lundi 3 novembre 2014

Mistinguett, reine des années folles.

Początek listopada zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Okazało się, że czasem warto wysłać smsa z nowym numerem telefonu do starych znajomych, bo ci starzy znajomi mogą chcieć odnowić kontakt. I tym właśnie sposobem znalazłam się w Casino de Paris z zaproszeniem na Mistinguett, reine des années folles


Niestety, wydaje mi się, że pokładałam zbyt duże nadzieje w producencie. Albert Cohen (50% duetu Attia&Cohen) znany jest z pięknych musicali z rozmachem i przytupem, takich jak Les 10 Commandements, Le Roi Soleil, Mozart l’Opéra Rock czy 1789, Les Amants de la Bastille. Dobra... Może ten ostatni nie do końca im wyszedł. I może to właśnie z tego powodu, duet postanowił się rozstać na jakiś czas. Dove Attia postanowił zrobić La Légende du Roi Arthur (premiera w drugiej połowie 2015), a Albert Cohen zrobił Mistinguett, reine des années folles. Cohen postanowił zachować też starą ekipę, która współtworzyła również Mozarta czy Le Roi Soleil. Nie wiem, co się stało, ale moim zdaniem, coś im nie wyszło. 


Mistinguett, reine des années folles, jak wskazuje tytuł opowiada historię Jeanne Bourgeois, gwiazdy music hallu z początku XX wieku. Na miejscu producenta zmieniłabym raczej tytuł na Histoire de Casino de Paris albo Comment Léon Volterra a failli ruiner Casino de Paris. Bo tak naprawdę Mistinguett nie jest główną bohaterką musicalu. I cały spektakl wcale nie mówi o jej życiu czy karierze, ale o pieniądzach i Casino de Paris, tudzież o tym jak Leon Volterra wpakował się w kłopoty. Historia napisana bez polotu, dosyć płytka, z dużą ilością zapchaj-dziur, postaci wciśniętych na siłę i piosenek, które nie łączą się z tekstem w jedną, spójną całość. Możnaby pomyśleć, że ten musical powstał tylko po to, by ludzie nie zapomnieli nazwiska producenta. Bardzo mnie to zawiodło i przez to cały musical uważam za mało interesujący. Pokładałam w nim spore nadzieje, o czym pisałam na blogu przynajmniej dwa razy. 
Mam też wrażenie, że kryzys nie ominął również Cohena. Wcześniejsze musicale jego produkcji były robione z rozmachem i przytupem. Tutaj gołym okiem było widać, że budżet na scenografię był mocno obcięty. Przytup co prawda był... Kiedy Carmen Maria Vega tupnęła nogą... 

Jeśli chodzi o pozytywne punkty spektaklu to owszem, są takie. 
Pierwszym jest Patrice Maktav w roli Leona Volterry, a w szczególności finał pierwszego aktu Valse la chance. Tutaj się postarali i stworzyli piękny obraz, który nawet wycisnął ze mnie parę łez, co uważam za wyczyn, ponieważ pod koniec pierwszego aktu byłam mocno zdegustowana poziomem spektaklu. 
Drugim mocnym punktem jest Carmen Maria Vega w roli Mistinguett. Malutka kobietka z głosem jak dzwon. Można by powiedzieć, że Mistinguett ją opętała, tak była wiarygodna w swojej roli.
Muszę też pochwalić kostiumy. Mam nadzieję, że obcięty budżet na scenografię poszedł właśnie na nie. 
Ostatnim mocnym punktem jest Fabian Richard, bo zaprosił mnie na spektakl. Dobra... Żartuję... Miło mi było zobaczyć go ponownie na scenie, przekonać się jeszcze raz, że jest świetnym aktorem i śpiewakiem, i że rola gangstera pasuje mu jak ulał, i tak dalej... i tak dalej... Ale gdybym to ja napisała ten spektakl, to tej roli by tam nie było. Dodam jeszcze, że trójka, którą wymieniłam powyżej prezentowała wyższy poziom niż pozostali aktorzy. 


Podsumowując... Mistinguett, reine des années folles nie zostanie jednym z moich ulubionych musicali. A szkoda, bo naprawdę nastawiałam się hit sezonu i nie kryję swojego rozczarowania. Na pewno nie wrócę do Casino de Paris, żeby zobaczyć to jeszcze raz. Czy polecam? Cóż, warto zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie. Może ja już się starzeję albo mam spaczony gust przez to, że studiuję teatrologię/jestem aktorką i mam wygórowane oczekiwania? Z tego, co wiem to jednak pierwszy akt został skrócony o 20 minut, ze względu na krytykę. 

A i jeszcze kilka słów na koniec: chciałabym doczekać dnia, kiedy producenci i reżyserzy musicali we Francji zdadzą sobie sprawę z tego, że muzyka na żywo jest o wiele lepsza niż podkład muzyczny i że wpuszczenie na scenę 4 muzyków, którzy przygrywają do niektórych kawałków, jest fajne, ale dyrygent machający grzywą z orkiestronu od czasu do czasu jest fajniejszy. O!