lundi 15 décembre 2014

O wyglądzie słów kilka.

Jak powszechnie wiadomo: lubię dyskutować na różne tematy. Dyskutować czyli przedstawiać swoje argumenty na pewien temat i słuchać kontrargumentów mojego rozmówcy, po to by dojść do jakiegoś tam porozumienia lub udowodnić swoją rację. Sztuki dyskusji nauczyłam się na romanistyce. Na zajęciach zwanych potocznie oralem. Niektórzy studenci uważali, że oral był kompletnie nieprzydatny, bo co to za sztuka mówić po francusku! Owszem, poza wzbogaceniem słownictwa z różnych specjalistycznych dziedzin, nie pomagał w przełamaniu bariery językowej. Uważam jednak, że był bardzo potrzebny, bo dzięki tym zajęciom nauczyłam się argumentować moje tezy w mowie. W piśmie nigdy nie miałam z tym problemu. A także odpowiadać na argumenty innych. W kulturalny sposób. 
Teraz, kiedy robię jakieś exposé na zajęciach czy kiedy zdaję egzamin ustny, zawsze zdobywam dodatkowe punkty za tę sztukę argumentacji, dyskusji oraz za to, że moje notatki pomocnicze są szczątkowe, a ja utrzymuję kontakt wzrokowy ze studentami lub z wykładowcą zamiast czytać z kartki.

Ale mniejsza o to!

Teraz mam wrażenie, że sztuka kulturalnej dyskusji jest na wymarciu i że każdemu przydałyby się takie zajęcia. Szczególnie tym, co lubią dyskutować w internecie. 

Staram się nie wdawać w dyskusje w internecie. Czy to na Facebooku, na jakimś forum czy na Instragramie. Ale czasami korci mnie żeby wtrącić swoje trzy grosze! Szczególnie, gdy wiem, że mam rację. Kiedy ta paląca chęć bierze górę, zawsze potem tego żałuję, ponieważ ludzie w internecie mają zbyt silne poczucie anonimowości, by dyskutować kulturalnie. Albo są po prostu głupi. Każdy argument, który nie zgadza się z ich punktem widzenia jest zły, głupi i nic nie warty. Bo tylko oni mają rację i ich argumenty są jedynymi słusznymi argumentami. A ja je obalam... W pewnym momencie, ich argumenty nie mają żadnego logicznego oparcia i zaczyna się jatka. Pada największy argument, ukryta broń, brzytwa, której tonący się chwyta (szczególnie jeśli dyskusja ma miejsce na Facebooku lub Instagramie):

Jesteś gruba, brzydka, zaniedbana. Idź się odchudź wielorybie. 

I tym podobne epitety... 
Nie powiem, że mnie to nie rusza (mimo że chciałabym), bo takie słowa bolą. Nie za mocno kiedy są wypowiedziane przez jakiegoś sfrustrowanego anonima, ale mimo wszystko bolą. Zastanawia mnie tylko jak bardzo trzeba być sfrustrowanym i głupim żeby taki argument wytoczyć? Uważam, że jest to po prostu poniżej poziomu. Nie wspominam już w ogóle na jakim poziomie plasuje się u mnie osoba, która w ten sposób obraża innych. Podobne komentarze są na poziomie dzieci w przedszkolu, które nie potrafią znaleźć nic mądrzejszego by obrazić inne dziecko.
Zazwyczaj odpowiadam na taki komentarz tym, co napisałam powyżej. Dodaję też, że owy anonim nie wie, kto siedzi po drugiej stronie i jaka jest przyczyna otyłości.
Anonim odpowiada zazwyczaj, że prawda kole w oczy, a ja zasłaniam się wymówkami i chorobami.

No i tu dochodzimy do sedna sprawy.
Opowiem Wam dwie historie z mojego życia. Tak ku przestrodze jeśli komuś zachce się komentować wygląd obcej osoby..

Mam kilka kilo za dużo i za słabą wolę żeby się odchudzać. Z drugiej strony nie pobiłam jeszcze rekordu Guinessa jeśli chodzi o wagę i nie przeszkadza mi to w codziennym funkcjonowaniu, więc nie jest tak źle.  Ale nawet jeśli kiedyś znajdę siłę by zgubić te nadprogramowe kilogramy, to są rzeczy w moim ciele, które nie ulegną zmianie. A są to moje łydki. 
Mam grube łydki, ale nie są grube przez tłuszcz, ale przez mięśnie. Bo na łydkach nie mam praktycznie tłuszczu... Rozbudowane mięśnie odziedziczyłam w genach po tacie albo po babci (mamie mojej mamy) albo po prababci (mamie taty mojej mamy). Albo to jest mieszanka genów tych trzech osób. 
Kiedy miałam 15-16 lat kupiłam sobie śliczną, białą spódniczkę. Oczywiście od razu wymaszerowałam w niej na ulicę. Idąc przez park na warszawskim Bródnie, minęłam dwie dziewczyny i usłyszałam jak jedna do drugiej mówi: Z takimi łydami w życiu nie założyłabym spódnicy. Jako głupi podlotek wzięłam to sobie do serca. Przez 5 kolejnych lat chodziłam tylko w dżinsach nawet kiedy na dworze było ponad 30 stopni. Przemogłam się dopiero w 2011 roku kiedy wyjeżdżałam na Ile de Re. Okazało się, że we Francji nikt nie patrzy na moje łydki, bo zdażają się i grubsze. Teraz swobodnie chodzę w szortach i spódniczkach. Zdaża się, że dostaję komplementy. Raz nawet jedna dziewczyna spytała mnie, co robię, że mam umięśnione nogi, bo ona też by chciała. I tak moja wieloletnia zmora stała się moim atutem. Pamiętam jednak jak te dwie dziewczyny zniszczyły mnie kilka lat temu. Dlatego nigdy nie komentuję wyglądu innej osoby.

Innym przykładem jest mój młodszy brat. Kubuś ma 7 lat i jest moim oczkiem w głowie. Kuba jest wesołym i bardzo aktywnym fizycznie chłopcem, ale od 5 lat choruje na astmę oskrzelową, która jest wynikiem licznych alergii (szczególnie na barwniki i konserwanty). Przez swoją chorobę, Kuba bierze codziennie leki wziewne na bazie sterydów, przez które jest grubszy niż jego rówieśnicy. Wygląda mniej-więcej jak Łukaszek Berezak, bohater tegorocznego finału WOŚP (którego bardzo lubię swoją drogą). 
Jednak ludzie, którzy widzą go codziennie na ulicy nie zastanawiają się, co jest powodem jego otyłości. Oceniają z góry. Skoro jest grubszy to pewnie je codziennie obiady w McDonaldzie. Zdażało się, że rodzice pokazywali swoim dzieciom mojego brata i tym samym wpajali im jakiś tam ideał piękna: jesteś gruby = jesteś brzydki. Zdażały się też inne przykre komentarze. Za każdym razem stawałam w obronie brata i za każdym razem starałam się, żeby takiej osobie zrobiło się conajmniej głupio. Niestety nie potrafiliśmy uniknąć przykrych konsekwencji wywołanych przez takie odrzucenie ze strony społeczeństwa: Kuba bardzo niechętnie wychodzi na dwór, ponieważ czuje się nieakceptowany.

Napisałam już wyżej, co sądzę o ludziach komentujących mój wygląd. Ale żeby określić rodziców, którzy podjudzają swoje dzieci, do tego by piętnowały grubsze osoby, to już brakuje mi słów. Trzeba być po prostu jakąś szują. Czego oni chcą nauczyć swoje dzieci? W mojej rodzinie, nikt nigdy nie powiedział mi, że osoba, która wygląda inaczej jest zła czy śmieszna. Wręcz przeciwnie! Tłumaczono mi, że każdy jest inny i trzeba to zaakceptować. 

Może takie zachowanie jest spowodowane lansowaną modą na bycie fit? A fit to znaczy być chudym. Albo tym, że na wybiegach i w gazetach widzimy wyretuszowane modelki, których rozmiary są praktycznie nierealne? Czy każdy z nas może powiedzieć o sobie samym, że jest piękny i idealny? I z tego tytułu dać sobie prawo do komentowania wyglądu innej osoby? To, że powie się o kimś, że jest brzydki, nie uczyni nas piękniejszym. Tak samo jak powiedzenie o kimś, że jest gruby, nie jest dietą cud dla nas. 
Czy może to jest jakiś polski kompleks? Dlaczego polski? Bo ani w Wielkiej Brytanii ani we Francji nie spotkałam się z tak agresywnym krytykowaniem cudzego wyglądu. Nigdy nikt mi nie powiedział, że jestem gruba, bo są kobiety grubsze ode mnie. 

Dlatego może warto zastanowić się pięć razy zanim skrytykujemy czyjś wygląd? Bo to tylko pokazuje jak bardzo jesteśmy nieczuli na to, co nas otacza i jak bardzo jesteśmy skupieni tylko na sobie.

P.S. Zauważyłam też ciekawą rzecz. Jako osoba chojnie obdarzona przez naturę w górnej części ciała, zawsze miałam problem z doborem koszuli, której guzik nie eksplodowałby mi na biuście. Problem skończył się kiedy pierwszy raz kupiłam koszulę w Wielkiej Brytanii. We Francji również nie mam problemów ze znalezieniem dobrej koszuli.
Podobnie jest ze stanikami. Znalezienie dobrego, ładnego i niedrogiego stanika w moim rozmiarze w sieciówce typu H&M w Polsce było niemożliwe. Wszystkie większe rozmiary były w połowie wypchane gąbkami (swoją drogą co za oszustwo względem mężczyzn! ;)), a ja nie lubię mieć piersi podciągniętych pod uszy. We Francji kupuję staniki i w sieciówkach i w innych sklepach z bielizną, w różnych kolorach tęczy i fasonach.
Przypadek? Nie sądzę. ;)