mardi 8 avril 2014

1789, les amants de la Bastille.

Czyli jak mieć fajny pomysł i nie wykorzystać go w pełni.

Uwaga! Ta recenzja zawiera spoilery!

1789 Les Amants de la Bastille to kolejny musical duetu Dove Attia & Albert Cohen. Tym razem panowie wzięli się za wymyślanie ckliwej historii o niemożliwej miłości guwernantki dzieci Marii Antoniny i wiejskiego rewolucjonisty. Wszystko z Rewolucją Francuską w tle, widzianą od strony ludu i dworu. Romans oczywiście kończy się źle.

Zachęceni sukcesem Mozart l’Opéra Rock, producenci widocznie chcieli powtórzyć sukces poprzednika... Z marnym skutkiem... Na pewno przyniósł niezłe zyski, ale jeśli chodzi o realizację, moim zdaniem, pozostawia wiele do życzenia.
Nie mówię, że musical jest zły, bo ma kilka mocnych punktów, takich jak:
- Yamin Dib w roli Auguste Ramard. Ten gość powinien zrobić międzynarodową karierę jako komik.
- świetne choreografie
- kilka fajnych piosenek
- piękna scenografia (mimo że bazuje w dużej części na animacjach wyświetlanych przez projektory) i kostiumy
- Maria Antonina i Ludwik XVI
- kilka scen (tableaux) tak bajecznie kolorowych i świetnie zrobionych, że moge je ciągle oglądać (Au Palais Royal, Les Députés, La guerre pour se plaire, Je vous rend mon âme)
- Charlotte (dziewczynka, która pomaga kochankom)
I gdyby wyjąć z tego musicalu tylko te pozytywne punkty, to byłoby super. Moim zdaniem, tworzenie historyjki o kochankach jest zbędne. Zamiast tego autorzy mogli skupić się na rozwinięciu wątku Ludwika XVI i Marii Antoniny. Już te elementy, które zostały zrobione świetnie wkomponowały się w konwencję i szkoda, że nie poprowadzono ich dalej i nie pokazano dogłębniej jak Rewolucja wyglądała ze strony dworu. Mam wrażenie, że autory starali się rozpisać role Ludwika XVI i Marii Antoniny w taki sposób, żeby te postacie były dobrze odbierane przez widzów. Weszli też w psychikę postaci, więc widzimy na początku dwoje ludzi kompletnie nie przygotowanych do rządzenia krajem, a następnie króla zmanipulowanego jak dziecko przez urzędników w dniu pogrzebu syna. Maria Antonina również pokazuje swoją dojrzałą w twarz w II akcie, do tego stopnia, że współczuję tej kobiecie. Takie psychologiczne grzebanie w tej parze mogłoby przynieść świetny efekt!
No ale historyjka o kochankach jest... i jest tak banalna, że aż płakać się chce... Przecież wiadomo, że jedno zginie na końcu... Skoro zdecydowali się takie coś zrobić to niech już pojdą na całość i niech się ta Olympe zastrzeli w rozpaczy po utracie ukochanego. Nie zastrzeliła się jednak, ponieważ w całym musicalu to nie ona jest najważniejsza. Ani Maria Antonina. Ani Rewolucja. Najważniejsze są prawa człowieka! Wygłoszone pompatycznie zamykają spektakl i o. Koniec. Ni ma. To się nazywa bardzo złe zakończenie.
Nie neguję historii. Wiem jak ważnym krokiem było wprowadzenie Praw Człowieka, ale tworząc spektakl nie można łapać kilku wron (srok?) za ogon. Albo robimy spektakl o kochankach z rewolucją w tle, ale to kochankowie są najważniejsi. Albo robimy spektakl o Marysi i Ludwiku, który kończy się widowiskowym gilotynowaniem. Albo robimy spektakl o prawach człowieka. Jeśli robię spektakl o życiu Mozarta, to nie interesuję się kochankami Salieriego. W tym wypadku autorzy libretta rozwinęli 3 wątki i żadnego nie zrobili porządnie. A szkoda... Bo mogłoby być fajnie. A nie jest.

Poniżej zamieszczam tableaux warte uwagi, o których pisałam wcześniej.










Dla fanów Yamina Dib: