vendredi 1 août 2014

24 lata później...

Spotkałam przyjaciółkę z dzieciństwa. Z Mar znamy się od pieluch. Czyli od zawsze. Spędziłyśmy ze sobą kilka pięknych lat beztroskiego dzieciństwa. Takiego na dworze, z pościeranymi kolanami, darciem dzioba pod balkonem i bieganiem w deszczu. Dzieciństwa kiedy nie było chorób, kiedy jadłam brudnymi rękami, przebiłam sobie stopę gwoździem i nikt się tym nie przejmował.

A teraz obie mamy 24 lata. I znowu uderzyło mnie, że się starzeję.

Pytania: Jak tam w szkole? Do jakiego gimnazjum/liceum idziesz? Idziemy na podwórko wieczorem? ustąpiły miejsca pytaniom: Jak syn? Jak Twój chłopak? Dlaczego się rozwiodłaś? Gdzie pracujesz? Ile zarabiasz? Kiedy ślub? Idziemy na kawę?

W pierwszym momencie wydały mi się po prostu irracjonalne. Ale kiedy głębiej się nad tym zastanowiłam to wśród moich znajomych z gimnazjum i liceum, jestem w mniejszości, ponieważ nie mam dziecka, ani nie wyszłam jeszcze za mąż. Tyle tylko, że chodzę na kawę czy piwo jak każdy dorosły, a nie po lody do sklepu.
Kiedy ja myślę o mojej karierze i o tym jak bardzo lubię być studentką, moi starzy znajomi kupują pieluchy, sukienki ślubne, rozwodzą się i zasypują facebooka zdjęciami swoich pociech. A ja, mimo że instynkt macierzyński jakoś się odzywa, nie mam zamiaru zmieniać mojego stanu cywilnego (przynajmniej na razie), ani postarać się o jakąś latorośl. Dzieci pewnie będę miała dopiero po trzydziestce... Najpierw kariera.

Mar stwierdziła, że spieprzyła sobie życie.
Zależy jak na to patrzeć. Każde życie jest dobre. To, że urodziła syna w wieku 20 lat, a następnie rozwiodła się, nie znaczy, że jej życie jest gorsze od mojego. Startowałyśmy z tej samej pozycji. Po prostu wybrałyśmy inne drogi.

I chyba obydwie zdałyśmy sobie sprawę, że życie mija i nie jesteśmy już dziećmi....

Mnie ciągle to zaskakuje.