samedi 30 août 2014

Coups de coeur.

Postanowiłam od czasu do czasu publikować listę rzeczy z różnych dziedzin życia, które podbiły moje serce i których używam najczęściej w danym okresie. To pierwszy post z tej serii, więc zobaczymy co z tego wyniknie.

Zacznę może od kosmetyków. 
Jeśli mam obsesję na punkcie czegoś to z pewnością są to szminki. Wszystko, czego mi potrzeba do wyjścia z domu to tusz do rzęs i szminka. Lubię ciemne kolory, czerwienie i róże. Czuję się w nich dobrze. Ideałem dla mnie są Rouge Edition Velvet od Bourjois. Matowe, w intensywnych kolorach, odporne na wszystko. Posiadam 4 kolory. 01 Personne ne rouge - klasyczna czerwień, którą lubię nosić na codzień. 02 Frambourjoise - czerwień z domieszką rózu. Bardziej codzienny kolor. 05 Ole Flamingo - ciepły, soczysty róż. Pierwszy kolor jaki kupiłam. Lubię nałożyć go cienką warstwą. 08 Grand Cru - mój ostatni nabytek. Chłodna, piękna, ciemna czerwień, w której od razu się zakochałam i która na pewno będzie towarzyszyć mi jesienią.


Kilka miesięcy temu odkryłam również, że róże do policzków nie straszą, a wręcz przeciwnie. I w ten sposób pokochałam róż Mac w odcieniu Frankly Scarlett, który daje trochę efekt Królewny Śnieżki na mojej buzi, ale doskonale komponuje się z czerwonymi szminkami. Lubię też go używać w teatrze, ponieważ światło najlepiej go wychwytuje. Drugim różem, który namiętnie używam jest róż Bourjois 48 Cendre de rose brune. Chłodny, ciemny róż idealnie współgra z moim naturalnym kolorem rumieńca.



Jeśli zaś chodzi o zapach to ostatnio maltretuję próbkę Coco Noir od Chanel i wiem już, że to będzie następny zapach jaki kupię. Jak tylko wykończę jedną z buteleczek Chanel Chance.
Chanel proponuje raczej ciężkie, treściwe zapachy. Nie każdy je lubi. Mi one pasują. Długo utrzymują się na mojej skórze i pięknie rozwijają. Zawsze dostaję komplementy na temat moich perfum, gdy mam je na sobie. Często słyszę też, że te zapachy mi pasują. Też tak uważam. 

Ostatnim ulubieńcem kosmetycznym... a właściwie kosmetyczno-spożywczym... jest olej kokosowy. Kupiłam go w organicznym sklepie niedaleko mojej pracy z myślą o moich włosach i innych zastosowaniach kosmetycznych, ale nie wykluczam, że zagości on też w mojej kuchni. Nie miałam jeszcze okazji zastosować go przy gotowaniu, ponieważ ostatnio nie gotuję: obiad jem w pracy, a kolacja czeka na mnie, gdy wracam do domu. Uwielbiam jego zapach i to jak pielęgnuje moją skórę i włosy. Na pewno zostanie u mnie na dłużej. 
Za słoiczek oleju 200ml w tymże sklepie zapłąciłam 4,70€. 

Innym ulubieńcem spożywczym jest zielona herbata. Od powrotu z Polski, piję ją codzinnie. Nawet kilka razy dziennie. Dzięki temu odstawiłam wszystkie napoje słodzone. Taki stan rzeczy mi odpowiada do tego stopnia, że postanowiłam kupić imbryczek do parzenia herbaty. Znalazłam go w jednym z organicznych sklepów w centrum Les Halles. Do tego dokupiłam zestaw czterech herbat. Nie szukam idealnego smaku. Lubię zmieniać aromaty, więc kolekcja moich herbat powiększa się co raz bardziej. Poza tym... chodzenie po domu z filiżanką i spodeczkiem jest dosyć zabawne. 

Imbryk - Nature & Découvertes (20€). Filiżanka - Home & You (23zł).
Ulubieńcem, który sprawdził mi się w podróży i sprawdza w życiu codziennym jest Kindle Paperwhite II, którego kupiłam w maju. na amazon.fr (kosztował około 100€). Jestem raczej zwolenniczką papierowych książek, ale Kindle, dzięki swojemu rozmiarowi, mogę zabrać wszędzie. Nie zajmuje wiele miejsca, jest poręczny, lekki... Podczas gdy książki papierowe... No właśnie... Przy okazji mogę czytać książki w językach obcych, którymi nie władam tak biegle jak francuskim. Kindle zawiera słowniki, które tłumaczą słowo albo jego znaczenie w ciągu 2 sekund. Mogę również zaznaczyć słówka, których nie znam, żeby później móć je wynotować, gdzie indziej.

A skoro już przy książkach jesteśmy... W tym roku jestem skazana na kurs hiszpańskiego na poziomie B2. Na chwilę obecną mój hiszpański  leży i kwiczy, więc postanowiłam zaopatrzyć się w jakieś przyjemne repetytorium, żeby nie zbłaźnić się przed wykładowcą. Idealne repetytorium dla mnie to takie mniej-więcej coś w stylu Grammaire progressive du français wydawnictwa CLE International. Czyli teoria wyłożona w miarę przejrzysty sposób i dużo ćwiczeń. W końcu zawzięłam się i spędziłam trochę czasu we Fnacu na Les Halles przeglądając absolutnie wszystkie pozycje tam dostępne. Zdecydowałam się na 3 książki (dwie do słownictwa i jedną do gramatyki), które spełniają moje oczekiwania, mimo że ideałami nie są. Zdecydowałam się na Maîtriser la grammaire espagnole Niveaux B1-B2 (11,90€), która jest skonstruowana w taki sam sposób jak Grammaire progressive du francais, ale zawiera mniej ćwiczeń. Vocabulaire espagnol par les exercices wydawnictwa Bordas Langues (10,50€). Dobra. To jest książka dla gimnazjalistów, ale są ćwiczenia! Dużo ćwiczeń! I ostatnia książka, mój ulubieniec: Ya lo se! Les mots pour le dire wydawnictwa Ellipses (14,20€). Książka zawiera 40 najważniejszych tematów jeśli chodzi o słownictwo i kulturę. I bynajmniej nie chodzi tu o zamawianie potraw w restauracji. Tematy poruszane w książce to: polityka, prawo, emigracja, życie w społeczeństwie itd. Czyli to co mój wykładowca lubi najbardziej! Minusem tej książki jest brak ćwiczeń. W tym roku jestem zmotywowana do tego, żeby mieć minimum 15 na koniec roku! Minimum! 

Ostatni ulubieńcy mieszczą się w sferze kulturowej, jeśli mogę to tak nazwać.
Sztuką, która ostatnio podbiła moje serce, jest Huis Clos (Jean-Paul Sarthe) w reżyseri Isabelle Erhart. Sztukę można zobaczyć w sali Economides w Teatrze du Nord-Ouest. Tutaj nie ma co opowiadać, bo to trzeba zobaczyć. Marta Corton Vinals jest po prostu obłędna w roli Estelle, a Eric Veiga zaskakuje grając Garcin. Małym bemolem jest tylko interpretacja roli Estelle w wykonaniu Alicii Roda, ale zawsze można liczyć, że trafi się na zastępstwo. Mimo to sztuka jest warta uwagi i każdego grosza.

Ulubioną piosenką ostatnich tygodni jest Oser les larmes z musicalu Mistinguett. Pomijając to, że nie mogę się doczekać premiery, ponieważ Mistinguett trafia dokładnie w interesującą mnie tematykę, to piosenka ma piękny tekst i równie piękną melodię. Jestem dosyć wybredna jeśli chodzi o muzykę i wielkie hity mnie nie obchodzą. Wolę szukać perełek, a taką perełką jest piosenka Oser les larmes w wykonaniu Carmen Maria Vega.




I tym akcentem kończę pierwszą odłonę moich Coups de coeur

vendredi 22 août 2014

Jak biegać i nie zgłupieć?

W kwestii biegania jestem kompletnym amatorem i żółtodziobem. Dopiero zaczęłam... Ale jest jedna rzecz, która bardzo działa mi na nerwy.
Moje buty.

Nie chciałam inwestować fortuny w jakieś najnowsze Asicsy czy inne drogie i zapewne warte swojej ceny obuwie. Bo nie wiem ile moja przygoda z bieganiem potrwa. Mam problemy z kolanami, za jakiś czas może się okazać, że nie będę mogła biegać. Nigdy nie byłam fanką biegania. Wolałabym ćwiczyć z Chodakowską, ale jej treningi za bardzo obciążały kolana. Dlatego połuchałam rady siostry i postanowiłam kupić jakieś buty Nike'a. Dlaczego zaufałam siostrze? A dlatego, że gra w siatkówkę odkąd pamiętam, też miała kontuzję kolana i wie po prostu w co inwestować.

Wybierając się do sklepu wiedziałam, że moje buty muszą dobrze amortyzować stawy (priorytet) oraz że potrzebuję butów dla stopy pronującej. Nie potrzebuję specjalnych ciuchów odprowadzających wilgoć, stoperów i innych gadżetów, ale buty mają być dobre.

 Dziewczyna, która się mną zajęła w sklepie Nike'a w Centrum Handlowym Targówek nie wyglądała na osobę, która zna się na rzeczy, muszę to powiedzieć, ale jakoś umiała mi doradzić. Stwierdziła, że model, który mi poleciła nadaje się do mojego typu stopy. Przymierzyłam, buty były wygodne, nic mnie nie uwierało, więc czemu ich nie wziąć?

No i teraz pojawił się zonk. Podczas biegu czy marszu w tych butach odczuwam ból w środstopiu. Przeczytałam już chyba wszystkie artykuły na ten temat. Starałam się przypomnieć sobie czy kiedykolwiek czułam już podobny ból. Owszem... Czuję go kiedy założę zbyt wysokie obcasy lub nowe adidasy. Dlatego też wolę trampki.

Drugi zonk pojawił się kiedy wyczytałam na polskiej stronie o obuwiu dla biegaczy, że Nike Zoom Vomero+ 8 są przeznaczone dla stóp neutralnych lub supinujących.

Trzeci zonk: francuska strona o obuwiu dla biegaczy twierdzi, że Nike Zoom Vomero+ 8 jest dla stóp uniwersalnych do pronujących.

Kto ma rację w tym wszystkim? Nie wiem. Pobiegam jeszcze trochę... Kiedyś, jak nosiłam adidasy, ból przechodził jak rozchodziłam buty. Może teraz też tak będzie...

Następnym razem wylegitymuję sprzedwcę. I kupię inne buty. A do tego czasu nie będę słuchać żadnych mądral.

mardi 19 août 2014

Czas na zmiany.

Z wiekiem coraz mniej lubię zmiany, a coraz bardziej niespodzianki. Kiedyś było odwrotnie. Jednak są zmiany, o których musiałam zadecydować sama. Długo się z tym nosiłam, ale ostatnie wyniki badań nie pozostawiły mi wyboru. 

Niestety mój tryb życia, przez pracę w restauracji, nie jest zbyt zdrowy. Nie jem śniadań. Właściwie to mój jadłospis ogranicza się do dwóch posiłków dziennie z ewentualnymi przekąskami. Często jest to tylko jeden posiłek okolo 16 i podjadanie. Tak właśnie kończy się praca do późna... Mogę też dorzucić do tego zaburzenia snu takie jak bezsenność. Zwleczenie się z łóżka przed 10 rano to w ogóle cud. Ciężko jest mi zasnąć przed 2 w nocy. No i oczywiście mam problemy z kolanami, które zawdzięczam sadystycznemu szefostwu. Noszenie 20 kilogramowych skrzynek po schodach nie jest najlepszym pomysłem. Tym bardziej jeśli do dyspozycji jest winda towarowa. 

W restauracji już nie pracuję. Jednak praca za biurkiem też ma swoje minusy. Jakkolwiek mniejsze, ale ma. 

Będąc w Polsce zrobiłam badania krwi. Najważniejszym badaniem było sprawdzenie mojej grupy krwi, ponieważ nigdy wcześniej o to nie zadbałam. Przy okazji postanowiłam zrobić pełen pakiet żeby dowiedzieć się co tam w środku piszczy. Tak jak przypuszczałam, wszystko jest w porządku. Choroba nerek nie zniknęła w cudowny sposób, moja grupa krwi nie zgadzała się z tym, co mi wcześniej wmawiano, jestem dawcą uniwersalnym, musiałam dokładnie zapoznać się z definicja słowa konflikt serologiczny, a poziom cukru znacznie przekracza normę. Na szczęście ewentualna cukrzyca okazała się fałszywym alarmem, a ja nauczyłam się, że antybiotyku nie popija się Coca Colą na pół godziny przed badaniem krwi. Chyba że chce się mieć gadane przez resztę urlopu. Powtórne badanie cukru tydzień później wykazało, że wszystko jest w normie. Ale dało mi to do myślenia. 

Do zmiany trybu życia motywowałam się od dawna, ale nastąpiła ona dopiero teraz. Po powrocie do Francji i po ustawieniu moich nowiutkich, pięknych filiżanek, zaparzyłam zieloną herbatę Sencha i ustaliłam plan działania. Nie chciałam robić wszystkiego od razu. Na wszystko przyjdzie pora. 



Rozkoszując się aromatem zielonej herbaty i szukając ładnego imbryczka żeby nie bawić się z silikonowym zaparzaczem, zauważyłam, że herbata likwiduje jakąkolwiek potrzebę picia słodkich napojów, czy w ogóle jedzenia słodyczy. Po tygodniu picia zielonej herbaty, kawa u sąsiadki wydała mi się za słodka. 
Następnym krokiem była konsultacja u lekarza i dokładne wysprzątanie mieszkania. Lekarz pozwolił mi biegać. Zatrzegł oczywiście żebym biegała w butach, które amortyzują stawy. Wiedziałam już o tym wcześniej i dlatego zainwestowałam w Nike Zoom Vomero+ 8. Buty czekały na użycie od trzech tygodni. Dzisiaj w nich pobiegłam.

I poczułam się tak lekka i pełna energii, że mogłabym biec jeszcze dłużej. Będę się jednak trzymać planu treningowego W 10 tygodni do 30 minut ciągłego biegu

Takie zmiany mi się podobają.


lundi 11 août 2014

Quand une histoire commence...

Zawsze chciałam, żeby spotkanie tego jedynego odbyło się w wyjątkowych okolicznościach, o których będę  mogła opowiedzieć dzieciom i wnukom. Nie przez internet, nie przez znajomych i nie na imprezie. Żeby to było takie trzęsienie ziemi w moim życiu, czyste szaleństwo. Żebym mogła wspominać młodość z wielką tęsknotą. 
Myślę o tym za każdym razem, gdy oglądam Un heureux événement. Właściwie to jedną scenę z tego filmu. I zadaję sobie to samo pytanie. Quand est-ce qu'une histoire commence? Au premier rendez-vous? Au premier baiser? Au premier "Je t'aime"?
Przed chwilą zdałam sobie sprawę, że mam tak fajne i niezwykłe życie, że każde spotkanie jest magiczne, a każda osoba, którą spotkam, i która zostanie w moim życiu na dłużej, wyjątkowa. Do każdej bliskiej mi osoby, mogę przypisać milion wyjątkowych i magicznych momentów. Każda historia jest inna i przez to wyjątkowa. Tak samo jak każda osoba jest niepowtarzalna. A ja mam piękne wspomnienia, których nigdy nie zapomnę.


vendredi 8 août 2014

En voie de disparition.

Inteligencja. Męska.
Co raz częściej mam wrażenie, że mówię po chińsku, bo większość facetów nie rozumie bardzo prostego polecenia: Arrête de m’écrire bordel!
Nie to żebym była niemiła. Po prostu niektórzy nie mają jakiegokolwiek wyczucia czy obycia. Jeśli nie odpowiadam na wiadomości, smsy, telefony... W ogóle nie ma ze mną kontaktu, to lepiej nie kontynuować, bo w końcu wybuchnę. A jeśli nawet mój wybuch nic nie da, to delikwent może spodziewać się telefonu od przyjaciela, który grzecznie poprosi go żeby się odczepił.
Czasami i to nie pomaga, bo widocznie facet nie posiada mózgu i nawet mocny prawy sierpowy nie nauczyłby go kiedy powinno się przestać szukać kontaktu.

Szczytem był jeden facet, który niby na początku zrozumiał, że nie mam ochoty kontynuować z nim znajomości. Nie przepadam za ludźmi, którzy zdradzają swoich partnerów na prawo i lewo. Po kilku miesiącach znowu spróbował szczęścia podrywając mnie w niezbyt wyszukany sposób. Miałam nadzieję, że fakt iż jestem w związku ostudzi jego zapały. Nic z tego! Kilka dni później, wracając z uczelni, dostałam smsa, który zwalił z nóg mnie i mojego partnera:
Bonjour. Je tiens juste a t'informer que si tu continues a nous harceler, nous irons porter plainte.

No helloł! Kto tu kogo nagabywał?! Nico stwierdził, że to na pewno nie on to napisał, a jego panna, która właśnie odkryła, że jej facet ją zdradza. Odpisał mu więc w swoim stylu. Od tamtego czasu była cisza... Do początku lipca kiedy facet znowu spróbował nawiązać ze mną kontakt.
Odpisałam, że teraz to ja złożę skargę na policji.

Pomijając fakt, że facet nie ma jaj żeby się przyznać: Tak, zdradzam cię, bo źle się pieprzysz. to jeszcze nie ma mózgu. Dobrze, że to tylko smsy... To znaczy dla niego dobrze.

Teraz historia się powtarza, ale z gościem, który cierpi na bezmózgowie i który nie rozumie co to znaczy: Arrête de m’écrire. O tych, co przeinaczają to, co się do nich mówi i rozumieją z wypowiedzi, tylko to, co chcą usłyszeć czy zrozumieć, to już nawet nie wspominam...

I bynajmniej wykształcenie nie ma tu nic do rzeczy. Inteligencja nie zależy od dyplomu i najwyraźniej jest na wymarciu.

mercredi 6 août 2014

Rzetelność

A gdybym powiedziała w pracy, że będę brała tylko tłumaczenia, bo zwykła praca, kodowanie ankiet, jest mniej płatna i w sumie wychodzi mi smic*, a za smic nie opłaca mi się pracować? No bo co... Za kodowanie ankiety płacą 10,71€ brutto. Netto to takie pi razy drzwi 10€, oczywiście jeśli dodam zwrot za jedzienie i bilet. No ale dojazd też zajmuje. Krzesło niewygodne, cały dzień przed komputerem, oczy bolą...
A kiedy robię tłumaczenie to płacą mi 18€ brutto za godzinę, co daje mi 16€ netto. Lepiej nie? 

Gdybym w ogóle odważyła się rzucić taki tekst w pracy, to raczej bym już tam nie pracowała. Poza tym cholera! Czy to naprawdę takie ważne? Spora część Francuzów haruje za 9,50€ brutto na godzinę i nie narzekają (może trochę). Nie każdy jest panem swojego życia, zarobki są różne... Ja też przechodziłam przez etap 9,50€ brutto. Tylko, że dla mnie najważniejsza w pracy jest rzetelność i atmosfera. Nie wytrzymam długo w miejscu, gdzie jestem traktowana jak pies nawet jeśli by mi proponowano 100€ za godzinę. I wykonam moją pracę najlepiej jak potrafię nawet jeśli jest to wolontariat. 

Znam jednak osoby, które, mimo braku kompetencji, chcą zedrzeć z ludzi ostatni grosz. Nie mają empatii, nie są rzetelni. No i nie opłaca im się pracować za 10€, bo to smic
Nie wiem czy się śmiać czy płakać. 

Może jednak się mylę i jestem zbyt wielką idealistką, ale jeśli moja sąsiadka chce uczyć się francuskiego, a wiem, że jej na to nie stać, to nie powiem jej Ok. Mogę Cię uczyć, ale godzina kosztuje 20€, bo za 10€ mi się nie opłaca. Zaproponowałam jej 20€ na tydzień, z nieograniczoną ilością godzin. Jej córka idzie teraz do gimnazjum, nie mówi po francusku, będzie potrzebowała pomocy...

Brak empatii i ślepa chęć zysku powoduje, że coś się we mnie burzy...

*smic - minimalna stawka we Francji (ok. 9,50€ brutto za godzinę). 

dimanche 3 août 2014

Poznajmy się lepiej.

Jak pewnie mogliście zauważyć, od pewnego czasu zmieniam bloga. Jakiś czas temu założyłam nowe zakładki, ale niestety nie miałam czasu ich uzupełnić.
Właśnie to zmieniłam.

Nad notką znajdziecie 3 zakładki:

Moi, gdzie znajdziecie kilka informacji na mój temat.
Teatr, gdzie zamieściłam daty i sposoby rezerwacji biletów na spektakle, w których gram. W tym najważniejszy: Nuit Bouffe.
Kontakt, ponieważ lubię dostawać od Was wiadomości. Dlatego poznajmy się lepiej!

vendredi 1 août 2014

24 lata później...

Spotkałam przyjaciółkę z dzieciństwa. Z Mar znamy się od pieluch. Czyli od zawsze. Spędziłyśmy ze sobą kilka pięknych lat beztroskiego dzieciństwa. Takiego na dworze, z pościeranymi kolanami, darciem dzioba pod balkonem i bieganiem w deszczu. Dzieciństwa kiedy nie było chorób, kiedy jadłam brudnymi rękami, przebiłam sobie stopę gwoździem i nikt się tym nie przejmował.

A teraz obie mamy 24 lata. I znowu uderzyło mnie, że się starzeję.

Pytania: Jak tam w szkole? Do jakiego gimnazjum/liceum idziesz? Idziemy na podwórko wieczorem? ustąpiły miejsca pytaniom: Jak syn? Jak Twój chłopak? Dlaczego się rozwiodłaś? Gdzie pracujesz? Ile zarabiasz? Kiedy ślub? Idziemy na kawę?

W pierwszym momencie wydały mi się po prostu irracjonalne. Ale kiedy głębiej się nad tym zastanowiłam to wśród moich znajomych z gimnazjum i liceum, jestem w mniejszości, ponieważ nie mam dziecka, ani nie wyszłam jeszcze za mąż. Tyle tylko, że chodzę na kawę czy piwo jak każdy dorosły, a nie po lody do sklepu.
Kiedy ja myślę o mojej karierze i o tym jak bardzo lubię być studentką, moi starzy znajomi kupują pieluchy, sukienki ślubne, rozwodzą się i zasypują facebooka zdjęciami swoich pociech. A ja, mimo że instynkt macierzyński jakoś się odzywa, nie mam zamiaru zmieniać mojego stanu cywilnego (przynajmniej na razie), ani postarać się o jakąś latorośl. Dzieci pewnie będę miała dopiero po trzydziestce... Najpierw kariera.

Mar stwierdziła, że spieprzyła sobie życie.
Zależy jak na to patrzeć. Każde życie jest dobre. To, że urodziła syna w wieku 20 lat, a następnie rozwiodła się, nie znaczy, że jej życie jest gorsze od mojego. Startowałyśmy z tej samej pozycji. Po prostu wybrałyśmy inne drogi.

I chyba obydwie zdałyśmy sobie sprawę, że życie mija i nie jesteśmy już dziećmi....

Mnie ciągle to zaskakuje.