samedi 29 novembre 2014

Flashdance The Musical

Zarzekałam się, że pójdę zobaczyć. No to poszłam. I dobrze, że poszłam, bo pierwszy raz od bardzo długiego czasu udało mi się obejrzeć spektakl z tak zwaną naiwnością laika. To znaczy, że błędy nie rzucały mi się w oczy i udało mi się wyłączyć tryb doglębna analiza treści i maszynerii. Ale więcej o naiwności laika napiszę kiedy indziej.

Film Flashdance zna chyba każdy. Może oprócz mnie, bo na dobrą sprawę nigdy nie miałam okazji go obejrzeć, ale doskonale znam scenę przesłuchania do szkoły baletowej oraz słynny obraz tancerki oblewającej się wodą na scenie. Historia prosta jak konstrukcja cepa, american dream i te sprawy. Nie lubię prostych historii. Ale w tej było coś, co mnie bardzo dotknęło (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) gdzieś tam w środku. Oczywiście chodzi o spełnianie marzeń, bo przecież specjalizuję się w temacie, nie? Jestem bardzo wrażliwa na tę tematykę i, nie ukrywajmy, każdy obejrzany film, musical czy sztuka w teatrze, która o tym mówi, daje mi porządnego kopa i motywację do działania. Nie inaczej jest w tym wypadku i dlatego polubiłam się z Flashdance.

Jeśli zaś chodzi o samą adaptację... Uważam ją za bardzo udaną. Obsada musicalu jest świetnie dobrana. Postawiono na doświadczonych aktorów i tancerzy. Widać to, słychać i czuć, dzięki czemu musical jest bardzo przyjemny dla oka (choreografie) i dla ucha (śpiew). Mam wrażenie, że ostatnio brakuje właśnie tego na paryskich scenach. W dodatku ekipa ma niesamowitą energię, którą zaraża publiczność. Widać, że kochają to, co robią. Grają z pasją. Mogłabym się rozpływać nad nimi.
Jedynym małym bemolem jest scenografia, ale to chyba moja osobista fanaberia. Nigdy nie byłam fanką ekranów, rzutników i animacji. Czasami obraz wyświetlany na ekranach jest po prostu zbyt przerysowany lub nieodpowiedni do sytuacji. Nie obyło się też bez wpadki: akcja rozgrywa się w Pittsburgu, ale jedna z bohaterek ma mieszkanie z widokiem na Central Park i Nowy Jork. Światła też nie są zbyt udane, ale to tylko małe szczegóły.

Nie mogę powiedzieć nic innego, jak tylko polecić ten spektakl. Warto go zobaczyć nawet dla samych choreografii. Ja na pewno tam wrócę raz albo dwa. Nawet tylko po to żeby zobaczyć Claire Perot w roli Glorii. Miałam nadzieję zobaczyć ją dzisiaj, ale niestety była zastąpiona przez Virginie Perrier.

Flashdance The Musical można obejrzeć do 7 marca 2015 w Teatrze Gymnase Marie Bell.


vendredi 28 novembre 2014

Exhibit B

Od kilku dni często i gęsto mówi się o wystawie/performence/instalacji/zwał jak zwał Exhibit B autorstwa Bretta Bailay'a, którą można obecnie oglądać w Théâtre Gerard Philipe w Saint-Denis. Performance wywołał poruszenie, ponieważ Bailay zdecydował się pokazać historię kolonializmu oraz okresu postkolonialnego za pomocą żywych ludzi w klatkach. Takie ludzkie zoo. W dodatku zatrudnia do tego amatorów, ludzi z ulicy, a nie aktorów. A żeby było ciekawiej to czarnoskórych.

Jak można łatwo wywnioskować po tym krótkim opisie, polemika, a raczej bojkot instalacji opiera się głównie na zarzutach o rasizm, ksenofobie i tym podobne, tym bardziej, że Brett Bailey, mimo że pochodzi w Południowej Afryki, jest biały. 

Źrodło: http://mg.co.za/article/2014-09-27-brett-bailey-speaks-out-the-intention-of-exhibit-b-was-never-hatred

Żeby nie było, że wypowiadam się na ten temat, a nie widziałam tego performance'u na własne oczy (jak większość przeciwników, którzy wołają o ocenzurowanie tego ludzkiego zoo), wybrałam się do teatru jak tylko mogłam. Rozumiem, że ta wystawa może szokować, ale uważam, że szok jest jednym z najlepszych metod, by uświadomić nam skalę jakiegoś problemu czy konsekwencji jakiegoś wydarzenia. Dlatego uważam, że metoda obrana przez Bailay'a jest świetna. W dodatku wybrał takie sceny, którym nie można zarzucić, że są przesadzone. Trafił w samo sedno. Dlatego nie widzę nic złego w tym performance.

Mimo tego zewsząd podnoszą się głosy, że zamykanie czarnoskórych w klatkach i wystawianie ich jak w zoo to rasizm. Otóż nie. Po pierwsze, osoby biorące udział w tej instalacji są tak dobrowolnie. Nie są niewolnikami. Po drugie, nikt nie nawołuje do dyskryminacji czy nienawiści. Raczej chodzi o przełamanie barier i wytknięcie błędów, które popełnili nasi przodkowie. Żeby już nikt nigdy nie popełnił takich samych błędów. Przecież aż do lat 60 ubiegłego wieku, czarnoskórzy byli dyskryminowani w Stanach Zjednoczonych, mimo że niewolnictwo zniesiono pod koniec XIX wieku. 

Osobiście lubię kiedy sztuka angażuje się w różne sprawy, które dotyczą nasze społeczeństwo. Uważam, że to jedno z najpiękniejszych zadań sztuki: bawić, uczyć, pokazywać różne punkty widzenia, różne opinie, być ponad podziałami. Dlatego nie mam nic przeciwko kiedy sztuka teatralna mówi o polityce, albo kiedy komik wyśmiewa przywary społeczeństwa, krytykuje religię itd. Uważam, że jest to dziedzina bez granic, która potrafi się dostosować do wszystkiego i wszystko przyjmie.

Ale do pasji doprowadzają mnie osoby, które próbują ograniczyć tę wolność słowa zarezerwowaną dla sztuki. I to w dodatku bezpodstawie. Zaczynając od przeciwników Exhibit B, przez przeciwników Golgota Picnic, po jakąś panią piszącą dla Fronda.pl, która stwierdziła, że Teatr Roma w Warszawie obraża katolików (link do artykułu). Sztuka, nieważne czy jest to teatr, kino czy malarstwo, nie jest po to by dostować się do przekonań religijnych czy politycznych każdego z nas. Jest po to by pokazywać różne punkty widzenia. Jeśli komuś to nie pasuje, to może zrezygnować z obejrzenia filmu/sztuki/wystawy czy przeczytania książki. Jesteśmy dorośli, więc sami podejmujemy decyzję, co jest dobre dla naszej kultury, a co nie. 
Ja, jako aktorka, nie zastanawiam się nad poglądami osób, którzy przychodzą obejrzeć sztuki z moim udziałem. Chcę im przekazać jakąś historię, coś im pokazać. Tak samo jest w przypadku aktorek z Bad Little Bubble B. Spektakl mówi o pornografii w bardzo dosadny sposób, a dziewczyny biegają nago po scenie, ale to nie znaczy, że promują pornografię. Tak samo Exhibit B nie promuje rasizmu. 

mercredi 19 novembre 2014

Vous êtes...

5 minut do rozpoczęcia spektaklu Bad Little Bubble B. w teatrze du Rond-Point.

- Pani jest aktorką. - słyszę kiedy mocuję się z kurtką stojąc przy upatrzonym miejscu w trzęcim rzędzie. Postawny pan koło sześćdziesiątki, którego wcześniej spytałam czy miejsce obok niego jest wolne, uśmiecha się do mnie. Za nim siedzi jego żona.
- Tak. - odpowiadam zaskoczona zrzucając torebkę na podłogę i siadając obok niego.
- Widziałem Panią na scenie w dwóch spektaklach. Bardzo mi się podobało. Była Pani świetna. - czuję się bardzo niezręcznie w tej nowej dla mnie sytuacji, ale z drugiej strony moje ego jest mile połechtane. Żona spisuje z mojego kalendarza daty kolejnych spektakli. a ja dyktuję jej sztuki, które warto zobaczyć jeśli jeszcze ich nie widzieli.

Ot zwykły wtorkowy wieczór.

mercredi 12 novembre 2014

Studia a pasja.

Jakiś czas temu usłyszałam, że głupotą jest iść na studia ściśle związane z tym, co nas pasjonuje, bo tracimy zapał do tej pasji. I powiedzieli to studenci... Na szczęście, ci studenci nie powiedzieli mi tego w twarz, tylko w jakimś filmiku na youtube'ie. Bo inaczej chyba bym ich zgromiła. 

Jako studentka teatrologii i byłą studentka romanistyki, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wybrałam moje studia ze względu na pasję, a nie przez wizję wielkiej kariery czy pieniędzy jakie przynosi dany zawód, czy, o zgrozo!, bo rodzice. Filologia romańska była moim planem B, w razie jakby nie wyszło z Akademią Teatralną. Długo szukałam planu B, ponieważ nie wyobrażałam sobie studiować coś, co mnie w ogóle nie interesuję. Nie widziałam siebie na socjologii, prawie czy innym popularnym kierunku, który mnie nie interesuje. Wychodzę z prostego założenia, że życie mamy tylko jedno i jest zbyt krótkie by marnować je na coś, co nas nie interesuje. Wybrałam romanistykę, bo interesował mnie język i literatura. Studia przerwałam po trzech latach, ale nie dlatego, że romanistyka zabiła moje zainteresowanie językiem francuskim (bo nie zabiła), ale dlatego, że nie miałam wtedy wystarczającej wiedzy jak pokierować moimi studiami tak, żeby wyciągnąć z nich jak najwięcej i żeby się nie zmęczyć. W dalszym ciągu uważam za zabawne to, że widzę/słyszę rzeczy, o których Fracuzi nie mają pojęcia i że literaturę francuską mam w małym palcu. Lubię korzystać z tej wiedzy. W dodatku bez tych studiów nie byłabym tu, gdzie teraz jestem. 
Będąc na teatrologii, którą też wybrałam dlatego, bo mnie pasjonuje, czerpię niesamowitą przyjemność ze studiowania. Przede wszystkim dlatego, że wiem jak kierować moimi studiami. Wiem o czym chcę pisać magisterkę czy później doktorat, więc wybieram przedmioty, które przydadzą mi się w przyszłości. W dodatku, jestem perfekcjonistką, więc w to mi graj, że jestem zasypywana zewsząd różnymi informacjami i że do teatru chodzę z długopisem i zeszytem. Nawet jeśli teatrologia odebrała mi pewną naiwność kiedy oglądam jakiś spektakl, bo w myślach nieświadomie rozkładam spektakl na części pierwsze, widzę każdy mechanizm i każdy błąd, to i tak jestem pełna zdrowego zapału. Podobnie było z francuskim - rozkładałam zdania na czynniki pierwsze... W sumie nadal to robię...
Dzięki tej pasji, która pchnęła mnie na taki a nie inny kierunek studiów, i dzięki której z przyjemnością chodzę na uczelnię, myślę, że będę lepszym pracownikiem. Bo będę pracować z pasją. Kiedyś zarzekałam się, że nie będę pracować za biurkiem. Teraz spędzam wiele godzin za biurkiem jako tłumacz. Ale nie wytrzymałabym tego, gdybym nigdy nie interesowała się tłumaczeniem czy też gdybym pracowała na innym stanowisku, na przykład jako sekretarka. 
Dlatego nie widzę sensu w studiach, które wybieramy ze względu na modę (zastanawiam się ilu spośród tych 6-7 tysięcy absolwentów  prawa rocznie będzie pracowało w zawodzie...), czy pieniądze lub prestiż jakie dany zawód może przynosić, albo jeszcze gorzej: bo rodzice kazali. Wydaje mi się, że osoby, które wybierają studia motywując się jednym z tych trzech powodów, nie mają zbyt bogatej osobowości. Osobiście, nie chciałabym wpaść w ręce lekarza, który wybrał ten zawód, bo rodzice mu kazali, ale nie ma w sobie za grosz pasji. Tak samo jak nie chciałabym wpaść w ręce prawnika (a to u mnie temat na czasie ostatnio), który poszedł na studia, bo chciał dużo zarabiać, a żeby przejść te pięć lat ściągał na egzaminach i w rezultacie nie umie obronić mojej sprawy. 

Zachęcam wszystkich obecnych i przyszłych studentów do wybierania studiów, które będą im się podobać i które zrobią z przyjemnością. Bez zbędnych motywacji. Bo lepiej jest spotkać kogoś kompetentnego i z pasją, niż kogoś znudzonego życiem. 

dimanche 9 novembre 2014

Kindle Paperwhite.

Jeden z moich najlepszych zakupów ostatnich miesięcy. Panie i Panowie! Kindle Paperwhite!


Kindle Paperwhite to nic innego jak czytnik ebooków. Czyli nie ma kartek, nie ma okładki i charakterystycznego zapachu książek. Nie trzeba tez iść do księgarni ani do biblioteki. Wystarczy jedno kliknięcie i na ekranie tego niepozornego urządzenia pojawia się wybrane dzieło literackie.
Tutaj powinnam wołać o pomstę do nieba, bo to przecież bluźnierstwo, te elektroniczne książki. W dodatku jestem studentką teatrologii, a wcześniej romanistyki, przecież tyle książek czytałam i czytam nadal...!

Ale o pomstę do nieba nie wołam. Uważam, że Kindle to niezwykle przydatny gadżet. Nie zastąpi oczywiście tradycyjnych książek, ale bardzo ułatwia życie.
Jestem osobą, która dużo czyta. Ostatnio wyrabiam normę 3-4 książek na tydzień.  Czytam wszędzie: w metrze, w domu, na uczelni i na przerwie w pracy. Dlatego to urządzenie bardzo mi się przydaje: jest małe, zgrabne i lekkie, a może pomieścić 1200 książek.
Te 3-4 książki na tydzień, to głównie sztuki teatralne, które kupuję na amazon.fr za 0€, korzystając z wydawnictwa, które promuje klasyki literatury. Oczywiście są ksiązki, glównie naukowe, których nie znajduję w wersji elektronicznej, więc korzystam jeszcze z wersji papierowych. Podobnie z książkami teoretycznymi, które muszę przeczytać na zajęcia, Kupuję wersje papierowe, bo kiedyś może będę musiała je cytować w jakiejś pracy semestralnej. Jednak to nie był głowny powód, dla którego kupiłam Kindla.
Głównym powodem było to, że wyjeżdżając gdziekolwiek, mam głupi zwyczaj taszczenia tony książek ze sobą. Zabierają miejsce i są ciężkie. Dlatego zdecydowałam się na czytnik. Problem się rozwiązał, bo teraz mogę zabrać całą bibliotekę ze sobą.

Poza tym, Kindle Paperwhite ma dwie zalety.
Po pierwsze, pomaga uczyć się słówek jeśli czytamy w innym języku. Można zainstralować różne słowniki, jedno lub dwujęzyczne, które na bierząco tłumaczą słówka jeśli tego potrzebuję. Częściej posiłkuję się jednak zaznaczaniem pojedynczych słówek, które potem znajduję na liście słówek do nauczenia. Kiedy opanuję dane słówko, po prostu je odznaczam. Często używam tej opcji kiedy czytam po hiszpańsku.


Po drugie: ekran Kindla nie męczy oczu. Można dopasować jasność ekranu, wielkość czcionki, margines oraz odstępy między wierszami. Czytanie staje się więc bardzo komfortowe. Kindle pokazuje też postęp w czytaniu i określa w jakim czasie można przeczytać daną książkę.

Bateria urządzenia trzyma niezwykle długo nawet przy bardzo intensywnym użytkowaniu. Mojego Kindla mam już od pół roku, używam go (tak jak wcześniej napisałam) bardzo intensywnie i nie widzę w nim żadnych wad. Ani technicznych, ani innych. Jednak jeśli jakieś techniczne wady by się pojawiły, to Amazon daje 2-letnią gwarancję na urządzenie. W tym czasie, w razie usterki, Kindle jest wymieniany na nowy.

Fnac (francuski Empik) proponuje francuską, tańszą wersję Kindla, Kobo. Myślałam o tym urządzeniu na początku, ale bałam się, że Kobo będzie mi męczył oczy, ponieważ jego ekran jest bardziej podobny do ekrany tableta.

Kindle  Paperwhite kupiłam na Amazon.fr za 129€. Czy polecam? Tak!

samedi 8 novembre 2014

Ciąg dalszy nastąpi...

Z dniem dzisiejszym zakończyłam współpracę z Nathalie Hamel i Compagnie de la Pléiade, jednak do końca grudnia będzie mnie można jeszcze zobaczyć w Les Perses i La Bataille de Kosovo. 

Zdecydowałam się na ten krok, ponieważ co raz bardziej przeszkadzało mi zachowanie Nathalie wobec mojej osoby oraz moich projetów, w które ona nie była włączona (od niemiłych komentarzy po próby blokowania aktorów zaangażowanych w moje projekty). Mogłam to zrobić wcześniej, ale jestem zbyt sentymentalna.

Mimo tej rozłąki, na razie zostaję w Teatrze Nord-Ouest i dalej będę grała w Tailleur pour dames. W tym samym czasie przygotowuję 2 inne projekty, które, mam nadzieję, zrealizuję jeszcze w tym teatrze. Pierwszy to francuska komedia, drugi to polski dramat. Jeśli chodzi o Nuit Bouffe, to praca wre. Razem z Laurent Bruset postanowiliśmy zmienić radykalnie dużo rzeczy i dopiero wtedy pomyślimy o rzuceniu się na głęboką wodę. Jedno jest pewne: chcemy wyjść do szerszej publiczności, w innym teatrze niż Nord-Ouest (mimo że Nord-Ouest ma idealną scenę do tej sztuki).

Innymi słowy: zmiany, zmiany i dużo pracy przede mną! Trzymajcie kciuki!

lundi 3 novembre 2014

Mistinguett, reine des années folles.

Początek listopada zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Okazało się, że czasem warto wysłać smsa z nowym numerem telefonu do starych znajomych, bo ci starzy znajomi mogą chcieć odnowić kontakt. I tym właśnie sposobem znalazłam się w Casino de Paris z zaproszeniem na Mistinguett, reine des années folles


Niestety, wydaje mi się, że pokładałam zbyt duże nadzieje w producencie. Albert Cohen (50% duetu Attia&Cohen) znany jest z pięknych musicali z rozmachem i przytupem, takich jak Les 10 Commandements, Le Roi Soleil, Mozart l’Opéra Rock czy 1789, Les Amants de la Bastille. Dobra... Może ten ostatni nie do końca im wyszedł. I może to właśnie z tego powodu, duet postanowił się rozstać na jakiś czas. Dove Attia postanowił zrobić La Légende du Roi Arthur (premiera w drugiej połowie 2015), a Albert Cohen zrobił Mistinguett, reine des années folles. Cohen postanowił zachować też starą ekipę, która współtworzyła również Mozarta czy Le Roi Soleil. Nie wiem, co się stało, ale moim zdaniem, coś im nie wyszło. 


Mistinguett, reine des années folles, jak wskazuje tytuł opowiada historię Jeanne Bourgeois, gwiazdy music hallu z początku XX wieku. Na miejscu producenta zmieniłabym raczej tytuł na Histoire de Casino de Paris albo Comment Léon Volterra a failli ruiner Casino de Paris. Bo tak naprawdę Mistinguett nie jest główną bohaterką musicalu. I cały spektakl wcale nie mówi o jej życiu czy karierze, ale o pieniądzach i Casino de Paris, tudzież o tym jak Leon Volterra wpakował się w kłopoty. Historia napisana bez polotu, dosyć płytka, z dużą ilością zapchaj-dziur, postaci wciśniętych na siłę i piosenek, które nie łączą się z tekstem w jedną, spójną całość. Możnaby pomyśleć, że ten musical powstał tylko po to, by ludzie nie zapomnieli nazwiska producenta. Bardzo mnie to zawiodło i przez to cały musical uważam za mało interesujący. Pokładałam w nim spore nadzieje, o czym pisałam na blogu przynajmniej dwa razy. 
Mam też wrażenie, że kryzys nie ominął również Cohena. Wcześniejsze musicale jego produkcji były robione z rozmachem i przytupem. Tutaj gołym okiem było widać, że budżet na scenografię był mocno obcięty. Przytup co prawda był... Kiedy Carmen Maria Vega tupnęła nogą... 

Jeśli chodzi o pozytywne punkty spektaklu to owszem, są takie. 
Pierwszym jest Patrice Maktav w roli Leona Volterry, a w szczególności finał pierwszego aktu Valse la chance. Tutaj się postarali i stworzyli piękny obraz, który nawet wycisnął ze mnie parę łez, co uważam za wyczyn, ponieważ pod koniec pierwszego aktu byłam mocno zdegustowana poziomem spektaklu. 
Drugim mocnym punktem jest Carmen Maria Vega w roli Mistinguett. Malutka kobietka z głosem jak dzwon. Można by powiedzieć, że Mistinguett ją opętała, tak była wiarygodna w swojej roli.
Muszę też pochwalić kostiumy. Mam nadzieję, że obcięty budżet na scenografię poszedł właśnie na nie. 
Ostatnim mocnym punktem jest Fabian Richard, bo zaprosił mnie na spektakl. Dobra... Żartuję... Miło mi było zobaczyć go ponownie na scenie, przekonać się jeszcze raz, że jest świetnym aktorem i śpiewakiem, i że rola gangstera pasuje mu jak ulał, i tak dalej... i tak dalej... Ale gdybym to ja napisała ten spektakl, to tej roli by tam nie było. Dodam jeszcze, że trójka, którą wymieniłam powyżej prezentowała wyższy poziom niż pozostali aktorzy. 


Podsumowując... Mistinguett, reine des années folles nie zostanie jednym z moich ulubionych musicali. A szkoda, bo naprawdę nastawiałam się hit sezonu i nie kryję swojego rozczarowania. Na pewno nie wrócę do Casino de Paris, żeby zobaczyć to jeszcze raz. Czy polecam? Cóż, warto zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie. Może ja już się starzeję albo mam spaczony gust przez to, że studiuję teatrologię/jestem aktorką i mam wygórowane oczekiwania? Z tego, co wiem to jednak pierwszy akt został skrócony o 20 minut, ze względu na krytykę. 

A i jeszcze kilka słów na koniec: chciałabym doczekać dnia, kiedy producenci i reżyserzy musicali we Francji zdadzą sobie sprawę z tego, że muzyka na żywo jest o wiele lepsza niż podkład muzyczny i że wpuszczenie na scenę 4 muzyków, którzy przygrywają do niektórych kawałków, jest fajne, ale dyrygent machający grzywą z orkiestronu od czasu do czasu jest fajniejszy. O!

samedi 1 novembre 2014

Co jest w mojej torebce?


Już jakiś czas temu myślałam o napisaniu takiego posta, ale jakoś czasu brakowało. Przy okazji generalnych porządków w torebce (tzn. pozbycia się walających się wszędzie paragonów), postanowiłam przedstawić Wam jej zawartość.

Samą torebkę kupiłam w Parfois w ubiegłe wakacje. Jest mniejsza niż moje dotychczasowe worki, ale za to zgrabna i mimo wszystko dosyć pojemna.


1. Zeszyt. Noszę go na uczelnię. Wybrałam specjalnie zeszyt, w którym mogę mieć notatki ze wszystkich przedmiotów. Przetestowałam sporo zeszytów, segregatorów i innych rozwiązań, ale żadne mi nie podeszło. Zeszyt w formacie B5 jest chyba najlepszy. Ten kupiłam w Empiku za 25 złotych. Na zdjęciu zabrakło tych samoprzylepnych karteczek, którymi zaznaczam ważniejsze pojęcia.

2. Spinacze. Postanowiłam położyć kres stosowi kartek walających się wszędzie, więc przypinam każdą kartkę jaką dostanę od wykładowcy zaraz przy notatkach w zeszycie.

3. Kalendarz. Podobno jestem mistrzem organizacji. Gdybym zgubiła ten niebieski zeszycik, to chyba bym zginęła. Notuję w nim praktycznie wszystko: spotkania, próby, wizyty u lekarza, spektakle (moje i te, na które kupiłam bilet), rzeczy do zrobienia, adresy, telefony, rachunki do zapłacenia...

4. Szminki i pomadki ochronne. Miałam nosić tylko jedną szminkę (tę, którą maluję się danego dnia) i pomadkę ochronną, a wyszło jak zwykle. Zazwyczaj używam Bourjois Rouge Velvet Edition.

5. Lusterko, które kupiłam 5 lat temu podczas mojej pierwszej wizyty w Paryżu. Mam nadzieję, że jeszcze długo mi posłuży.

6. Wsuwki i gumka do włosów (której nie ma). Mam krótkie włosy, ale na szczęście wystarczająco długie bym mogła je spiąć do roli Mademoiselle Pomponette w Tailleur pour dames i schować pod kapeluszem. Niestety moje włosy są zbyt cienkie bym mogła je zapuścić, ale przestałam się tym przejmować odkąd Monica z Coiff & Rock zajmuje się nimi.

7. Notes, w którym zapisuję pomysły na kolejne sztuki, a w szczególności na jedną.

8. Portfel, również z Parfois. Lubię duże portfele, w których mogę umieścić wszystkie karty, monety i w którym nie muszę zginać banknotów.

9. Piórnik. Zawsze piszę piórem, które dostałam od mamy na Gwiazdkę kilka lat temu, ale do tego mam sporo cienkopisów i zakreślaczy. Bo lubię jak moje notatki z zajęć są kolorowe.

10. Książka, którą ostatnio czytam. Zazwyczaj mam przy sobie mojego Kindle Paperwhite i czytam dla własnej przyjemności. Tutaj akurat Trois discours sur le poème dramatique Corneille'a, które czytam na wykład z estetyki. Rzadko czytam książki teoretyczne z zainteresowaniem, ale ta wyjątkowo do mnie przemawia.

11. Książeczka czekowa. Zazwyczaj nie mam przy sobie drobnych czy banknotów, ponieważ częściej płacę kartą. Niestety czasami karta nie przechodzi, więc żeby ratować zakupy płacę czekiem. To tak samo praktyczne rozwiązanie jak poczta głosowa. :)

12. Tekst La Bataille de Kosovo. Bardzo polubiłam się z tą sztuką i żałuję, że nie będę mogła jej zobaczyć w całości (dla samej przyjemności obejrzenia spektaklu), ponieważ stworzyliśmy piękne obrazy dla pięknej historii. Premiera we wtorek 4 listopada!

13. Jeszcze więcej zakreślaczy. Bo lubię stabiloter.

14. Słuchawki. Lepiej nie wołać mnie na ulicy, bo pewnie i tak nie usłyszę. Zazwyczaj słucham muzyki. Słuchawki Apple wyzionęły ducha, więc używam słuchawek, które kupiłam sobie do biegania, ale pewnie niedługo zainwestuję w słuchwki Parrot albo Marshall.

15. Klucze do mieszkania i do skrzynki na listy + breloczki i karty, których nie używam.

16. Mój Pass Navigo, czyli bilet miesięczny. Korzystam jeszcze ze studenckiego biletu Imagine R. Tutaj muszę zaznaczyć, że nic mnie bardziej nie denerwuje jak idiota, który wciska się za mną w bramkę, bo nie ma biletu. W Paryżu, kasuje się bilet/kartę przy każdym wejściu do metra, autobusu, pociągu czy tramwaju. Dzięki temu RATP i SNCF może policzyć pasażerów i dostosować transport publiczny do potrzeb i napływu ludzi. Jak łatwo można się domyślić, osoby, które skaczą przez bramki nie są liczone...

I to by było na tyle jeśli chodzi o zawartość mojej torebki. Okazjonalnie posiadam też chusteczki higieniczne oraz torbę z logo uczelni, w której noszę książki i/lub zakupy.