sierść (3kg opakowanie kosztuje 12€ w Carrefour) oraz puszkami Sheba (testowałam inne, ale nie smakują im).

mardi 8 avril 2014

1789, les amants de la Bastille.

Czyli jak mieć fajny pomysł i nie wykorzystać go w pełni.

Uwaga! Ta recenzja zawiera spoilery!

1789 Les Amants de la Bastille to kolejny musical duetu Dove Attia & Albert Cohen. Tym razem panowie wzięli się za wymyślanie ckliwej historii o niemożliwej miłości guwernantki dzieci Marii Antoniny i wiejskiego rewolucjonisty. Wszystko z Rewolucją Francuską w tle, widzianą od strony ludu i dworu. Romans oczywiście kończy się źle.

Zachęceni sukcesem Mozart l’Opéra Rock, producenci widocznie chcieli powtórzyć sukces poprzednika... Z marnym skutkiem... Na pewno przyniósł niezłe zyski, ale jeśli chodzi o realizację, moim zdaniem, pozostawia wiele do życzenia.
Nie mówię, że musical jest zły, bo ma kilka mocnych punktów, takich jak:
- Yamin Dib w roli Auguste Ramard. Ten gość powinien zrobić międzynarodową karierę jako komik.
- świetne choreografie
- kilka fajnych piosenek
- piękna scenografia (mimo że bazuje w dużej części na animacjach wyświetlanych przez projektory) i kostiumy
- Maria Antonina i Ludwik XVI
- kilka scen (tableaux) tak bajecznie kolorowych i świetnie zrobionych, że moge je ciągle oglądać (Au Palais Royal, Les Députés, La guerre pour se plaire, Je vous rend mon âme)
- Charlotte (dziewczynka, która pomaga kochankom)
I gdyby wyjąć z tego musicalu tylko te pozytywne punkty, to byłoby super. Moim zdaniem, tworzenie historyjki o kochankach jest zbędne. Zamiast tego autorzy mogli skupić się na rozwinięciu wątku Ludwika XVI i Marii Antoniny. Już te elementy, które zostały zrobione świetnie wkomponowały się w konwencję i szkoda, że nie poprowadzono ich dalej i nie pokazano dogłębniej jak Rewolucja wyglądała ze strony dworu. Mam wrażenie, że autory starali się rozpisać role Ludwika XVI i Marii Antoniny w taki sposób, żeby te postacie były dobrze odbierane przez widzów. Weszli też w psychikę postaci, więc widzimy na początku dwoje ludzi kompletnie nie przygotowanych do rządzenia krajem, a następnie króla zmanipulowanego jak dziecko przez urzędników w dniu pogrzebu syna. Maria Antonina również pokazuje swoją dojrzałą w twarz w II akcie, do tego stopnia, że współczuję tej kobiecie. Takie psychologiczne grzebanie w tej parze mogłoby przynieść świetny efekt!
No ale historyjka o kochankach jest... i jest tak banalna, że aż płakać się chce... Przecież wiadomo, że jedno zginie na końcu... Skoro zdecydowali się takie coś zrobić to niech już pojdą na całość i niech się ta Olympe zastrzeli w rozpaczy po utracie ukochanego. Nie zastrzeliła się jednak, ponieważ w całym musicalu to nie ona jest najważniejsza. Ani Maria Antonina. Ani Rewolucja. Najważniejsze są prawa człowieka! Wygłoszone pompatycznie zamykają spektakl i o. Koniec. Ni ma. To się nazywa bardzo złe zakończenie.
Nie neguję historii. Wiem jak ważnym krokiem było wprowadzenie Praw Człowieka, ale tworząc spektakl nie można łapać kilku wron (srok?) za ogon. Albo robimy spektakl o kochankach z rewolucją w tle, ale to kochankowie są najważniejsi. Albo robimy spektakl o Marysi i Ludwiku, który kończy się widowiskowym gilotynowaniem. Albo robimy spektakl o prawach człowieka. Jeśli robię spektakl o życiu Mozarta, to nie interesuję się kochankami Salieriego. W tym wypadku autorzy libretta rozwinęli 3 wątki i żadnego nie zrobili porządnie. A szkoda... Bo mogłoby być fajnie. A nie jest.

Poniżej zamieszczam tableaux warte uwagi, o których pisałam wcześniej.










Dla fanów Yamina Dib: