vendredi 30 mai 2014

Mój pierwszy raz.

Dzisiaj taki luźniejszy post w odpowiedzi na Tag Mój pierwszy raz. Mam nadzieję, że pomoże Wam to poznać mnie lepiej.
Miłej lektury.

1. Czy rozmawiasz jeszcze ze swoją pierwszą miłością?
Nie, aczkolwiek jesteśmy znajomymi na fejsbuku.

2. Jaki był twój pierwszy napój alkoholowy?
Wódka z sokiem pomarańczowym. Na jakiejś imprezie rodzinnej mąż mojej chrzestnej postanowił zrobić mi kawał i dolał wódki do mojej szklanki z sokiem. Smak wyczułam od razu i nie spodobało mi się to. Do tej pory wódka źle na mnie działa i unikam picia jej na imprezach.

3. Jaka była twoja pierwsza praca?
Opiekunka do dziecka. Kiedy wyjechałam po raz pierwszy do Wielkiej Brytanii, znajoma ojca poprosiła mnie o opiekę nad trójką jej dzieci. Dziewczynki miały 9 i 6 lat, a chłopiec miał 3 latka i jak się później okazało cierpiał na chorobę genetyczną, przez którą jego rozwój był opóźniony (w wieku 3 lat robił w pieluchę) i nigdy nie nauczy się mówić.

4. Jaka była pierwsza osoba, która do Ciebie dziś napisała?
Facet, który jest zakochany we mnie po uszy.

5. Jaka była pierwsza osoba, o której dziś pomyślałaś?
Mój były.

6. Gdzie po raz pierwszy leciałaś samolotem?
Do Wielkiej Brytanii w 2008 roku. Muszę nadmienić, że nienawidzę latać samolotami i na 3 dni przed wylotem wpadłam w histerię. Teraz jest lepiej (obywa się bez histerii), ale nadal nie jest to mój ulubiony środek transportu.

7. Gdzie po raz pierwszy zostałaś na noc?
 U mojej prababci na wsi.

8. Kto był pierwszą osobą, z którą dziś rozmiawiałaś?
Mój chłopak.

9. Co było pierwszą rzeczą jaką dzisiaj zrobiłaś?
Sprawdziłam maile i wiadomości w telefonie.

10. Jaki był pierwszy koncert, na którym byłaś?
Koncert Perfectu z moim ojcem. Miałam 4 lata.

11. Pierwsza złamana kość.
Kość ogonowa w wieku 18 lat. Poślizgnęłam się na schodach.

12. Pierwszy piercing.
Uszy i tylko uszy. Dorobiłam się łącznie 10 kolczyków zainspirowana nauczycielką angielskiego z gimnazjum, która miała ich 13.

13. Pierwsze państwo za granicą, do którego pojechałaś.
Wielka Brytania.

14. Pierwszy film, który pamiętasz.
Chyba Dirty Dancing... Jeśli nie liczyć kreskówek czy innych programów.
Jeśli chodzi o program telewizyjny to Polskie Zoo, które bardzo namiętnie oglądałam mając ze 2 lata.

15. Pierwsza uwaga w dzienniczku.
Agnieszka spóźnia się na lekcje. W I klasie podstawówki. Byłam odprowadzana do szkoły przez mamę koleżanki, która nie należała do punktualnych osób i przez nią właśnie obie dorobiłyśmy się uwag.

16. Pierwszy współlokator.
Moja siostra młodsza o 7 lat.

jeudi 29 mai 2014

William Wharton

William Wharton, a właściwie Albert William du Aime, to amerykański pisarz z Filadelfi, który w historię literatury wpisał się swoją powieścią Ptasiek (Birdy) i odniósł spory sukces w Polsce. Do tego stopnia, że część jego dzieł została wydana tylko w Polsce.

William Wharton, a właściwie Albert William du Aime, to mój ulubiony pisarz.
Moja przygoda z jego książkami zaczęła się 11 lat temu. Dokładnie 2 czerwca 2003 roku. Miałam wtedy 13 lat. Poszłam z mamą do księgarni kupić kilka pozycji, które chciałam przeczytać. Mama aż podskoczyła z radości widząc jeszcze cieplutką, nową powieść Whartona Rubio. Obok leżał Ptasiek. Wzięła obydwie. Ja wtedy przechodziłam przez etap Coelho.
Kiedy wyczerpało się moje zainteresowanie pseudofilozofem, zaczęłam przyglądać się książkom Whartona. Zaczęłam od Rubio. Jak już kiedyś pisałam, to moja ukochana książka. Potem był Ptasiek... A następnie mnóstwo innych pozycji tego pisarza, jakie tylko mogłam znaleźć w księgarni. Do Rubio wracałam bardzo często w ciągu tych 11 lat, ale nigdy nie starałam się szukać innych książek Whartona, których brakowało mi w mojej kolekcji. Kilkakrotnie polecałam Whartona moim znajomym, ale po tym jak dowiedziałam się, że książki Whartona nie są praktycznie dostępne we Francji, mój zapał ostygł. No bo z kim będę dyskutować?

Wszystko zmieniło się kilka dni temu kiedy wpadłam na pomysł zainwestowania w Kindle Paperwhite. Czekając na dostawę, sprawiłam sobie całkiem pokaźną kolekcję e-booków, a tym samym zrobiłam listę książek, które zawsze chciałam przeczytać, ale brakowało mi czasu. Na pierwszy rzut miała iść Lalka Prusa, ale pokusa powrotu do Whartona była silniejsza. Nie, nie przeczytałam po raz enty Rubio, ale powieść, która śniła mi się po nocach od bardzo dawna, a której nigdy nie mogłam znaleźć: Spóźnieni kochankowie. Tak, ci sami, o których kiedyś Ich Troje śpiewało kiczowatą piosenkę.
Mirabelle i Jacques przypomnieli mi, za co tak bardzo uwielbiałam kiedyś Whartona, a także uświadomili mi jak bardzo powieści Whartona ukształtowały moją własną filozofię życiową.
William Wharton posługuje się bardzo prostym stylem. Narrację prowadzi w pierwszej osobie, często w czasie teraźniejszym, co daje czytelnikowi poczucie uczestniczenia w akcji. Bez górnolotnych, filozoficznych fragmentów. Opisy nie są przydługie ani nudne. Wharton był również malarzem, więc opisy przypominają malowanie obrazu. W swoich powieściach pisze o samym sobie, własnych przeżyciach, swoich bliskich. Główny bohater każdej książki, mężczyzna, to zawsze alter-ego pisarza. Jego filozofią życiową, którą przekazuje w każdej swojej książce to świadome przeżywanie życia, korzystanie ze swoich możliwości i talentów.
Oczywiście mając 13 lat, nie zdawałam sobie z tego sprawy. Teraz, czytając Spóźnionych kochanków, przez 3/4 książki miałam łzy w oczach, ponieważ to był kolejny, po Cabaret, policzek. Cieszę się jednak, że za młodu te ważne rzeczy mi nie umknęły i zakorzeniły się wystarczająco mocno w mojej podświadomości, bym teraz mogła spełniać swoje marzenia i przeżywać głęboko, duchowo i świadomie moje życie. To bardzo wpłynęło na mój sposób odczuwnia różnych rzeczy oraz rozwinęło moją wrażliwość do granic możliwości.
Dorobek literacki Whartona polecam każdemu, ale wiem, że nie każdy zrozumie, co on chciał przez to powiedzieć...

Powieści Williama Whartona bardzo warte przeczytania:
- Ptasiek
- Rubio
- Dom na Sekwanie
- Spóźnieni kochankowie
- W księżycową jasną noc

dimanche 25 mai 2014

Jak dbam o twarz.

Nie jest tajemnicą, że cera mieszana i problematyczna nie lubi się za  bardzo z makijażem.
Nie jest tajemnicą, że scena lubi mocny makijaż.

Jestem szczęśliwą posiadaczką cery mieszanej i skłonnej do zapychania. Jestem również szczęśliwą aktorką, a rola Mademoiselle Pomponnette w Tailleur pour dames wymaga odpowiedniego makijażu.

Makijaż teatralny jest dosyć specyficzny. Musi być bardzo mocny i dostosowany do oświetlenia na scenie, które, w zależności od założonej żelatyny i typu lampy, może zmieniać, ocieplać lub ochładzać kolory. Zwykły makijaż nie jest widoczny w oświetleniu scenicznym. Innymi słowy: trzeba nałożyć tonę tapety żeby jakoś wyglądać.
Na codzień ograniczam mój makijaż do minimum. Nie mam wielkich cieni pod oczami, a dzięki kosmetykom, którymi pielegnuję twarz problem wyprysków zredukowałam do minimum (o tym poniżej), więc nie używam podkładu. Co za tym idzie, za każdym razem, gdy maluję się w teatrze, moja skóra dostaje w kość. Bo podkład, bo tona różu, pudru, szminki, która wysusza usta.

Dlatego odkąd pracuję w Théâtre du Nord-Ouest opracowałam sobie system pielęgnacji, dzięki której moja cera nie robi mi niespodzianek. Plan jest bardzo prosty i skuteczny w moim wypadku.

Codziennie rano myję twarz żelem Effaclar La Roche Posay, a następnie nakładam Effaclar Duo tej samej firmy. Po nocy moja twarz nie jest zbyt zanieczyszczona. Nie jestem też zwolenniczką filtrów. Na codzień ich nie używam, chyba że wiem, że spędzę większość czasu na zewnatrz w ostrym słońcu.
Wieczorem zmywam makijaż płynem micelarnym z Bourjois i oczyszczam nim delikatnie twarz. Następnie znowu sięgam po Effaclar. Czasami pod prysznicem używam gęstego kremu myjącego z grejfrutem z Neutrogeny (który śmierdzi jak domestos) i stosuję go jako maseczkę. Dwa razy w tygodniu robię też maseczkę aspirynową. Następnie nakładam Redermic C z La Roche Posay (odpowiednik Active C, czyli krem przeciwzmarszczkowy z witaminą C), pomadkę rumiankową Alterry na rzęsy oraz balsam Rêve de miel Nuxe na usta.

Muszę jednak przyznać, że nie świruję na punkcie mojej buzi i tragedia się nie dzieje jeśli ominę, któryś z tych kroków. Ba... Zdarza mi się nawet w ogóle nie myć mojej twarzy rano, czy nie nakładać na nią nic. To się nazywa podobno głodówka. Do pielęgnacji bardziej się przykładam kiedy wiem, że za kilka godzin będę miała tapetę na twarzy. Oraz po zmyciu tapety.

Tyle...

mercredi 21 mai 2014

Jak dbać o sierść kota?

Mówi się, że w małym mieszkaniu trudniej jest utrzymać czystość. I niestety to jest prawda... Mieszkając w kawalerce, z dwoma kotami, jest jeszcze trudniej. Bo kurz się zbiera, a koty lnieją. Jednak prawidłowa pielęgnacja kociej sierści może zmniejszyć lub całkowicie usunąć ten problem.

Flo jest krótkowłosym dachowcem, ale jego sierść jest bardzo gęsta i puszysta. Mimo to nie ma, na szczęście, problemów z lnieniem. Myślę, że zawdzięcza to głównie dobrej diecie. Od samego początku jest na suchej karmie Purina One (najpierw dla kociąt, teraz dla kastratów). Próbowałam innych karm, w tym organicznych, ale albo mu nie smakują, albo się nie sprawdzają. Rozważałam również zainwestowanie w Royal Canin, głównie w karmę na piękną sierść, która idealnie sprawdzała się w przypadku długowłosej kotki, którą miałam kilka lat temu. Wolę jednak zostać przy Purinie i poszukać dużego opakowania karmy na sierść, bo taka też istnieje. Jesli chodzi o puszki, to testowałam wszystko. Najlepiej sprawdza się Sheba. Prztestowałam wszystkie rodzaje ich puszek i moje koty najchętniej jedzą Sheba Fusion, Sheba Filets, Sheba Dania w sosie (Kurczak w ziołach prowansalskich rządzi). Dostaje również świeżą rybę i mięso od czasu do czasu. Ostatnio kupiłam też organiczne puszki na spróbowanie. Nazwy nie pamiętam niestety, ale to naprawdę były kawałki ryby czy kurczaka w sosie. Oczywiście poza pożywieniem, Flo jest regularnie czesany i lubi tę czynność. Na początku kupiłam rękawicę z gumową wkładką, która miała usuwać wypadające włosy, ale mój kot nie toleruje tego gadżetu. Lubi za to czesanie gęstą szczotką.

Etoile jest długowłosym kotem norweskim. I to głównie przez niego, w moim mieszkaniu przez pewien czas latała sierść. Poprzedni właściciel (jeśli takowego miał) w ogóle nie dbał o jego sierść przez co kot miał mnóstwo kołtunów, które były tak duże i zbite, że ciężko było rozpoznać gdzie zaczyna się skóra. Przez te kołtuny nie mogłam go porządnie wyczesać i pozbyć się martwej sierści. Najpierw musiałam obciąć mu to zbite futerko. Zajęło mi to trochę czasu, ponieważ Etoile nie polubił tego zabiegu i jedynym momentem kiedy mogłam go przyatakować z nożyczkami do paznokci była jego drzemka na moim łóżku. Dopóki nie rozprawiłam się z tym problemem, moje mieszkanie, ubrania, pościel, wszystko!, przypominało maskotkę. Wystarczyło, że Etoile otarł się o nogawkę spodni i już musiałam lecieć po rolkę odkłączającą. Kiedy udało mi się obciąć ostatni kołtun, wyczesałam Etoile gęstą szczotką dla kotów (uwielbia ten zabieg). Dzięki temu udało mi się go odchudzić o połowę. Koty długowłose potrzebują (stety/niestety) codziennego czesania. W związku z tym codziennie poświęcam 30 minut na czesanie go. Ostatnio odkryłam, że czesanie pod włos najlepiej eliminuje problem lnienia. Kotu to nie przeszkadza, a mnie ratuje.

Obydwa moje koty regularnie (raz na miesiąc) kąpię używając szamponu dla kotów. Podobno ma sprawiać, że sierść jest błyszcząca i puszysta.

Dzięki tym zabiegom nie latam codzinnie po mieszkaniu z odkurzaczem, a moje ubrania nie są opylone. No i w dalszym ciągu nie wiem do czego ma służyć filtr hepa w moim odkurzaczu. :)

lundi 19 mai 2014

Kastracja kota.

Mimo że dobrodziejstwa tego zabiegu są dobrze znane, nadal wywołuje on sporo kontrowersji i pytań: kastrować czy nie. Jako właścicielka dwóch kocurów kastratów, postanowiłam wypowiedzieć się trochę obszerniej na ten temat.

Kiedy zaadoptowałam mojego pierwszego kota, Flo, byłam przekonana o słuszności mojego poglądu na świat. Nie chciałam go kastrować za żadne skarby. To jest kocur i kocurem ma zostać. Amen. Po co zmieniać naturę? I trzymałam się mojego postanowienia mimo licznych głosów: będzie znaczył teren, miauczał, wszystko w domu będzie śmierdzieć. Pech chciał, że już 3 tygodnie później zmnieniłam zdanie, kiedy Flo postanowił pokazać mojem partnerowi kto jest samcem w tym domu. Później było już tylko gorzej. Bardzo głośne miauczenie w nocy, drapanie w drzwi, znaczenie terenu... Nie mogłam się doczekać aż zawiozę go do Polski i wykastruję. Wszystko dlatego, że mój 6-miesięczny wówczas futrzak czuł kotke sąsiadów przechadzającą się pod drzwiami. Mój chłopak był przeciwny tem zabiegowi do tego stopnia, że potem przez 2 dni się do mnie nie odzywał. Koszt astracji w Polsce: 110zł. Efekt: Flo szybko doszedł do siebie, nie tyje i wszystkie dolegliwości zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po kastracji Flo uspokoił się jeśli chodzi o dominacje i stał się bardziej pieszczotliwy.

Etoile również nie chciałam kastrować. Wmawiałam sobie, że jest spokojniejszy niż Flo, nie jest dominujący, więc obędzie się bez przygód. Oczywiście myliłam się. Po 2 tygodniach zaczęło się miauczenie i drapanie w drzwi i okna. Na szczęście obyło się bez znaczenia terenu. Oczywiście tutaj również miałam do czynienia z solidarnością plemników. I z ulgą po kastracji. Etoile czuje się świetnie, szybko doszedł do siebie po zabiegu, jest bardziej chętny do zabawy, weselszy. Nie tyje. Koszt kastracji we Francji: 73€ zabieg + 37€ wizyta = 110€.

Gdybym miała ogródek, do którego mogłabym wpuści koty, pewnie odpuściłabym sobie. Koty latałyby po ogrodzie i robilyby, co chciały. Jednak mieszkając w kawalerce (nawet jeśli kawalerka ma 35m2), niektóre rzeczy stają się nie do zniesienia, a wizja kotów w rui cały rok (ponieważ ten okres jest stymulowany przez światło słoneczne lub sztuczne) nie jest zbyt fajna.
Brak jąder raczej nie przeszkadza moim kocurom. Wręcz przeciwnie. Jedzą karmę Purina One dla kastratów i zwykłe puszki Sheba. Nie tyją, mają się dobrze. Ja też.

Oda do dorobkiewiczów.

Popełniłam błąd umieszczając link do tego bloga na stronie dla polskich imigrantów w Paryż na Facebooku. Ponieważ zapomniałam, że na takich stronach znaczna część użytkowników to dorobkiewicze, którzy chcieliby mieć wszystko za darmo (w tym kody na internet, bo ciężko wydać 20€). I kiedy trafiają na takiego bloga jak mój, to coś w nich się burzy, że nie wszyscy rodacy pracują na czarno i są tutaj tylko po to by dorobić.

A więc szanowni dorobkiewicze: jestem dumna z tego, że pracuję tutaj legalnie, mówię biegle po francusku, płacę podatki, nie musiałam dać w łapę żeby legalnie wynająć mieszkanie, mam Carte Vitale i za 3 lata będę się ubiegała o obywatelstwo. Jestem dumna z tego, że żyję tak jak chcę żyć, nie odmawiam sobie niczego, nie mam zobowiązań, rozwijam się, studiuję i moją przyszłość wiążę z Francją, a nie z Polską. Jestem dumna z tego, że moi francuscy znajomi traktują mnie jak rodaczkę. I w ten sam sposób piszę tego bloga.

Niestety, nieważne czy mieszka się w Anglii czy we Francji, zawsze trafi się na ten sam typ człowieka: dobrze jeśli jesteś na tym samie poziomie, co my, ale zabijemy cię jeśli masz większe ambicje niż bycie sprzątaczką i wybudowanie domu... w Polsce. Wiem, że historie są różne, ale każdy przyjechał tutaj z własnej woli, nikt go nie zmuszał. Dlatego też nikt mnie nie zmusi do zniżenia się do poziomu dorobkiewiczów.

Innymi słowy, drodzy dorobkiewicze, ten blog nie jest dla was.

P.S. Kiedy już będę miała zajebiste mieszkanie w 18 dzielnicy, zatrudnię sprzątaczkę. Praca deklarowana i tak dalej. Warunek: znajomość francuskiego.

dimanche 18 mai 2014

Quand les projecteurs s’éteignent...

Georges Feydeau bardzo ładnie prezentuje się na moim CV. Tak samo jak nazwisko reżysera. I teatr... 
Każdy nowy spektakl, z nową trupą, to tak jak zmiana pracy. Bo każdy reżyser ma swoją wizję, swoje metody, swoje przyzwyczajenia. Tym razem pracuję z małżeństwem, które z jednej strony traktuje mnie jak córkę, a z drugiej pracuje ze mną jakbym grała główną rolę. Razem wycisnęliśmy z Mademoiselle Pomponnette co się dało. I zabłysnęłam. 

Bycie najmłodszą osobą w trupie ma swoje zalety. Przejmowanie roli i uczenie się jej w tydzień też. Nikt nie wiedział, że to ja zastąpię Lulu. Siłą rzeczy miałam ogromne wsparcie ze strony moich nowych kolegów. Mimo to moja pewność siebie nie jest powalająca, więc komplementy odnośnie mnie zapakowanej w kostium, a nastepnie komplementy po zejściu ze sceny, bardzo mnie peszyły (i cieszyły). Dwa kieliszki wina i szampana rozluźniły atmosferę. 
Tym bardziej, że w tym samym czasie inna trupa świętowała swoją premierę. 

Mam nadzieję, że Mademoiselle Pomponnette jest jakimś nowym początkiem... albo zwrotem akcji. W każdym bądź razie, wiem, że jestem na dobrej drodze.

A suivre...


vendredi 9 mai 2014

Tailleur pour dames.

Mam przyjemność ogłosić, że będzie można mnie zobaczyć w roli Pomponnette w Tailleur pour dames już od 15 maja 2014 w Théâtre du Nord-Ouest w Paryżu.


Bilety można rezerwować przez BilletReduc, u mnie albo kupić bezpośrednio w teatrze.

Jest to już 6 sztuka (po Les Perses, Les fables de la Fontaine, Ailleurs, Le roman de renart i La farce du maitre Pathelin), przy której pracuję w tym teatrze i nie ukrywam, że jedna z ważniejszych i trudniejszych, przez co duma sięga zenitu. Rolę dostaję w spadku, więc wyzwanie jeszcze większe. 

Théâtre du Nord-Ouest
13 rue du faubourg de Montmartre
75009 Paris

dimanche 4 mai 2014

Czego NIE robić w Paryżu.

Jakiś czas temu natrafiłam na dwa zabawne mini-artykuły: 24 choses qu'il ne faut surtout pas faire a Paris oraz 19 expressions qui prennent un tout autre sens quand vous emménagez a Paris. Jako że mamy maj i turystów przybywa, postanowiłam skomentować niektóre punkty tych artykułów.

1. Stawanie po lewej stronie schodów ruchomych.

Nie cierpiałam tego już w Polsce, we Francji dalej tego nie lubię. Zasada jest prosta: chcesz stać na schodach - stoisz po prawej stronie. Po lewej jest miejsce dla śpieszących się.
A i jeśli jesteś z wózkiem dziecięcym to poszukaj windy, proszę.

2. Stawanie na ruchomym chodniku na Chatelet lub Montparasse.

Za każdym razem, gdy jestem na Châtelet i muszę się przesiąść z RERa do 7, a co za tym idzie przejść przez dwa ruchome chodniki, bierze mnie wścieklizna. Bo zawsze jakiś baran ustawi się po lewej stronie, albo na środku, albo w ogóle cała wycieczka jedzie. To jest naprawdę upierdliwe tym bardziej, że zazwyczaj się śpieszę.

3. Siadanie na strapontenach kiedy w metrze jest tłum.

Domena turystów i nieogarniętych ludzi, którzy myślą, że skoro ktoś zamontował rozkładane siedzonka to są one po to, by na nich usiąść. Ale są rozkładane nie bez powodu! Kiedy w metrze robi się tłoczno trzeba podnieść cztery litery i złożyć siedzonko. W dodatku przy każdym strapontenie wisi informacja na ten temat. Jeśli w kolei ktoś źle się czuje albo jest w ciąży, to może poprosić o ustąpienie miejsca na normalnych siedzeniach, nad którymi wisi informacja, że te miejsca są zarezerwowane dla ciężarnych, starców, kombatantów etc.

4. Nie przepuszczać wysiadających z metra/RERa.

Czyli albo stać jak święta krowa w drzwiach albo pchać się na siłę żeby tylko dorwać siedzące miejsce. Mam wrażenie, że pchanie się to domena czarnoskórych. Zawsze się przepychają i nie patrzą, czy właśnie kogoś zadeptali czy nie. Skalę problemu można obserwować na Chatelet i Gare du Nord, gdzie w godzinach szczytu przy każdym wejściu do wagonu RER stoi pracownik RATP, który dba o to by pasażerowie mogli wysiąść.

5. Chodzić powoli i zatrzymywać się na środku chodnika.

Kocham turystów. Za każdym razem, gdy ktoś zatrzymuje się niespodziewanie przede mną, mam ochotę zasadzić takiej osobie solidnego kopa. Jeśli masz ochotę się zatrzymać, to usuń się na bok.

6. Być nieuprzejmym w stosunku do kelnera.

Bo kelner się zemści. Nie jestem panem świata żeby traktować kogoś gorzej niż psa. Nie pracuję już jako kelnerka i bardzo się z tego cieszę, ale nadal pamiętam osoby, które zalazły mi za skórę.

7. Czekać na zielone światło.

We Francji przechodzi się przez ulicę jak się chce i gdzie się chce. Amen.

8. Spróbować wynająć dwupokojowe mieszkanie za 700€.

Mam ubaw kiedy czytam takie ogłoszenia. Nie jestem za zasadami panującymi tutaj jeśli chodzi o wynajem, bo uważam, że właściciele przesadzają (600€ za 10m2), ale bawi mnie niezmiernie naiwność ludzi.

9. Dawać pieniądze ludziom żebrzącym w metrze.

Czasami mam wrażenie, że to jakiś gang. To znaczy Cyganie grający na akordeonie, to tak... Norma... Ale chodzi mi o ludzi, którzy wchodzą do wagonu, wygłaszają wzruszającą historię (jestem głodny, straciłem pracę, mam dzieci na utrzymaniu i wiem, że wam przeszkadzam), a potem zbierają kasę. Dowcip polega na tym, że te historie są zawsze takie same! Słowo w słowo!

10. Narzekać na Paryż.

Nie podoba ci się, to wynocha!