mardi 30 septembre 2014

20 godzin przed.

Czas leci jak szalony. Za 24 godziny będziemy opijać mój wielki-mały sukces. Ciężko jest mi ukryć wzruszenie i zniecierpliwienie. Wiem, że to jeszcze nie jest premiera, po której nastąpi cała seria przedstawień, jednak dla mnie to jest po prostu krok milowy. Do przodu. A potem będzie już z górki.

Udało mi się zebrać wspaniałą trupę, więc jutro wieczorem na scenie będą same perełki. Wiem, że dadzą z siebie wszystko i nie zawiodą mnie ani publiczności.

Podczas prób miałam również okazję sprawdzić się jako reżyser. Zadanie trudne, ale udało mi się okiełznać moje gaduły i spóźnialskich.

Pamiętam jak dokładnie 3 lata temu postanowiłam spełnić to marzenie. Siedziałam na widowni teatru Marigny, serce biło mi jak szalone kiedy oglądałam Cabaret i myślałam o tym jak bardzo zaniedbałam moje marzenia. Ten musical wymierzył mi taki policzek i tak zachęcił do działania, że dopiełam swego. Może jeszcze nie do końca, ale jestem już bliżej niż dalej. Wiem, co chcę robić, co chcę pokazać i w jak publiczność chciałabym celować. Wiem też jak do tego dojść.

Mam nadzieję, że jutro wieczorem historia, którą opowiemy na scenie, wzruszy chociaż jedną osobę. Chciałabym wywoływać w ludziach emocje, których nie będą się wstydzić. Chciałabym ich wzruszać moimi historiami. Chciałabym żeby uczestniczyli w tych, magicznych dla mnie, chwilach, kiedy zostawiamy nasze jestestwo w garderobie i stajemy się kimś innym.


jeudi 25 septembre 2014

Absurdy Francji 1

Jedna z moich sąsiadek postanowiła ściągnąć do Francji swoją nastoletnią córkę. Żeby miała lepszy start w życiu. Dowiadywałyśmy się obydwie jak to tu jest, co zrobić, żeby dziecko zostało przyjęte do szkoły. Z informacji, które dostałyśmy w jednym z Centre d'Information et d'Orientation wynikało, że procedura jest prosta: dziecko zdaje test, składa papiery i jest przyjmowane do szkoły.

Córka sąsiadki zdała test na początku lipca i w owym CIO powiedzieli, że trzeba czekać na list i około 20 września na pewno pójdzie do szkoły.

20 września minął, listu nie ma. Pojechałam z sąsiadką do odpowiednika kuratorium.

Dowiedziałyśmy się, że w departamencie 93 jest za dużo dzieci, które nie mówią po francusku, więc córka sąsiadki pójdzie do szkoły, ale dopiero w marcu lub kwietniu (!). A w sumie to niewiadomo czy pójdzie, bo w styczniu kończy 16 lat, a obowiązek szkolny kończy się właśnie w tym wieku. I w ogóle to trzeba było zdawać test w lutym tego roku, a nie w lipcu!

Z kolei jako, że córka sąsiadki ma jeszcze 15 lat i nie chodzi do szkoły, to sąsiadka może stracić prawa rodzicielskie, za zaniedbanie obowiązku szkolnego.

Absurd goni absurd. Wszyscy łapią się za głowę, z Ambasadą Polski, włącznie.

dimanche 21 septembre 2014

Co warto zobaczyć w teatrze?

Sezon teatralny dopiero się zaczyna, a ja już mam długą listę przedstawień, które chcę zobaczyć. Podzielę się z Wami moją subiektywną listą spektakli, które chce zobaczyć i które już widziałam, ale na pewno zobaczę je jeszcze raz.

1. Mistinguett, reine des années folles, Casino de Paris.
Zdecydowanie najbardziej wyczekiwany musical tego sezonu. Odkąd gruchnęła wiadomość o premierze, a ulice zalały plakaty promujące, czekałam na wrzesień z wypiekami na twarzy. To zdecydowanie mój klimat, więc czekam tylko na wypłatę, kupuję bilet i lecę. Musical opowiada o moim ulubionym okresie w historii czegokolwiek: początek XX wieku. Jest kabaret, music hall, Paryż. Połączenie idealne, nie? Jest też Fabian Richard i Carmen Maria Vega. Też fajnie.

2. Le bal des Vampires, Théâtre Mogador.
A to chyba najbardziej wyczekiwany musical w Polsce. Chętnie zobaczę francuską wersję Tańca Wampirów, ale mimo wszystko nie jest to spektakl, który wyczekuję z niecierpliwością. Może gdybym nie widziała go w polskiej wersji to miałabym większe parcie by tam iść. 

3. Tout public ou pas de Florent Peyre, L’Européen.
O tym spektaklu pisałam już w lipcu tutaj. Nadal uważam, że Florent Peyre ma nierówno pod sufitem, a ja lubię wariatów, więc wrócę jak tylko będę mogła.

4. Huis Clos, Théâtre du Nord-Ouest.
Staram się nie polecać ani nie recenzować sztuk granych w TNO. Ponieważ nigdy nie mogłabym być obiektywna w mojej ocenie. Za dobrze znam aktorów, którzy z nich grają. Spotykamy się również we wspólnych projektach. Huis Clos jest wyjątkiem. Dawno żaden spektakl nie poruszył mnie tak bardzo jak właśnie ten. W wakacje czytałam tę sztukę na zmianę z Andromaque Racine'a w warszawskich autobusach. Polubiłam postać Estelle, znienawidziłam Ines, a Garcin mnie odrzucał. Jednak kiedy zobaczyłam spektakl na żywo, moja percepcja postaci zmieniła się totalnie. Pokochałam Ines, znienawidziłam Estelle i żal mi było Garcin. Treść sztuki dała mi mocno w twarz i mogę powiedzieć, że ją zrozumiałam dopiero po obejrzeniu. Jeśli miałabym polecić jeden spektakl z reprtaru TNO, to poleciłabym Huis Clos z następującą obsadą: Marta Corton Vinals w roli Ines, Alicia Roda w roli Estelle i Eric Veiga jako Garcin.

5. Feu la mère de madame, Théâtre du Nord-Ouest.
Jak wyżej. Nie powinnam polecać. Ale polecam, bo dawno się tak nie śmiałam, bo kolega zaskoczył mnie swoim damskim wcieleniem, 

6. Un fil a la patte, Comédie Française. 
Co prawda na ten spektakl trzeba będzie czekać, ale poprzednie wersje tego wodewila bardzo przypadły mi do gustu. Pewnie w tym sezonie zaopatrzę się w kartę Comédie Française i będę korzystać z poniedziałków dla młodych. 

7. Cabaret Fratellini, Academie Fratellini.
W ubiegłym sezonie jakoś nigdy mi nie było po drodze do cyrku. Bardzo tego żałowałam, ponieważ ominęło mnie kilka świetnych spektakli. Teraz chcę to zmienić, więc Cabaret Fratellini będzie jednym ze spektakli, który zobaczę. Na razie wybiorę się na prezentację sezonu, która odbędzie się 14 października.

To tyle na razie. Wybrałam z mojej listy najciekawsze propozycje. Sama będę śledzić ofertę przygotowaną przez kasę biletową na uczelni i dobierać sobie spektakle. 

samedi 20 septembre 2014

Miesięczny bilans.

O matko! Wytrzymałam!

Biegam już miesiąc albo AŻ miesiąc. To dużo jak na mnie, ponieważ nienawidziłam biegać, a teraz nie mogę się doczekać kolejnego treningu. Co prawda przeklinam moje chęci mniej-więcej w połowie każdego treningu, ale duma, którą czuję po każdej godzinie biegu sprawia, że zapominam o bólu i wszystkich niedogodnościach. Ta radość z każdego treningu przyszła dopiero po wymianie butów do biegania. Nowe buty sprawdzają się po prostu świetnie.

Mój tryb życia pod względem pory snu czy liczby posiłków na razie się nie zmienił. Szanse na to, że przemienię się z typowej sowy w słowika są zerowe. Zmieniła się za to jakość posiłków. Nie jest to jeszcze ideał, ale udało mi się wyeliminować słodkie napoje. 

Jako, że jestem sową i sową zostanę, biegam wieczorami, najlepiej po 19. Próbowałam biegać rano, przed pracą, ale o 7 bliżej mi było do czołgania się niż do biegania. O przypływie energii i rozbudzeniu nie było mowy. Poranny bieg działał w odwrotną stronę. Nie zmienia to jednak faktu, że mój plan zwiedzania paryskich ogrodów wziął w łeb. Najzwyczajniej w świecie nie chce mi się zasuwać do Paryża żeby pobiegać. Może za jakiś czas... Dlatego szukam fajnych miejsc w Pierrefitte. Nie ma ich dużo i żeby czuć się bezpiecznie, lepiej wybrać jakieś boisko niż park. Tylko, że najbliższe boisko też jest daleko... Przez jakiś czas biegałam w Foret Régionale de la Butte Pinson. Po jakimś czasie zrezygnowałam, ponieważ nie czułam się tam bezpiecznie (po ostatnim napadzie jestem przewrażliwiona). Park niedaleko mojego domu nadaje się do biegania, ale tylko rano. Wieczorami lepiej tam nie chodzić. Któregoś razu odkryliśmy z Nico boisko w lesie na Butte Pinson. Niestety leśne ścieżki nie nadawały się do biegania, ponieważ każda z nich prowadziła do obozowiska Romów. W końcu odkryłam mały park za Centre des Loisirs (chyba tak to się nazywa). Park jest naprawdę mały i za dużo chodników tam nie ma, ale przynajmniej mam święty spokój kiedy tam biegam. No i niedaleko do domu.

Powoli zaczynam zauważać pozytywne zmiany zarówno w moim wyglądzie, jak i samopoczuciu. Bardzo poprawiła mi się wydolność. Zastanawiam się czy tego właśnie nie brakowało mojemu organizmowi? Innymi słowy: jedz, co chcesz, ale się ruszaj.

W tym miesiącu, do mojego radosnego truchtania, chcę dołączyć ćwiczenia w domu. Kupiłam już matę i hantelki. Wydaje mi się, że znalazłam też idealną, internetową trenerkę: Cassey Ho.

Nie wiem jak to będzie kiedy zaczną się zajęcia i sezon teatralny rozkręci się na dobre. Mam nadzieję, że uda mi się wygospodarować czas na ćwiczenia i bieganie.

mercredi 10 septembre 2014

Dlaczego unikam Polaków?

Oczywiście nie wszystkich, bo mam świetnych sąsiadów, wspaniałych znajomych, a wczoraj w teatrze czekała na mnie bardzo miła niespodzianka.
Różnica polega na tym, że moi znajomi czy sąsiedzi nie mają typowo polskiej mentalności Polaka za granicą.

Ale czym jest ta typowo polska mentalność?

Wyobraźmy sobie Kowalskiego na dorobku we Francji.
Pan Kowalski pracuje na budowie, zazwyczaj na czarno. Statystyki w tym wypadku są bezlitosne. Pan Kowalski jest takim patriotą, że zna tylko swój ojczysty język i nie ma zamiaru splugawić go znajomością jakiegoś tam francuskiego.

To teraz wyobraźmy sobie Kowalską, żonę pana Kowalskiego na dorobku we Francji.
Pani Kowalska pracuje jako sprzątaczka lub opiekunka do dziecka. Oczywiście na czarno. Czasami jest deklarowana na kilka godzin u kilku patronek żeby mieć numer secu, konto czy zasiłek na dziecko. Pani Kowalska nie chce szukać normalnej pracy, bo jej się to nie opłaca. Poza tym i tak niedługo zjedzie do Polski. No i, tak jak Pan Kowalski, pielęgnuje swój wewnętrzny patriotyzm i język ojczysty z wątpliwą ortografią.

Państwo Kowalscy są tu od 10 lat. Mają samochód na polskich blachach (francuskie ubezpieczenie za drogie, a poza tym banki czasami odmawiają współpracy z osobami niemówiącymi po francusku), mają mieszkanie bez papierów lub z papierami, ale za łapówkę (bo w tej agencji pracuje Polka...). Sprowadzają mięso z Polski. Oglądają polską telewizję, przepłacają w polskim sklepie, chodzą do polskiego lekarza, dentysty, fryzjera i kosmetyczki. Co niedzielę stawiają się w polskim kościele. Bilety do Disneylandu kupują w polskim kiosku, Dzieci chodzą do polskiej szkoły, a sprawy urzędowe załatwia polska agencja.
Odłożone pieniądze przeznaczają na wykończenie domu w Polsce.
Czasami przychodzi nagła potrzeba i Państwo Kowalscy szukają kogoś kto by im użyczył adresu (jeśli sami mają mieszkanie na czarno), żeby pobrać zasiłki czy móc założyć konto, ubezpieczenie, cokolwiek. Czasami szukają tłumacza, bo sami się nie dogadają. Czasami szukają też korepetycji z francuskiego, ale szybko rezygnują z nauki, bo to czas pochłania i pieniądze (10€ za godzinę to majątek).

Państwo Kowalscy stanowią większość polskich emigrantów we Francji.

Kiedy jednak jakaś Pani Kowalska czy Pan Kowalski postanowią wyłamać się ze schematu i stwierdzają Cholera! Nie chcemy tak żyć! Trzeba się nauczyć francuskigo żeby mieć lepszą pracę i tu zostać. to inni Kowalscy zaczynają ich wyśmiewać. Bo ktoś ma większe ambicje niż tkwienie we francuskiej polonii.
Kiedy ktoś, spoza obozu Kowalskich, powie im wprost, że to lekki wstyd tak się zamykać w tym, co polskie, to Kowalskich coś bierze. Nie daj Boże, żeby to była osoba lepiej usytuowana i mówiąca po francusku! Nie wiem czy to zazdrość, czy chęć ściągnięcia tej osoby do poziomu, czy co jeszcze innego... W każdym bądź razie Kowalscy wybuchają gniewem i obrzucają błotem tę osobem. Bo to nie patriota skoro mówi po francusku i śmie wytykać Polakom wady! To sfrancużony Polak, a oni takich nienawidzą! Bo ten Polak woli to, co francuskie, a nie to co polskie! Opętaniec! Wodę święconą przynieście!!! Zaraz nauczymy go patriotyzmu!

W skrócie: Polak mówiący po francusku, mający lepszą pracę, skończone studia (ewentualnie studia w trakcie) i żyjący kulturą francuską to ZŁO! I trzeba go stłamsić, wyzwać, skopać, zmieszać z błotem, bo śmie obrażać dobre imię polskich patriotów za granicą, a sam patriotą nie jest. I oczywiście taka osoba jest zazdrosna o to, że inni tak bardzo tkwią w swojej polskości. I ją to boli! I brak jej kultury! I tu możecie dodać wszystkie inne obelgi jakie tylko dusza zapragnie.

I właśnie dlatego unikam Polaków we Francji.

W Wielkiej Brytanii sytuacja wygląda podobnie.

Ten artykuł oparłam na własnych doświadczeniach z korepetycji, wyświadczania przysług Polakom oraz dyskusji z Kowalskimi. Właściwie to słowo dyskusja nie jest na miejscu, bo do dyskusji temu daleko.
Oczywiście w mniemaniu Kowalskich, jestem tym niepatriotycznym szatanem, co za bardzo sprzymierzył się z Francuzami i śmiał wytknąć wady Polaków. Jestem zazdrosna i boli mnie, że innym tak świetnie się powodzi. Tak w ogóle to jestem gruba, brzydka, bez kultury, mało inteligentna i w ogóle to powinnam się wstydzić, rodzice powinni się mnie wyrzec, bo ich nie szanuję, jestem aktorką ze spalonego teatru i dziadem. O. Tak, to są cytaty ze wczorajszej dyskusji. A wszystko to okraszone wątpliwą polszczyzną.

Ojciec mnie ostrzegał przed Polaczkami, ale nie posłuchałam. No to mam.

dimanche 7 septembre 2014

Jak biegać i nie zgłupieć? Part 2.

No i stało się. Z mojego konta zniknęło 114€. W domu za to pojawiły się nowe buty do biegania. Asics Gel Nimbus 16.

Kilka dni po tym jak napisałam ostatni post o bieganiu, poszłam do Go Sport. Akurat był po drodze. Planowałam zakup wkładek do butów żeby zobaczyć czy to coś zmieni. Sprzedawca, którego poprosiłam o radę od razu zastrzegł, że wkładki nie są rozwiązaniem. Poprawią komfort biegania, ale nie zmienią buta. Chyba że wkłądki ortopedyczne. A i Nike jest przeznaczony dla stóp neutralnych i w ogóle to gdzie ja kupiłam buty, że sprzedawca był taki nie do informowany. Najlepiej kupić nowe buty! Nie uśmiechało mi się inwestowanie w nowe buty. Nie po to wydałam 319 złotych (dzięki Bogu na wyprzedażach!) żeby buty leżały się i kurzyły. Nienawidzę tracić pieniędzy.

Kupiłam żelowe wkładki. Wydałam 30€ z nadzieją, że coś się zmieni.

Nic z tego!!!

Bieganie z wkładkami z Go Sport nie różni się od biegania z wkładkami Nike. Dlatego wkłądki skończą w moich Conversach. Podczas ostatniego biegu w piątek, miałam ochotę zdjąć buty i wracać do domu boso. Ból był nie do zniesienia. A jak mnie coś boli to mam zły humor, a jak mam zły humor to jestem złośliwa i niemiła. W przypływie gniewu zadzwoniłam do sklepu Nike w Atrium Targówek i poprosiłam managera do telefonu. Najzwyczajniej w świecie złożyłam skargę na dziewczynę, która sprzedała mi te buty. Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu, ale nie żałuję. Managerka sklepu też nie była rozgarnięta, bo jedyne co potrafiła wydukać przez telefon to to, że jej pracownicy przechodzą szkolenia. Ale szkolenie nie świadczy o wiedzy, niestety. Dziewczyna próbowała jeszcze ratować się jakoś w tej niezręcznej sytuacji pytając czy na pewno kupiłam buty w ich sklepie. Nie jestem osobą, która lubi szkodzić innym, szczególnie jeśli w grę wchodzi utrata stanowiska, więc nie mam ochoty robić sobie idiotycznych żartów. A jeśli skargę złożyłam to znaczy, że jestem wkurzona.
Finał? Przeprosiny i brak możliwości zwrotu butów, bo używane, ewentualnie reklamacja. Moja niechęć do biegania. Niesmak pozostał.

Nico, widząc moje rozczarowanie, zaproponował wycieczkę do Decathlonu. Tak żeby się rozejrzeć. Poza tym chciał odebrać mysz do komputera w Groslay, a to po drodze... Blablabla... Chodź ze mną!
No to poszłam. Bardzo sceptycznie podchodziłam do zakupu nowych butów. Bo jak znowu okażą się złe? Jak znowu stracę pieniądze? Po długich debatach ze sprzedawcą i analizowaniu każdego modelu wybrałam Asics Gel Nimbus 16. Kiedy je przymierzyłam, od razu zauważyłam różnicę jeśli chodzi o ułożenie stopy. Jutro je wypróbuję.

Wnioski z tego są następujące:
Sklep Nike w Atrium Targówek ma niezbyt wykwalifikowanych sprzedawców. I na pewno więcej tam nie wrócę. Tutaj nasuwa mi się taka mała refleksja: mam wrażenie, że w Polsce sprzedawcy są ogółem gorzej wykwalifiowani. To raczej praca dla studentów, czy osób bez wykształcenia. A szkoda, bo sprzedawca ma służyć fachową szczególnie w branży obuwniczej i kosmetycznej. We Francji, kandydat na stanowsko konsultanta w Sephorze musi mieć wykształcenie w kierunku kosmetycznym, tak samo w GoSport musi znać się na sporcie.
Nike Zoom Vomero +8 idą do odsprzedania.
Do tej pory ta impreza kosztowała mnie 224€ (jeśli mówimy o butach... Dresu i akcesoriów nie liczę). Mogłam nie słuchać siostry i od razu kupić Asicsy...

lundi 1 septembre 2014

2 lata później...

Dzisiaj mijają 2 lata odkąd przeniosłam się do Paryża. Przez te dwa lata wydarzyło się mnóstwo rzeczy, ale najważniejsze jest to, że mam szansę robić to, o czym marzyłam.

Tę rocznicę uczciłam w wyjątkowy sposób: pozując do zdjęć na afisz do mojej własnej sztuki. Lektura zbliża się wielkimi krokami i zanim się obejrzę, będziemy mieć już 29 września.

Data lektury zbiegła się też z inną specyficzną rocznicą. 29 września 2011 roku zobaczyłam Cabaret i zdecydowałam, że spełnię marzenia.

Ale dosyć gadania! Zdjęcie jest autorstwa niezastąpionej Iny Malec, której fotografie możecie obejrzeć na Facebooku lub na Jej stronie.