vendredi 25 décembre 2015

Verino s'installe.

Tak naprawdę miałam nie pisać o tym spektaklu. Zapisałam wersję roboczą tego posta (czyli sam tytuł) i z dnia na dzień odkładałam napisanie kilku słów o kolejnym one man show, który dane mi było obejrzeć. Jednak im dłużej śledzę poczynania tego komika, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zasługuje na tę laurkę jak żaden innych. Takich artystów jak on można ze świecą szukać.

samedi 19 décembre 2015

Myszy za grosze.

Czy Twoje koty też cierpią na chroniczny brak myszy? Możesz zapewnić im stałą dostawę ulubionej zabawki, a przy okazji wesprzeć finansowo Hospicjum dla Kotów Bezdomnych.

O co w tym chodzi?
Wystarczy zostać stałym darczyńcą Fundacji Hospicjum dla Kotów Bezdomnych, kierowanej przez wrocławską Grupę Neko (klik), wpłacając na konto fundacji 5,35 złotych miesięcznie. W ramach podziękowania, raz w roku, Twój kot dostanie własnoręcznie zrobioną, unikatową myszkę z kocimiętką. W ten sposób, przez 12 miesięcy wspierasz fundację sumą 60 złotych (grosze pokrywają koszty wysyłki myszy), a Twój kot ma stałą dostawę zabawek.

Dlaczego wspieram tę akcję?
Ponieważ jeden z moich kotów, Etoile, również był kiedyś bezdomny i nigdy nie zapomnę wieczoru kiedy przyniosłam go do domu. Teraz jest szczęśliwym, dużym kotem obdarowującym wszystkich swoją kocią miłością.

Etoile i jego mysz.
Jak wesprzeć akcję?
Wystarczy ustawić stały przelew na konto Fundacji:

28 10600076 0000330000762960
Fundacja Hospicjum dla Kotów Bezdomnych - Grupa Neko
ul. Broniewskiego 53 D / 51
87-100 Toruń
z dopiskiem "Darowizna - Myszy za Grosze".

A następnie wysłać maila na adres myszyzagrosze.neko@gmail.com z danymi identyfikującymi Twój przelew oraz z adresem, pod który mysz ma zostać wysłana. 

jeudi 10 décembre 2015

Premiera Nuit Bouffe!

W końcu, po kilku latach pracy, mogę napisać ten post. 

Premiera mojej sztuki, Nuit Bouffe, odbędzie się w niedzielę 25 września 2016 roku o godzinie 18.00 w Teatrze Menilmontant w Paryżu. 

Jeśli nie uda Wam się być na premierze, to nic straconego! Będziecie mogli nas zobaczyć w każdą niedzielę, oprócz 9 października, o 18.00 aż do 20 listopada 2016 włącznie. 

Wszystkie daty i inne szczegóły dotyczące rezerwacji i cen biletów znajdziecie w zakładce Teatr oraz w zakładce Nuit Bouffe.

Zapraszam Was również do polubienia i udostępnienia fan page'a spektaklu na Facebooku oraz do polubienia i udostępnienia wydarzenia. Mam nadzieję, że spotkamy się w teatrze.

Ja tymczasem lecę zbierać siły na kolejne 10 miesięcy - będą one najbardziej pracowite w całym moim życiu! 
Oczywiście będę na bieżąco informować Was o przebiegach pracy. Może też zrobimy mały video-pamiętnik. :) 

mardi 1 décembre 2015

Dlaczego warto studiować teatrologię?

Kiedy postanowiłam zrezygnować z prywatnej szkoły teatralnej i pójść na teatrologię, zarówno moja rodzina jak i znajomi obserwowali moje poczynania z delikatnie drwiącym uśmiechem, a mnie drażniły pytania o to, co chcę robić po takich studiach i czy zrezygnowałam już z aktorstwa. No bo w końcu powszechnie wiadomo, że na teatrologię idą ci, którym nie wyszło na scenie, nie? Wiadomo również, że po studiach humanistycznych ciężko dostać pracę, bo przecież nie ma się wyuczonego zawodu. To ostatnie zdanie słyszałam już przy okazji moich studiów na romanistyce. 
Uważam jednak, że decyzja o podjęciu studiów na takim kierunku jak teatrologia była jedną z najlepszych w moim życiu. Dlatego też przedstawię Wam w kilku punktach korzyści, jakie płyną z wyboru tego kieruku, a także z wyboru innych kierunków humanistycznych. 

Teatrologia, podobnie jak inne kierunki humanistyczno-artystyczne, jest dla ludzi z pasją. Trzeba lubić to, co się robi, inaczej się nie wytrzyma. Oznacza to, że jesteśmy ciągle otoczeni przez pasjonatów, z którymi możemy wymieniać doświadczenia i od których możemy wiele się nauczyć. Możemy też spotkać wiele różnych osób związanych z teatrem, które przekazują nam swoją wiedzę i doświadczenie.
Jestem osobą, która nie umie oddzielić pracy od pasji. Od zawsze czułam, że nie spędzę połowy życia w biurze. Nawet jeśli teraz mam pracę biurową, którą wykonuję już od 1,5 roku, to coraz częściej i intensywniej myślę o zmianie mojej stałej pracy na coś bardziej związanego z teatrem, co pozwoli mi przezimować do momentu, w którym uzyskam mój status intermittent du spectacle. W biurze po prostu się duszę.

W parze z pasją idzie olbrzymia wiedza, która obejmuje tak naprawdę kilka dziedzin. Oprócz historii i estetyki teatru, musimy dosyć dobrze orientować się w literaturze, historii Francji i powszechnej, polityce, filozofii oraz ekonomii. Języki obce również są mile widziane. Oczywiście wszystko sprowadza się do analizy jakiejś sztuki, ale myślę, że bagaż czerpiący z różnych dziedzin jest bardzo przydatny, nie tylko na studiach teatrologicznych.
Niewątpliwą zaletą takiego bagażu jest również inne, może bardziej świeże, spojrzenie na teatr. Możemy inspirować się kim chcemy i jak chcemy, mamy bardzo poszerzone horyzonty, co pozwala nam stworzyć coś unikatowego, próbować różnych styli lub wypracować sobie swój własny.
Przyznam szczerze, że ciężko mi było odnaleźć się na początku w tym wszystkim. Polski teatr ma niewiele wspólnego z francuskim. Mamy jedynie kilka wspólnych punktów w historii, więc kiedy moi nowi znajomi opłakiwali Patrice'a Chereau 2 lata temu albo zachwycali się nowym spektaklem Ariane Mnouchkine, ja robiłam dobrą minę do złej gry, a w domu googlowałam jak szalona żeby dowiedzieć się czegoś więcej o ikonach francuskiego teatru, które były mi kompletnie obce. Dzisiaj swobodnie i komfortowo poruszam się po historii francuskiego teatru, ale kosztowało mnie to wiele pracy.

Inną, niewątpliwą zaletą, która wynika poniekąd z wiedzą jaką otrzymujemy na studiach, jest znajomość środowiska profesjonalnego. Nie mówię tu o znajomościach, ale o wszystkich kruczkach prawnych, o których prawie nikt nie ma pojęcia. Zaczynając od tego jak stworzyć własną trupę i się na tym nie przejechać, po wyliczanie budżetu produkcji.
Nienawidzę ekonomii, mimo że te zajęcia dostarczyły mi bardzo dużo przydatnych informacji, to nadal ciężko jest mi wytrzymać te 1,5 godziny. Nie przyswajam języka ekonomistów, tym bardziej kiedy jest on podawany przez faceta, który mówi jakby miał zaraz umrzeć. Lepiej przyswajam książki, w których mogę też zaznaczyć odpowiednie fragmenty i podać je dalej tak jak ostatnio, kiedy zadzwoniła do mnie znajoma, żeby przestrzec mnie przed problemami w jakie sama wpadła. Otóż znajoma ma swoją trupę, której prezesem jest jej mąż, którą ona sama prowadzi i w której gra. Z punktu widzenia prawa jest to nielegalne, ponieważ prezesem trupy musi być osoba trzecia (żadna rodzina ani nic w tym stylu), która zatrudnia aktorów i reżysera. Jeśli aktor zarządza swoją trupą, jest postrzegany wtedy jako osoba mająca stałe zatrudnienie (nawet jeśli prezes jest wolontariuszem) i nie może wtedy posiadać statusu intermittent du spectacle, a co za tym idzie, nie może pobierać zasiłku dla bezrobotnych. Jeśli prezesem jest ktoś z bliskiej rodziny i jakiś urząd (najczęściej Urząd dla Bezrobotnych) to wykryje, może oskarżyć aktora/reżysera o fałszowanie dokumentów, nielegalne pobieranie zasiłków i parę innych, mało przyjemnych rzeczy. I tak było w przypadku mojej znajomej. Kiedy powiedziałam jej to, co wiedziałam z zajęć na ten temat, zdziwiła się i powiedziała, że kiedy pytała o takie rzeczy w Urzedzie dla Bezrobotnych, powiedziano jej, że może prowadzić trupę sama. Teraz każą jej zwracać wszystkie zasiłki z ostatnich 3 lat.
Oczywiście znajomości jakie zawieramy w czasie studiów też są ważne. Jesteśmy młodzi, pełni energii i chęci do pisania własnych historii. Nie wykluczam, że niebawem zacznę bardziej współpracować z moimi znajomymi ze studiów nad jakimiś wspólnymi projektami. Kontakty w środowisku teatralnym są bardzo ważne. 

A co po studiach? Można próbować swoich sił jako aktor lub reżyser, ale można również pracować w każdym zawodzie związanym z teatrem: od oświetleniowca przez producenta po dyrektora artystycznego. Dzięki bagażowi kulturalnemu, można też próbować swoich sił w dziennikarstwie. Można również uczyć w szkole lub prowadzić zarsztaty teatralne. Albo zrobić doktorat i wykładać na uczelni.
Każdy znajdzie coś dla siebie. 

samedi 28 novembre 2015

Versailles

Kilka miesięcy temu miałam okazję odwiedzić plan zdjęciowy nowego serialu Canal +, Versailles, w ramach zajęć z historii kostiumu. Od dwóch tygodni śledzę efekty w telewizji i jestem bardzo mile zaskoczona.

Serial produkcji francusko-kanadyjskiej skupia się na życiu Ludwika XIV i zaczyna w momencie, kiedy ten ma 28 lat i postanawia przeprowadzić dwór do starego zamku do polowań swojego ojca. Słynnego zamku jeszcze nie ma, a sam Ludwik jest tylko Królem Francji, a nie Królem Słońcem. W dodatku dręczą go koszmary związane z Frondą oraz ze śmiercią matki, Anny Austriaczki. Żeby przyciągnąć do siebie arystokrację, a tym samym scentralizować władzę, postanawia wybudować najwspanialszy zamek na świecie - Wersal.

Jak może wiecie, albo i nie, kilka lat temu miałam praktycznie obsesję na punkcie Ludwika XIV. Wszystko za sprawą musicalu Le Roi Soleil, który popchnął mnie do nauki francuskiego i dzięki któremu pochłonęłam mnóstwo książek na temat Króla Słońce, jego dworu, miłości i innych. To był mój konik. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo cieszyłam się i przeżywałam pierwszą wizytę w Wersalu.
Dlatego też cieszyłam się na myśl o tym serialu i jednocześnie bałam się, że mnie zawiedzie. Wiadomo, że kiedy siedzimy po uszy w jakimś temacie, automatycznie wychwytujemy każdy, nawet najmniejszy błąd. Z drugiej strony jednak, większość seriali czy programów poświęconych Ludwikowi XIV - a z okazji 300 rocznicy śmierci jest ich sporo - są napompowane powagą i patetycznym tonem. Ot, serial kostiumowy, którego twórcy chcą przekazać biografię, wychwalić króla pod niebiosa i pochwalić się kostiumami. Nie mówię, że wychwalanie jest złe - jest w sumie potrzebne Francuzom w dobie kryzysu, żeby przypomnieć im, że kiedyś Francja była świetnościa - ale, moim zdaniem, brakuje tym serialom jakiejś głębi. Postacie są płaskie, przekazuje się suche fakty, które słyszelśmy już wiele razy. W dodatku kostiumy są fatalne.
I nagle pojawia się produkcja, która serwuje nam ucztę dla oka pod względem kostiumowym (dlatego nasz wykładowca zabrał nas na plan) i postanawia zaryzykować i zaprezentować widzom Króla, który jest taki jak wszyscy - ma swoje obsesje, lęki, radości. I nagle okazuje się, że historia może być ciekawa i przekazana w interesujący sposób. A wszystko w rytmie rocka.
Oczywiście serial ma kilka niedociągnięć - tego nie da się uniknąć tym bardziej, że serial jest produkowany również przez Kanadyjczyków (a kto mówi Kanada, mówi też USA). Postacie są bardzo wygłądzone, wręcz anielskie - mniej-więcej tak jak w Marii-Antoninie Coppoli. No i nie dało się uniknąć kilku stereotypów.
Nie zmienia to jednak faktu, że serial jest warty uwagi i godny polecenia. Mam tylko nadzieję, że nie stanie się nic, co zmieni moje zdanie.


jeudi 19 novembre 2015

La Légende du Roi Arthur 2.

Jak mówiłam, tak zrobiłam.
Wróciłam na widownię Palais de Congres w piątek, 13 listopada. Miał to być jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Miał, bo nie muszę mówić jak się skończył.

We wrześniu pisałam o moich wrażeniach z premiery. Podtrzymuję moją opinię i mogę jedynie dodać że teraz spektakl jest prawdziwą perełką. Wszystko (poza Camille Lou) zostało świetnie dopracowane, dzięki czemu spektakl objętości na scenie. Widać też, że ekipa cuje się dobrze w swoich rolach.
Na plus mogę zaliczyć to, że spektaklu nie przerwano i że ekipa, mimo że wiedziała, co dzieje się w Paryżu, nie dała nic po sobie poznać. Skrócono jedynie finał ze względów bezpieczeństwa, a Florent Mothe dosyć enigmatycznie życzył nam szczęśliwego powrotu do domu. Oczywiście tego dnia nie było możliwości zrobienia sobie zdjęcia z artystami.
Z ostateczną recenzją wstrzymam się do 16 stycznia, bo to wtedy zobaczę musical ostatni raz. Tymczasem mam dla Was zdjęcia. Mam nadzieję, że wcześniej udało mi się zachęcić Was do obejrzenia tego spektaklu. Jeśli nie, to mam nadzieję, że zdjęcia Was zachęcą.
Uwielbiam oglądać spektakle z pierwszych rzędów.

Niech żyje król!

Pojedynek Króla Artura z Meleagant. 

Quelque chose de magique. Jedna z najpiękniejszych scen.

Quelque chose de magique - scenografia. 

Tu vas le payer. Zaho jako Wróżka Morgane. 

Tu vas le payer - podstęp Morgane'y.



Délivre-nous. Florent Mothe i Julien Lamassonne. Dwa wielkie głosy.

Si je te promets. Camille Lou, Florent Mothe i Charlie Boisseau. 



Si je te promets - zdecydowanie moje ulubiona scena. 

Król Artur i Excalibur.

Dors, Morgane, dors.


Ślub Artura i Guenièvre. Zwróćcie uwagę na grę świateł. 

Ce que la vie a fait de moi. Cała intryga na jednym zdjęciu. 

Je me relève. A w tle Okrągły Stół.

Je me relève. Król Artur i jego rycerze.

Faire comme si. Charlie Boisseau w roli Lancelota oraz Camille Lou w roli Guenièvre. 

A nos vœux sacrés. Zaho oraz Fabien Incarnadona w roli Meleagant. 

David Alexis w roli Merlina. 

Wake Up

I jeszcze trochę intrygi na jednym zdjęciu.

Mon combat.

Auprès d'un autre

Auprès d'un autre. Piękna scena i piękna piosenka.

Finał.

Ukłony.

I jeszcze krótki bis.

Koniec.

dimanche 15 novembre 2015

Toujours debout.

Nie możemy pozwolić by strach nas zdominował. Gdyby tak się stało, oznaczałoby to poddanie się i zwycięstwo tych, którzy próbują zastraszyć nas swoją ignorancją i nienawiścią do życia. 

Wczoraj, poddałam się na chwilę. Świadomość, że zamachowcy mogli wybrać salę, w której ja byłam, jest okropna i przytłaczająca. Ale z każdą nową wiadomością od znajomych, przyjaciół czy współpracowników wracały mi siły, by się podnieść i powiedzieć sobie, że nigdy się nie poddam. 
Paryż również się podniesie i nigdy się nie podda. W końcu w każdej historii zawsze zwycięża ten, kto wierzy w miłość, dobro i wolność. 






vendredi 13 novembre 2015

Portrait de famille.

Nie wiem czy znacie to uczucie, kiedy jakiś film, piosenka, książka, sztuka teatralna czy po prostu osoba, którą spotkaliście, zaskakuje Was tak mocno, że jeszcze długo po tym nie możecie dojść do siebie. Po prostu policzkuje Was, rozkłada na łopatki, a Wy nie jesteście w stanie wydusić z siebie ani słowa żeby opisać to spotkanie. Nawet nie tyle nie jesteście w stanie wydusić słowa, co boicie się powiedzieć cokolwiek na ten temat, żeby nie zepsuć delikatnego sacrum, które właśnie tworzy się wokół tej rzeczy. 
Ta rzecz zostaje z Wami. Nawet jeśli o niej nie myślicie, to siedzi gdzieś z tyłu głowy. Czasami wypływa na powierzchnię, czasami siedzi w ukryciu, ale jest. Takich spotkań się nie zapomina.

Wczoraj miałam okazję obejrzeć Portrait de famille w ramach Festival d'Automne w Ateliers de Paris La Cartoucherie de Vincennes. Spektakl jest prezentacją pracy aktorów uczestniczących w warsztatach prowadzonych przez Jean-François Sivadier i opowiada historię rodu Atrydów w oparciu o sztuki Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa i Shakespeare'a. 
Krótkie przypomnienie z historii: ród Atrydów, czyli Agamemnon, który złożył w ofierze swoją córkę, najechał na Troję, wygrał wojnę, został zabity przez swoją żonę, Klitajmestrę, i jej kochanka, Ajgistosa, po powrocie z Troi, a następnie pomszczony przez córkę Elektrę i syna Orestesa. Więcej informacji o tym kto z kim, jak i dlaczego znajdziecie na Wikipedii albo w trylogii Ajschylosa Oresteja. Ja nie będę się więcej rozwodzić na ten temat, bo to nie to jest tutaj najważniejsze. 

Problem klasyków, a tym bardziej mitów, jest taki, że są oklepane. Pisarze czy reżyserzy wyciągnęli z nich wszystko, co mogli wyciągnąć, powtarzając ciągle te same histore. Dlatego młodzi twórcy starają się być jak najbardziej oryginalni w swojej własnej interpretacji oklepanego na wszystkie strony tematu. Rezultat: przekombinowane przedstawienia. Kiedy tydzień temu obejrzałam A ce projet personne ne s'opposait na podstawie Prometeusza w okowach Ajschylosa w teatrze narodowym La Colline, byłam bardzo zniechęcona do wczorajszego spektaklu. Właśnie dlatego, że ten pierwszy był przekombinowany. Dlatego nie skakałam z radości kiedy dowiedziałam się, że Portrait de famille trwa 3 godziny. Tymczasem okazało się, że już w pierwszej minucie dostałam w twarz. 

Nie potrafię znaleźć słów, które opisałyby dokładnie to, co czułam w trakcie spektaklu. Po prostu siedziałam przez 3 godziny jak dziecko przed witryną z cukierkami, śmiałam się i płakałam, śledziłam bohaterów, żyłam z nimi. Zdarzyło mi się to chyba 3 raz w życiu żebym z takim zapałem śledziła akcję, gesty, słowa. 

Cały spektakl był utrzymany w stylu kabaretowym. Od razu widać inspirację teoriami Brechta i jego teatrem epickim, w którym teoretycznie nie mamy się utożsamiać czy zżywać z postaciami na scenie i wszystko przypomina nam, że jesteśmy w teatrze i, że to, co dzieje się na scenie to fikcja. Cóż... w moim wypadku to nie zadziałało. Początkowo scenografia mnie przeraziła i spodziewałam się małej katastrofy. W efekcie, uważam, że była bardzo udana. Dobrze służyła aktorom, a jej kabaretowość dodała świeżości całemu przedstawieniu. 
Jeśli chodzi o tekst, to to był prawdziwy majstersztyk godny Nobla. Jako że spektakl bazował na kilku innych sztukach, obawiałam się, że może być niezrozumiały, że będzie to po prostu zlepek cytatów. Nic bardziej mylnego! Przypuszczam, że tekst powstał dzięki licznym improwizacjom, które aktorzy wykonywali podczas warsztatów, ale był on tak dobrze skonstrowany, że widać było, że aktorzy czują się z nim swobodnie. Owszem, były i cytaty, ale one też były ta wplecione w tekst, że ja, jako (bardziej obeznany w temacie) widz, nie potrafiłam wyczuć granicy między tekstem, a cytatem. Tekst po prostu płynął mieszając wątki komiczne z tragicznymi i wywołując co i rusz salwy śmiechu, a następnie łzy. To był 3-godziny gwałt emocjonalny w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Ogromnym plusem była również muzyka grana na żywo przez aktorów. Nie za głośna, nie za cicha... Idealnie komponowała się ze spektaklem. 

Przejdźmy teraz do wisienki na torcie, czyli do aktorów. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy nie widziałam lepszych (poza Magdą Cielecką w roli Sally Bowles). Ogrom pracy jaki włożyli w ten spektakl po prostu zwala mnie z nóg. Marzę żeby kiedyś zbliżyć się choć trochę do ich poziomu. 
Na specjalną uwagę załuguje Marc Arnaud, który wcielił się w rolę Klitajmestry. Tak, facet grał rolę kobiety. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta rola pasowała mu jak ulał. Jego charyzma i olbrzymi talent sprawiły, że na scenie nie widziałam mężczyzny, ale postać w jaką się wcielał. Nie potrzebował nawet peruki żeby zagrać ją po mistrzowsku. Jego kreacja przebiła wszystko i tak zapisała mi się w pamięci jako demoniczna żona Agamemnona, że spokojnie mogę go dopisać do mojej listy niezapomnianych kreacji aktorskich. Na pewno będę śledzić jego poczynania. 
Drugą aktorką, która najbardziej mnie poruszyła była Emma Pluyaut-Biwer w roli Elektry. Najśmieszniejsze jest to, że przez większość spektaklu była prawie niewidzialna. Dopiero na koniec, w jednym z najważniejszych monologów doprowadziła mnie do łez i w ten sposób zapisała się w mojej pamięci. Można by powiedzieć, że to była tajna broń reżysera. Chyba nie było na sali osoby, która nie doceniłaby jej kreacji. 
Jeśli chodzi o pozostałą dziesiątkę, to również trzymali poziom. Nie mam im nic do zarzucenia. 

Podsumowując: Portrait de famille to jeden z najlepszych spektakli jakie kiedykolwiek miałam okazję obejrzeć. Niezwykle wysoki poziom aktorów, świetny tekst, dopracowana całość. Coraz rzadziej spotyka się takie spektakle, a szkoda... Nigdy go nie zapomnę i mam nadzieję, że kiedyś zbliże się choć trochę do poziomu moich nowych idoli. 
Polecam Wam zapoznać się bliżej z pracą Jean-François Sivadier. Ja na pewno to zrobię, bo podobno jego inne spektakle są równie dobre. Jeśli chcielibyście obejrzeć Portrait de famille, to musicie się pospieszyć: zostały tylko 3 przedstawienia: 13 listopada o 20.00 i 14 listopada o 15.00 i 20.00 w La Cartoucherie de Vincennes. 
tutaj znajdziecie kilka dodatkowych informacji, zdjęcia oraz wywiad z reżyserem. 

lundi 26 octobre 2015

Warsztaty pisarskie.

Od 2 lat uczęszczam na warsztaty pisarskie w ramach zajęć praktycznych, które muszę zaliczyć w każdym semestrze. Trafiłam na nie przez przypadek na pierwszym roku, na drugim zapisałam się na nie dosyć niechętnie, ponieważ inne godziny mi nie pasowały, aż w końcu teraz nie wyobrażałam sobie wybrać innych warsztatów praktycznych. Dlatego opowiem Wam dlaczego moje zdanie tak bardzo się zmieniło i czego te warsztaty mnie nauczyły.
Od zawsze chętnie pisałam. Nigdy nie miałam większego problemu z wypracowaniami w szkole, pisałam pamiętniki, a potem blogi. W gimnazjum, jak pewnie spora część roztrzęsionych emocjonalnie nastolatek, pisałam wiersze, które potem publikowałam w serwisie Poema. Oczywiście musiałam się tam podpisać jakimś durnym pseudonimem, którego teraz nie pamiętam, więc nie mogę Wam pokazać tych wiekopomnych dzieł. Może to i lepiej. Umysł 15-latki, w większości wypadków, jest monotematyczny. ;) Pisałam również opowiadania. Tych z kolei nie publikowałam nigdzie. Innymi słowy: pisałam dużo. I byłam w tym całkiem dobra: moje wiersze przyniosły mi wyróżnienia w konkursach recytatorskich. 
W liceum moja radosna twórczość została trochę przystopowana przez ilość nauki i zajęć, ale pisałam dalej. Tym razem rzuciłam się w sztuki teatralne, które potem z mniejszym lub większym skutkiem usiłowałam przedstawić na scenie teatru w mojej szkole. Tak, moje liceum ma swój teatr (który swoją drogą obchodzi 20-lecie w tym roku). W klasie maturalnej wzięłam się za tłumaczenia piosenek (do tego też potrzeba wyobraźni), co można by było podciągnąć pod poezję aż w końcu znowu zaczęłam pisać scenariusze i tego bloga.

Zatem w czym jest problem skoro jakiś tam warsztat i doświadczenie mam? A w tym, że w pewnym momencie zaczęłam pisać po francusku i nie były to syntezy czy teksty argumentacyjne na romanistyce. 

Kiedy przeprowadziłam się do Paryża, mój francuski był na bardzo dobrym poziomie... akademickim. Mówiłam bardzo poprawnie. Praktycznie nie znałam języka potocznego. Co prawda liznęłam go rok wcześniej podczas pobytu na Ile de Re, ale niedługo po rozpoczęciu roku akademickiego wszystkie potoczne wyrażenia odeszły w niepamięć. Siłą rzeczy, kiedy wpadłam w towarzystwo osób, które mówiły tylko językiem potocznym, musiałam się go nauczyć i wyczuć co kiedy wypada powiedzieć. W końcu être énervé et être vénère nie są sobie równe, mimo tego samego znaczenia (no mniej-więcej). 
Kiedy zaczęłam pracować z Laurent nad Nuit Bouffe, również okazało się, że napisałam ją aż za poprawnie. Przyznam szczerze, że prawie dostałam załamania nerwowego, kiedy kasowałam wszystkie wyszukane słowa, pięknie ułożone zdania z subjonctif w roli głównej, przysłowia i idiomy, które albo nie funkcjonowały w języku francuskim albo znaczyły coś zupełnie innego (a tyle się ich naszukałam w słownikach). Wszystko opatrzone czerwonymi komentarzami: trop soutenu. Nawet jeśli to wszystko było poprawne z gramatycznego punktu widzenia, co broniłam jak lwica, to te wersje zostają na papierze. Francuz tak nie powie. 
Żeby się z tym oswoić, sama zaczęłam używać coraz więcej mowy potocznej, aż w końcu szala przechyliła się w drugą stronę. Do tego stopnia, że ciężko było mi napisać list motywacyjny, podanie czy pracę semestralną. Bogate słownictwo i wyszukane konstrukcje gramatyczne po prostu uleciały. Przyznam szczerze, że byłam załamana tak drastycznym spadkiem poziomu mojego francuskiego.

I tutaj z pomocą przyszły mi warsztaty pisarskie.
Trafiłam na nie zupełnie przez przypadek na pierwszym roku. Po prostu nie było już miejsc w innych grupach. Właściwie, to dopóki nie stawiłam się na zajęciach, nie wiedziałam, że są to warsztaty pisarskie (nie wiedziałam, że istnieją broszury informacyjne). Zajęcia były prowadzone przez pisarza Philippe'a Adama, który specjalizuje się w powieściach i opowiadaniach. Przyjęłam to jak zło konieczne, ponieważ nie tylko było mi ciężko pisać ze względu na fatalny, w tamtym okresie, poziom francuskiego, jak i wewnętrzną blokadę, którą podświadomie sobie narzuciłam pracując nad Nuit Bouffe. Mimo wielu pomysłów na nowe sztuki, bałam się pisać, żeby nie skupić się przypadkiem nad czymś nowym. Zabraniałam sobie pracować dopóki nie doprowadzę do premiery Nuit Bouffe. Dodatkowo, byłam święcie przekonana, że potrzebuję mocnej inspiracji żeby napisać coś dobrego.
Na szczęście, Philippe Adam postanowił pracować z nami nad krótkimi formami takimi jak opisy, wierszyki czy krótkie teksty satyryczne. Mimo to, miałam olbrzymi problem z pisaniem nie tylko z powodów, które już wcześniej wymieniłam, ale również dlatego, że, jako typowa perfekcjonistka, byłam zażenowana i onieśmielona, kiedy musiałam czytać moje bardzo niedopracowane wypociny. Tym bardziej, że moi znajomi z grupy popisywali się naprawdę dobrymi tekstami.

Na drugim roku, po traumie, chciałam uniknąć warsztatów pisarskich i wybrać jakieś inne warsztaty praktyczne. W pierwszym semestrze nawet mi się to udało, ale bardzo szybko pożałowałam swojej decyzji - nigdy więcej zajęć ze scenografii. W drugim semestrze, znowu zostałam przyciśnięta do ściany - albo wybiorę zajęcia praktyczne, które mnie interesują i mogę pożegnać się z zajęciami tematycznymi, na których mi zależało, albo wybiorę zajęcia tematyczne i wyląduję na warsztatach pisarskich lub zagracę sobie piątek. Wybrałam to drugie, piątek został wolny. Tym razem zajęcia byly prowadzone przez dramaturga, Michela Azama. Siłą rzeczy skupiliśmy się na teatrze, co było dla mnie strzałem w dziesiątkę, tym bardziej, że połowa zajęć była przeznaczona na teorię, której streszczenie dostawaliśmy następnie mailem. Wyniosłam nie tylko mnóstwo wiedzy z tych zajęć, ale również powoli zaczęłam przełamywać się, pisać, próbować, a co najważniejsze - słuchać innych i zapisywać słówka, których nie znałam, które mi się przypomniały czy spodobały. Na przykład moim absolutnym hitem było (i nadal jest) słówko se languir de quelque chose/quelqu'un (odczuwać brak czegoś/kogoś). Siłą rzeczy, mój francuski polepszał się. W dodatku Michel Azama zachęcał mnie i innych obcokrajowców do używania kalek, do mylenia się i wplatania w teksty charakterystycznych wyrażeń i zwrotów dla naszych rodzimych języków. Uważał, że czasami takie wstawki są poetyckie i dodają uroku.

W tym roku, nie miałam najmniejszych wątpliwości, że znowu wybiorę warsztaty pisarskie. Po pierwsze dlatego, że chciałam dalej się rozwijać, a po drugie, dlatego, że stanowi to jakąś całość i będę mogła sobie potem wpisać to doświadczenie w CV. Tym razem, warsztaty prowadzi Michèle Sigal, która pisze zarówno powieści, opowiadania, jak i sztuki teatralne. Według broszurki informacyjnej, te zajęcia mają nam pomóc znaleźć nasz własny styl pisania poprzez pisanie różnych form. Mnie ta forma bardzo odpowiada. Michèle Sigal uczy nasz jak umiejętnie poprowadzić historię, jak stworzyć postać, jak ulepszyć to, co już napisaliśmy oraz, co najważniejsze, jak wyrobić w sobie refleks pisania i zmusić wyobraźnię do pracy nawet jeśli nie mamy na to ochoty. Nie narzuca nam formy ani treści. Po prostu daje jakiś ogólny temat i czas, a my piszemy.
Przyznam szczerze, że te zajęcia odpowiadają mi najbardziej. Rozwijam przy niej skrzydła. Po 5 tygodniach zajęć, mój francuski przekroczył swój dawny poziom - jestem bogatsza o kilka nowych rejestrów, a ja jestem w stanie napisać dobry tekst o 9 rano, będąc jeszcze jedną nogą w łóżku. No i co najważniejsze - przekonałam się, że jestem dobra w tym, co robię - moje teksty cieszą się uznaniem zarówno moich znajomych, jak i Michèle Sigal.

Gdybym wiedziała to, co wiem teraz, to na pewno już podczas mojej nauki francuskiego zapisałabym się na jakieś warsztaty. Pisanie jest tak samo ważne jak mówienie. I nie chodzi tu tylko o pisanie tekstów akademickich. Ćwicząc pisanie, ćwiczymy nie tylko naszą wyobraźnię, ale również język. Dlatego, gdybym teraz udzielała korepetycji i miała udzielić jakiejś rady mojemu uczniowi, powiedziałabym: pisz.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Ogłoszenie parafialne!

Chcesz wiedzieć, co się u mnie dzieje na bieżąco? 
Śledź mnie na Instagramie (instagram.com/agnes.wieckowska). Tam znajdziesz migawki z codziennego życia w Paryżu. 

samedi 10 octobre 2015

Nowy tatuaż = nowy początek?

2 i pół roku temu zrobiłam sobie pierwszy tatuaż. Jak się z nim czuję teraz? Na tyle dobrze, że ponownie przekroczyłam próg MAT Tattoo, przez 3 godziny zagryzałam ręce z bólu i wyszłam z nowym nabytkiem na stopie.
Narzędzia zbrodni

Decyzja była spontaniczna. Ważne spotkanie wypadło mi akurat w środku dnia, więc opuściłam zajęcia, a co za tym idzie, miałam całe popołudnie wolne. Postanowiłam więc pozałatwiać sprawy, a jedną z tych spraw było umówienie się na zrobienie tatuażu. Kiedy dotarłam do MAT Tattoo (studio, w którym tatuowałam się po raz pierwszy), okazało się, że jakiś klient odwołał spotkanie, a ja mogę wskoczyć na jego miejsce. Nie miałam przy sobie zdjęcia mojego projektu, ale co tam. Wiedziałam co i gdzie chcę mieć, no i miałam powody żeby świętować. Wpadłam w ręce Juliena, który jest obecnym właścicielem MAT Tattoo i którego pamiętałam z mojej poprzedniej wizyty w studio. Cóż... Lepiej chyba trafić nie mogłam. 16 lat doświadczenia w zawodzie, a co za tym idzie, doskonała znajomość ludzkiego ciała, technik tatuażu oraz właściwości tuszu pozwalają mu na rządzenie się i narzucanie swojego zdania. Mi to akurat nie przeszkadza, bo tatuażysta jest artystą, który musi się jakoś wyżyć. Poza tym jest to osoba, której trzeba absolutnie zaufać - w końcu przez najbliższe kilka godzin będzie mi orała skórę igłami i to od niej zależy jakość tego, co znajdzie się na mojej skórze. Wolę więc wypracować jakiś kompromis z kimś doświadczonym niż mieć przed sobą kogoś, kto mi przytaknie, wytatuuje coś, co będzie źle wyglądało ze względu na rozmiar/miejsce/zły kolor, a ja w rezultacie będę tego żałować. Julien od razu wybił mi z głowy mój pomysł eterycznej róży na stopie w technice watercolor, w pastelowych kolorach. A może nie tyle wybił, co powiedział, że ok, on może mi to wytatuować, ale nie na stopie, bo pastele szybko wyblakną chociażby przez tarcie skarpetki o skórę. Kiedy już doszliśmy do porozumienia, zamknął się na dobre 45 minut w gabinecie żeby zaprojektować mój tatuaż. Po 3 godzinach słuchania metalu i robienia dobrej miny do złej gry, na mojej stopie pojawiła się piękna róża w stylu oldschool.


Przyznam szczerze, że trochę źle oceniłam moją wytrzymałość na ból. Pierwszy tatuaż zniosłam bardzo dobrze i przez to stwierdziłam, że pewnie zasłyszane opinie, że tatuowanie stopy bardzo boli, są trochę przesadzone. W końcu tatuaż wzdłuż kręgosłupa też miał boleć jak diabli. Domyślałam się jednak, że stopa będzie bardziej bolesna niż plecy, bo skóra jest cieńsza i tak dalej...
Cóż... W życiu nie czułam takiego bólu. Myślałam, że nic nie przebije bólu spowodowanego kolką nerkową czy złamaniem kości ogonowej, a tu niespodzianka. 
Ja osobiście przechodziłam przez dwie fazy w trakcie tatuowania: przez pierwsze półtorej godziny zastanawiałam się, co mi strzeliło do głowy; przez kolejne półtorej godziny było mi już wszystko jedno i nawet nie chciałam robić przerw, żeby jak najszybciej mieć to za sobą. Przerwa niestety narzuciła się sama, kiedy po ponad 2 godzinach prawie zemdlałam. Brzmi to dosyć dramatycznie, a prawda jest taka, że spędziłam cały dzień na owsiance - ból i pusty żołądek to nie jest dobre połączenie. 
Gojenie tatuażu potrwa około miesiąca. Wydaje mi się, że przy tatuażu na stopie proces gojenia jest bardziej upierdliwy. Stopa i kostka bardzo mi spuchły jeszcze w trakcie wykonywania tatuażu. Kiedy piszę ten tekst (noc z piatku na sobotę) opuchlizna już prawie zeszła. Jeszcze trochę ją widać przy kostce, ale myślę, że do niedzieli już wszystko wróci do normy. Sam tatuaż robiłam we wtorek (6 października), a zdjęcie powyżej w czwartek. Od wtorku do czwartku zakładanie skarpetki, butów czy nawet chodzenie było dosyć niekomfortowe, żeby nie powiedzieć bolesne. Myślę jednak, że bardzo regularne smarowanie tatuażu tłustym kremem robi swoje i proces gojenia przebiega szybciej. Niestety Bepanthen jest bardzo tłusty i brudzący, więc muszę nieźle się nagimnastykować żeby nie ubrudzić pościeli. 

Za tatuaż w kolorze zapłaciłam 200€. Czarno-biały kosztowałby 150€. Cena jest adekwatna do jakości, chociaż nie jest adekwatna do czasu jaki Julien włożył w wykonanie - dziubanie tej róży trwało dłużej niż zrobienie mojego tatuażu na plecach. Fakt - to droga ozdoba, ale warta swojej ceny. 

Jeśli ktoś z Was mieszka w Paryżu i zastanawia się nad tatuażem, to z czystym sumieniem mogę polecić MAT Tattoo. Dla mnie to studio ma wszystko, co powinno mieć: świetnych profesjonalistów, przystępne ceny, no i fajną atmosferę (dawno nikt tak nie dbał o mój komfort jak cała ekipa MAT Tattoo). Ja tam jeszcze wrócę i to nie tylko na wizytę kontrolną czy na kawę. 

Uprzedzając pytania, powiem Wam, że w dalszym ciągu nie spotkałam się z negatywymi głosami jeśli chodzi o tatuaże w teatrze. Większość aktorów nie ma tatuaży (albo ma je dobrze ukryte). Posiadanie tatuaży nie jest odbierane jako problem, tym bardziej, że rynek kosmetyczny jest na tyle rozwinięty, że z łatwością można kupić podkład czy korektor, który całkowicie zakryje tatuaż. Sama mam taki podkład w domu. 

Nawiązując do tytułu tego posta, to we Francji spotkałam się z przekonaniem, że osoba, która robi sobie piercing zmieni coś w swoim życiu. Z kolei osoba, która robi sobie tatuaż zamyka jakiś rozdział w swoim życiu i/lub zaczyna coś nowego. Nie wiem jeszcze, co w moim życiu się skończyło. Wiem za to, że przede mną 13 bardzo pracowitych i ważnych miesięcy. Odliczanie do premiery Nuit Bouffe właśnie się zaczęło. Byle do listopada 2016!

samedi 26 septembre 2015

Teatralny maraton.

Po czym poznać, że studenci teatrologii wrócili na uczelnię?
Po kolejkach rodem z PRL-u do uczelnianej bileterni oraz po wypełnionych po brzegi kalendarzach.

Jedną z największych zalet mojej uczelni jest właśnie bileternia, gdzie kupuję bilety do teatrów, na koncerty, festiwale i inne wydarzenia artystyczne za grosze. Często można kupić bilety, które nie są jeszcze dostępne w sprzedaży albo które oficjalnie zostały już dawno wyprzedane. Powiedzmy sobie szczerze - lubię to! Moi wykładowcy też to lubią, więc rezerwują nam bilety na spektakle, które musimy zobaczyć w ramach zajęć. Nic więc dziwnego, że na początku roku bileternia przeżywa oblężenie - wszyscy chcą jak najszybciej zaopatrzyć się w bilety na obowiązkowe spektakle, a przy okazji zawsze wpadnie coś ekstra. Swoistym konkursem na moim roku jest licytowanie się, kto ile wydał za jednym zamachem. W tym roku padł rekord - 460€.
Pokażę Wam, co udało mi się wywalczyć wczoraj po półtorej godziny stania w kolejce oraz opowiem Wam o pozostałych teatralnych planach.


11 października - Reality, reżyseria: Antonio Tagliarini/Daria Deflorian, Théâtre National de la Colline
Spektakl oparty na La vie est un reportage Mariusza Szczygła, który muszę obejrzeć w ramach zajęć z przedmiotu o wdzięcznej nazwie: Tekst w teatrze. Nawet pracę semestralną muszę o tym napisać. Do tej pory repertuar La Colline mnie nie przekonywał. Mam nadzieję, że w tym roku to się zmieni.

7 listopada - A ce projet personne ne s'opposait, reżyseria: Alexis Armengol, Théâtre National de la Colline 
Kolejny spektakl w ramach zajęć. Tym razem zainspirowany Prometeuszem w okowach Ajschylosa. Podobno ciekawy, a przynajmniej tak twierdzi mój wykładowca. Z reguły współczesne adaptacje antycznych sztuk są ciekawe.

12 listopada - Portrait de "famille", reżyseria: Jean-Francois Sivadier, CDC Atelier de Paris - Caroline Carlson.
Tak naprawdę to nie jest spektakl tylko prezentacja pracy warsztatów aktorskich pod kierownictwem Sivadiera. Uczestnicy warsztatów pracowali nad postaciami ze sztuk Sofoklesa, Ajschylosa i Eurypidesa, a efektem tej pracy ma być rodzinny portret Agamemnona i jego dzieci. 

13 listopada - La Légende du Roi Arthur, reżyseria Giuliano Peparini, Palais des Congres.
Mówiłam, że jeszcze tam wrócę i to na pewno nie będzie ostatni raz. :) Normalnie moja uczelnia nie współpracuje z Palais des Congres ani z nikim innym z tej produkcji, ale jak się dobrze zagada z dziewczynami, to wszystko jest możliwe. Niewątpliwą zaletą studiowania teatrologii są właśnie zniżki na samo hasło jestem z teatrologii (w domyśle: jak już chce przyjść to dlatego, że jest mi to potrzebne). Oczywiście, w tym przypadku, taki manewr działa tylko raz.

15 listopada - Life and Time 8, Nature Theatre of Oklahoma, Théâtre de la Cite internationale.
Spektakl złożony z rozmów telefonicznych. Po angielsku. Na zajęcia z tekstu w teatrze.

22 listopada - Fin d'histoire, reżyseria: Christophe Honore, Théâtre National de la Colline.
Spektakl w oparciu o teksty Gombrowicza. Brzmi ciekawie, nie? Dlatego wybieramy się tam z Niką i Holly. :)

24 listopada - Odipus der Tyrann, reżyseria: Romeo Castellucci, Théâtre de la Ville 
Wstyd się przyznać, ale nie widziałam jeszcze żadnego spektaklu Castellucciego, mimo że jest to jeden z reżeserów, których trzeba znać i oglądać kiedy studiuje się teatrologię. Jego sztuki są zazwyczaj określane jako specjalne. Pamiętam też, że kilka lat temu pół Europy (w tym Polska) chciało go ocenzurować za spektakl o Jezusie, dlatego myślę, że się polubimy. 

9 grudnia - Orestie, reżyseria: Romeo Castellucci, Théâtre de l’Odéon
Nie, nie zapałałam przedwczesną miłością do Castellucciego. Ten, jak i poprzedni, spektakl muszę obejrzeć na zajęcia o współczesnej iterpretacji antycznych tragedii. Podobno bilety na ten spektakl wyprzedają się w mgnieniu oka.

10 grudnia - Cabaret, reżyseria: Michel Kacenelenbogen, Théâtre National (Bruksela)
Chyba nie muszę mówić, że czekam na ten spektakl z niecierpliwością. ;) Przy okazji zwiedzę Brukselę i odwiedzę Nikę. 

W planach mam jeszcze wypad na one man show Verino s'installe w Le Grand Point-Virgule, ale czekam aż dziewczyny z bileterni dostaną bilety. Chodzę wokół tego one man show już od kilku miesięcy i jakoś dobić nie mogę.
Chcę też wybrać się jeszcze minimum raz na La Légende du Roi Arthur (tak, mam coś z głową). Prawdopodobnie będzie to 19 grudnia. 

Przyznam Wam się szczerze, że tak napięty grafik trochę mnie przeraża. W teatrze też nas nie oszczędzają, co oznacza, że czekają mnie długie maratony kiedy dzień z dzień będę na scenie lub na widowni. Tym bardziej, że moja zmienniczka nie ma już ochoty grać i w rezultacie zostałam sama. Trochę mi to pokrzyżowało plany, ponieważ kilka dat pokrywa mi się albo z zajęciami na uczelni albo z moimi wypadami do teatru, których nie mogę przełożyć albo z wizytą u lekarza, na którą czekam już dłuższy czas. Mimo że od 2 lat trąbię o tym, że nigdy nie znam moich dokładnych niedyspozycji (bo trzeba je podać zanim mam swój plan zajęć) i dlatego wolę mieć kogoś na zastępstwo, to zazwyczaj wychodzi tak jak teraz: wizyty u lekarza pewnie będę musiała przełożyć, kilka razy opuszczę zajęcia, no i narażę się na reprymendy jeśli trzeba będzie odwołać spektakl, bo nie będzie miał mnie kto zastąpić. W takich chwilach cieszę się, że Tebaida kończy się w grudniu i że niebawem zacznę pracować na swoje konto.

A jakie są Wasze plany teatralne na najbliższe miesiące?

vendredi 18 septembre 2015

La Légende du Roi Arthur.

Tak! Byłam na premierze! Wypad na premierę był nieplanowany, bo przez długi czas bilety nie były dostępne w sprzedaży. Można je było jedynie wygrać w różnych konkursach, do których kompletnie nie mam szczęścia. Dlatego, kiedy tydzień temu zobaczyłam, że otworzono sprzedaż biletów na premierę, a ich cena nie przyprawiała o ból głowy i wrzody żołądka, no to dwa razy nie trzeba mi było powtarzać - szybciutko wyskoczyłam z kasy. To był pierwszy raz w moim życiu kiedy mogłam uczestniczyć w premierze francuskiego musicalu i na pewno nie zapomnę tego dnia. 
Ten tekst nie będzie recenzją spektaklu. Chcę przedstawić tylko moje luźne wrażenia po premierze. Na pewno zagoszczę jeszcze minimum 2 razy na widowni Palais de Congres, więc się wstrzymam z wydawaniem opinii. 


Każdy, kto intersuje się tym specyficznym gatunkiem, jakim jest musical, wie, że francuskie produkcje są dosyć specyficzne i różnią się od tych londyńskich czy broadway'owskich. O ile słynne, angielskie i amerykańskie musicale próbują wkupić się w łaski środowiska teatralnego szanując praktycznie wszystkie zasady jakimi rządzi się teatralny światek, o tyle Francuzi już dawno zrezygnowali z prób wciskania musicali na ten sam poziom, który zajmują sztuki teatralne cieszące się dobrymi recenzjami. Kiedyś, mianem théâtre de boulevard (teatr bulwarowy, bulwarówki) określano, między innymi, wodewile i melodramaty, teraz mam wrażenie, że to lekko pejoratywne miano przypisuje się musicalom. Francuscy twórcy nie ukrywają nawet, że musicale po prostu świetnie się sprzedają - to nie ma być gatunek dla osób z wyszukanym gustem, ale raczej dla osób, które lubią kulturę, chcą od czasu do czasu rozerwać się i odchamić. Musicale przyciągają dzięki lekkiej formie i fajnej muzyce, dzięki czemu nawet ciężkie historie nie są przytłaczające. Francuzi (o ile się nie mylę) wymyślili też chwyt, dzięki któremu ich produkcje mają jeszcze większe wzięcie - najpierw tworzy się album z piosenkami, który ma się sprzedać i wypromować spektakl, a następnie myśli się o całym przedstawieniu. Przepis na sukces? Być może, skoro sprawdza się już od ponad 10 lat. 
Moje pierwsze wspomnienia związane z teatrem, to również musicale. Konkretniej musical Metro Janusza Józefowicza. Potem inne musicale teatru Studio Buffo, następnie teatru Roma. W końcu, 10 lat temu, obejrzałam mój pierwszy francuski musical, Romeo & Juliette. Wtedy mnie nie zachwycił, bo nie znałam francuskiego. Jednak 2 lata później, kompletnie oszalałam na punkcie Le Roi Soleil, który pchnął mnie do nauki francuskiego. Potem był jeszcze Mozart l’Opéra Rock - pierwszy francuski musical jaki miałam okazję obejrzeć na żywo, no i Cabaret 4 lata temu. Resztę historii już chyba znacie. Można by powiedzieć, że największy wpływ na mnie miały musicale wyprodukowane przez Dove'a Attia i Alberta Cohena, czyli dzięki tym dwóm panom, jestem tu, gdzie teraz jestem. Wypad na premierę La Légende du Roi Arthur był więc do przewidzenia. 


Na początek kilka informacji praktycznych.
La Légende du Roi Arthur zostaje w Palais de Congres w Paryżu do stycznia 2016 roku, następnie rusza w tournée po Francji. Ceny biletów wahają się od 25€ (4 kategoria) do 85€ (Carre d'Or). 
Moim zdaniem, nie opłaca się kupować biletów poza Carre d'Or i 1 kategorią. Ja akurat kupiłam bilet w 1 kategorii na billetreduc.com. To był błąd, ponieważ nie mogłam wybrać sobie miejsca i w rezultacie wylądowałam z boku. Teoretycznie byłam w miarę blisko sceny, ale mimo to uważam, że widoczność była kiepska. Wolę sobie nawet nie wyobrażać jak fatalna widoczność jest w kategoriach 2-4. Sala Palais de Congres jest olbrzymia, więc przypuszczam, że kategoria 4 nie obeszła się bez lornetek.  Następnym razem będę celować w Carre d'Or i najlepiej z pierwsze rzędy, żeby móc cieszyć się w pełni spektaklem. 
Cały spektakl trwa 2 i pół godziny z 20 minutową przerwą. Z racji wielkości sali, punktualne rozpoczęcie przedstawienia nie wchodzi w grę.

Florent Mothe

Jeśli chodzi zaś o sam spektakl, to było to cudowne doświadczenie. Dawno nie miałam okazji obejrzeć takiego widowiska i polecam je każdemu z całego serca. 
Najmocniejszą stroną musicalu są wokaliści (z jednym wyjątkiem) i muzyka. W moim przypadku częstotliwość ciar i opadania szczęki przekroczyła dopuszczalne normy. Jeśli raj istnieje, to chcę żeby w moim raju śpiewał Florent Mothe. Nigdy nie kryłam sympatii do tego artysty i zawsze twierdziłam, że ma świetny głos. Jednak nagrania, a wykonanie na żywo, to jak niebo i ziemia. Facet po prostu potrafi zrobić dobrze całej sali samym głosem. Na szczególną uwagę zasługują również Charlie Boisseau (Lancelot) oraz Fabien Incardona (Meleagant), których jakiś czas temu można było posłuchać we francuskiej wersji The Voice. Moim osobistym odkryciem zostali Zaho (Morgane) - trochę zapomniana piosenkarka - oraz Julien Lamassonne (Urien). Cała piątka ma świetne warunki wokalne. W połączeniu z muzyką, jest to po prostu uczta dla uszu. 
Z kolei ucztą dla oczu są kostiumy. Prawdziwy majstersztyk. Tak dopracowane, że ma się wrażenie, że zostały żywcem wyjęte z epoki Króla Artura. W połączeniu ze scenografią i historią wprowadzają nas w tej niezwykły świat Rycerzy Okrągłęgo Stołu. Magia działa. 
Choreografię i reżyserię powierzono Włochowi, Giuliano Peparini. O ile choreografia jest świetna, o tyle mam szczerą nadzieję, że niektóre elementy reżyserii zostaną poprawione. Cały spektakl skupia się na środku sceny, przez co mniej-więcej połowa wielkiej sceny jest niewykorzystana, a aktorzy często są odwróceni tyłem do osób siedzących po bokach sali. Tak, wiem, że narzekam, ale mi to naprawdę przeszkadza. 
Małym bemolem spektaklu jest, niestety, Camille Lou. Bardzo odstaje wokalnie (i nie tylko) od reszty. 

Dalsza część tego postu to będzie jeden wielki spoiler. Dlatego, jeśli macie zamiar obejrzeć La Légende du Roi Arthur i nie chcecie sobie psuć niespodzianki, to możecie już skończyć czytać. Z mojej strony mogę Wam tylko powiedzieć, że nie wahałabym się ani chwili dłużej i czym prędzej kupiłabym bilety. Sama to zrobię za jakiś czas. ;) Na końcu posta znajdziecie tylko kilka zdjęć i filmików.

Jeśli jednak interesuje Was małe streszczenie i mój subiektywny punkt widzenia, to zapraszam do dalszej lektury.

Florent Mothe & Camille Lou
Spektakl składa się z 27 utworów i nie zawiera dwóch piosenek, które ukazały się na pierwszej wersji plyty: Le monde est parfait w wykonaniu Charlie Boisseau oraz Tant de haine w wykonaniu Fabiena Incardony. 
Ogółem główny wątek historii jest dosyć prosty i można go streścić jednym zdaniem: Ona jedna, a ich trzech. Nie jest tajemnicą, że najlepiej sprzedają się skomplikowane historie miłosne i myślę, że musical na tym troszkę ucierpiał. Głównym bohaterem miał być w końcu Król Artur i jego poszukiwania Świętego Graala. Tymczasem mam wrażenie, że w centrum stawia się Guenièvre, która rzuciła Meleaganta, wyszła za Artura, a kocha Lancelota. Sporo jak na jedną niewiastę. Może to przekonanie wynika też z tego, że Camille Lou w roli Guenièvre jest po prostu mdła i nijaka. Bardzo słabo wypada na tle reszty zespołu zarówno wokalnie jak i aktorsko. Jedyna scena, w której mi się podobała to Tu vas le payer ze zdjęcia powyżej - Morgane, przyrodnia siostra Artura, rzuca czar na brata, przybiera postać Guenièvre i kocha się z nim (na stole. a jak!) żeby zajść z nim w ciążę i zemścić się na nim rozbijając jego szczęśliwe życie. 

No właśnie... Morgane... Zacznijmy od początku. Artur jest nieślubnym synem króla Bretanii, Uthera Pendragona, który pewnego razu poczuł miętę do księżnej Kornwalii. Księżna była zamężna, więc odmówiła. Król wściekł się i rozkazał Merlinowi (David Alexis) wymyślić jakiś podstęp, żeby móc ją zdobyć. Kiedy jej mąż wyjechał na wojnę, Merlin zmienił króla w księcia Kornwalii, a ten bez problemu posiadł kobietę. Całe zajście obserwowała 5-letnia Morgane (Zaho), która jako jedyna zorientowała się, że to nie jest jej ojciec. Księżna zaszła w ciążę i urodziła Artura (Florent Mothe), którego Merlin odebrał jej zaraz po porodzie i oddał na wychowanie rycerzowi Ke (Olivier Mathieu). Morgane poprzysięgła zemścić się na swoim przyrodnim bracie za krzywdę jaką jego ojciec wyrządził jej rodzinie. To wszystko opowiada piosenka A l'enfant, jedna z piękniejszych scen musicalu, kiedy to Morgane przybywa na dwór Króla Artura i wyjawia mu prawdę na temat jego przeszłości. 
Historia zaczyna się od momentu, w którym Uther Pendragon umiera zostawiając kraj w ruinie, a Merlin postanawia odnaleźć Artura, który jest giermkiem Ke i postawić go przed wyzwaniem Excalibura. I wszystko byłoby tutaj pięknie, gdyby nie to, że do Francji również zawitała ta okropna moda na ekrany zamiast scenografii z prawdziwego zdarzenia. W spektaklu jest mnóstwo animacji mniej lub bardziej kiczowatych, co mi osobiście przeszkadza, no ale cóż... Taka piękna scena z tym Excaliburem, a tak spartaczona przez kiczowaty obraz na ekranach w tle. 
Po tej scenie akcja toczy się wręcz błyskawicznie. Czasami nawet za szybko, przez co sceny wydają się niedopracowane. Jeszcze Artur dobrze się nie zastanowił kim jest (Qui suis-je?), a już jedzie ratować zamek Guenièvre z opresji. Fakt, że walki na miecze robią wrażenie, ale mogłyby być trochę dłuższe. 
Kiedy wyżej pisałam o tym, że spektakl skupia się na środkowej części sceny i że boki są niewykorzystane, miałam na myśli to, że czasami robi w centrum robi się straszny tłok. I nie mówię tu tylko o liczbie osób. Momentami miałam wrażenie, że aktorzy i tancerze po prostu sobie przeszkadzają. Bardzo źle to wyglądało, tym bardziej, że reżyser miał bardzo dużo miejsca do rozdysponowania. I tak na przykład w scenie Quelque chose de magique mamy Artura i Guenièvre, którzy po protu kleją się do siebie. Myślę, że ciekawszym rozwiązaniem byłoby pokazanie właśnie tego przyciągania zamiast sklejać ich od początku. Podobnie w ostatniej scenie pierwszego aktu (Si je te promets). Taka piosenka (jedna z moich ulubionych), takie rozterki (mamy tu już trójkącik Artur-Guenièvre-Lancelot) i taki tłok w centrum.  
Jeszcze inną wpadka, tym razem kostiumową, był świecący gorset Guenièvre w scenie Au diable, kiedy to Guenièvre przybywa na dwór króla. I kiedy mówię świecący, to nie mam na myśli brokatu, czy brylancików. Mam na myśli żarówki. Tak, żarówki. 

No ale koniec tego narzekania! Drugi akt jest zdecydowanie lepszy i chyba bardziej dopracowany. W tym akcie nie ma już takiego pędu za historią jak w pierwszym. Bardziej skupiamy się na tym, czy i jak Artur odkryje romans swojej żony z rycerzem. Wszystkie wątki rozwiązują się powoli, pokolei. Moim zdaniem, ostatnia scena (Auprès d'un autre) jest jedną z najpiękniejszych scen musicalowych. 
Na uwagę zasługuje również koncepcja Okrągłego Stołu oraz to jak to zostało rozwiązane mechanicznie. 

Jeśli chodzi jeszcze o mocne punkty tego spektaklu to na szczególną uwagę zasługuje wątek Morgane i Artura. Ich relacje są świetnie pokazane, tak jak lubię najbardziej - żadna z tych postaci nie jest płaska. Nie można tak naprawdę określić kto jest dobry, a kto zły. 
Podobnie jest z Merlinem - jest on wielowymiarowy, nawet jeśli sam mówi o sobie, że jest tylko narzędziem przeznaczenia i nie ma wpływ na sswoje decyzje. Żadna z tych postaci nie jest jednoznaczna. Takie lubię najbardziej. 
Ciekawą postacią jest również Leia - z jednej strony prawa ręka Morgane, z drugiej guwernantka Guenievre. Tamara Fernando jest doskonałą tancerką znaną z pięknych solówek z Mozarta czy 1789 Les Amants de la Bastille, dlatego cieszę się, że tutaj dostała większą rolę.

Jak w prawie każdym musicalu Dove'a Attia, tak i tutaj nie mogło zabraknąć komicznego duetu, którego teksty pewnie staną się niedługo kultowe. Tym razem padło na Ke i... Merlina! 

Mam nadzieję, że musical zostanie wydany na dvd. To prawdziwa perełka, którą trzeba zobaczyć. 






I na koniec film z wczoraj. Nie mój. Kocham tę atmosferę na koniec spektaklu.


mercredi 9 septembre 2015

Propaganda ma się dobrze.

Nie, to nie będzie kolejny wpis o uchodźcach. Nie przedstawię nawet mojego zdania na ten temat, bo ktoś już to zrobił za mnie, a ja lepiej bym tego nie ujęła. Jeśli jednak kogoś interesuje moje stanowisko, to zachęcam do przeczytania tekstu Jasona Hunta oraz komentarzy Michała Szymankiewicza pod tym właśnie tekstem. Opowiem Wam za to o pewnym zjawisku, które obserwuję, między innymi, na Facebooku. 

Propaganda to, według Słownika Języka Polskiegoszerzenie pewnych poglądów, idei, haseł, mające na celu pozyskanie zwolenników oraz technika sterowania poglądami i zachowaniami ludzkimi polegająca na celowym, natarczywym, połączonym z manipulacją oddziaływaniu na zbiorowość. Hasło niby znane, ale często zapominane, nie? 

Odkąd problem uchodźców narasta, na Facebooku co i rusz widzę grafiki czy linki do artykułów, które opowiadają się wyraźnie za lub przeciw przyjmowaniu Syryjczyków. Nie zdziwi Was pewnie fakt, że znaczna większość tych grafik, artykułów czy nawet urywków jakichś nagrań straszy przed islamizacją Europy. Tak samo jak nie zdziwi Was to, że właśnie te negatywne materiały są najchętniej kopiowane i wywołują coś na kształt dyskusji, w których próżno szukać jakiegokolwiek śladu inteligencji, bowiem większość wypowiedzi to, np. Do gazu z nimi!, Niech wypierdalają., Polki, które sypiają z Arabusami to kurwy. i tak dalej... i tak dalej... Tak, właśnie takie wypowiedzi znazlałam w jednej z grup dla Polaków w Paryżu na Facebooku. 
Kilka osób, w tym ja, próbowało wytłumaczyć autorom tych quasi-nazistowskich komentarzy, że może warto by było sprawdzić prawdziwość informacji podawanych w filmikach, kontekst wstawianych masowo zdjęć z martwymi ludźmi i inne informacje, które pochodzą z niepewnych źródeł, a które wszyscy odbierają jako świętą prawdę na temat uchodźców. Wszystkich uchodźców. Nie muszę chyba mówić, że efekt był mniej-więcej taki jakby rzucić grochem o ścianę i tyle. 
Wtedy jeszcze wydawało mi się, że może ślepota tych osób na inne argumenty, brak zdolności do wyszukania informacji czy nawet do przemyślenia tego, co już im się podaje jak na tacy wynika z niskiego wykształcenia. Wszak studia uczą nas jak wybierać źródła, szukać potrzebnych informacji i porównywać je między sobą. No a potem kilka znajomych po studiach również zaczęło zasypywać Facebooka różnymi, często nieprawdziwymi informacjami. Takimi jak to:




Jak widać na załączonych obrazkach, manipulacja zdjęciami, a także informacjami ma się świetnie.  Z jednej strony zdjęcie z kampanii, która wywołała poruszenie jakiś czas temu, z drugiej, zdjęcie z tej samej kampanii, ale już z nieprawdziwą informacją rozsyłaną przez spamerskie boty. W końcu trzecie zdjęcie: nadal fałszywa informacja z jakiejś podejrzanej strony. Takich przykładów na Facebooku jest na pęczki. Ktoś zadał sobie nawet trud żeby napisać wypowiedzieć jakiegoś niby-muzułmanina żyjącego w Polsce, który straszy zaplanowaną kolonializacją. Nie wiem już skąd bierze się ślepa wiara w to, że wszystko, co znajdzie się w internecie na pewno jest prawdziwe. I nie mam już nawet siły żeby tłumaczyć i walczyć z głupotą. 
Propaganda w tej sprawie działa nadzwyczaj skutecznie w obie strony. Jedni litują się nad 3-letnim chłopcem i są gotowi pomagać, a to się chwali, nawet jeśli trzeba było długo czekać aż ktoś ruszy palcem. To nie pierwsze i nie ostatnie dziecko, które zginie w tej wojnie. Jednak jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to dlaczego mielibyśmy nie pomóc te osobie? Nieważne czy jest katolikiem czy muzułmaninem, biały, czarny czy zielony. To też człowiek. 
Niestety propaganda przeciwko uchodźcom jest bardziej skuteczna i wywołuje czystą, bezpodstawną nienawiść, której nie rozumiem i nie akceptuję. Polscy uchodźcy z czasów Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej, a następnie z czasów PRLu nie byli lepsi ani gorsi od uchodźców z Syrii. Mimo to, współcześni Polacy, z tego samego kraju, który kiedyś był nazywany Krajem bez stosów, raczej plują w twarz tym, którzy kiedyś wyciągnęli rekę do naszych przodków. A wszystko to dlatego, że ciężko jest im sięgnąć po jakąś sensowną książkę, czy zweryfikować informacje podawane na Facebooku. 
Obawiam się, że szybciej Polska stanie się krajem idiotów niż Europa zostanie zislamizowana. 

mardi 8 septembre 2015

5 typów ludzi, których spotkasz w teatrze.

Sezon teatralny zaczął się dla mnie w ubiegły czwartek, 3 września, kiedy to Tebaida wróciła na deski teatru Nord-Ouest. Muszę przyznać, że trochę się rozleniwiłam i odzwyczaiłam od grania, bo chciałam jak najbardziej odpocząć i zebrać siły na ten nowy sezon. Teatru w wakacje nie odwiedziłam ani razu. Zresztą, nie było po co go odwiedzać, bo w teatrze był kręcony film, a co za tym idzie, panował wielki rozgardiasz. Ograniczyłam również kontakty z moimi kolegami i koleżankami do kilku kontrolnych smsów.
Kiedy jednak przekroczyłam próg teatru te kilka dni temu, uderzyło mnie to, co już wcześniej widziałam i o czym dzisiaj chcę Wam napisać. Przedstawię Wam 5 typów ludzi, którzy najbardziej wyróżniają się w pozytywny lub negatywy sposób w teatralnej społeczności.



Jego Ekscelencja Spamer.

Pierwszym typem jest osobnik, który nie przeżyje dnia bez promowania spektaklu, w którym gra lub który wyreżyserował, swojej własnej osoby lub swoich dzieci, które stawiają pierwsze kroki na scenie czy przed kamerą. Jeśli teatr proponuje kilka różnych spektakli w tygodniu, Spamer powiesi afisz swojego spektaklu i rozłoży ulotki w najbardziej widocznym miejscu, tak żeby było go widać już przy wejściu. Afisze i ulotki zostawi również poza teatrem, gdzie tylko się da, np. przypnie je do każdej tablicy informacyjnej na uczelni (moja uczelnia oraz Université Paris 8 są regularnie obwieszane afiszami jednego ze Spamerów z teatru Nord-Ouest i nie jestem to ja). Do tego, kilka razy dziennie aktualizuje swojego Facebooka przypominając kiedy gra, w czym gra, zapraszając do kilku wydarzeń dotyczących tej samej sztuki. Zdaża mu się również zaśmiecać tablice swoich znajomych oraz wszystkie możliwe grupy dotyczące pracy aktora. Spamer nie ma wakacji ani dni wolnych. Jest aktywny 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku.  
Zazwyczaj działania Spamera przynoszą odwrotny skutek do zamierzonego. Natrętna promocja zniechęca do obejrzenia spektaklu, który i tak, zazwyczaj, jest bardzo przeciętny.

Człowiek Orkiestra.

Reżyser, aktor, oświetleniowiec, dźwiekowiec, producent, księgowy, scenograf i kostiumolog w jednym? Czy to Superman? Nie. To Człowiek Orkiestra!
To taki typ człowieka, który zajmuje się absolutnie wszystkim i potrafi wszystko zorganizować tak, żeby to miało ręce i nogi. Nie ma nic w tym złego, bo większość grup teatralnych, które nie mają producenta i nie mogą opłacić z własnej kieszeni chociaż dwóch z wyżej wymienionych osób, muszą mieć w składzie chociaż jednego Człowieka Orkiestrę, który ogarnie to wszystko za nich. Ja również wpisuję się trochę w ten typ, bo moge robić wszystko sama i stety/niestety będę musiała ogarnąć sama moją grupę teatralną. Wolę jednak znaleźć sobie dobrych znajomych, którzy są chętni mi pomóc.
Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy Człowiekowi Orkiestrze woda sodowa uderza do głowy i zaczyna uważać, że nie potrzebuje nikogo do pomocy, bo on to wszystko zrobi najlepiej. To znaczy zrobi spektakl, w którym sam zagra główną rolę, bo według niego nikt nie dorówna jego świetności na scenie. Efekt jest taki, że na kilka dni przed premierą lepiej nie podchodzić do Człowieka Orkiestry bez kija.

Artysta przez wielkie A.

Jeśli ktoś z Was obracał się kiedyś w artystycznym środowisku, to na pewno znacie ten typ. Artysta przez wielkie A nigdy nie przechodzi niezauważony. Zawsze patrzy na innych z góry, twierdząc, że ludzie nie znają się na prawdziwej sztuce, a on, jako Artysta, czuje się, a może nawet ma misję, bycia niezrozmianym i niedocenionym.
W teatrze, Artysta przez wielkie A nie będzie trudnił się wyreżyserowaniem tekstu, który już kiedyś był zrobiony. On znajdzie coś niespotykanego, coś nowego. Ewentualnie przerobi jakiś nieteatralny tekst albo zrobi spektakl bez tekstu. Jeśli już weźmie się za jakiś klasyczny tekst, to też go przerobi tak, że z oryginału niewiele zostanie. Wszystko to jest w duchu jego artystycznego poświęcenia dla sztuki wyższej, która może teraz będzie niedoceniona, ale po jego śmierci ludzie na pewno poznają się na jego wielkim talencie i na pewno zapisze się w kanonie największych rezyserów. Spektakle Artysty przez wiele A są bardzo charakterystyczne. Zwykle utrzymane w estetyce teatru absurdu, z wieloma nawiązaniami do teorii jednego ze znanych reżyserów czy dramaturgów (np. jeśli Artysta jest zafascynowany Grotowskim, to jego spektakl będzie opierał sie na pracy jaką wykonuje ciało aktora; jeśli fascynuje go Brecht to skupi się na funkcji polityczno-epickiej teatru i w centrum spektaklu postaw tekst... i tak dalej...). Widać w nich również fascynację i próby odtworzenia tego, co reprezentują najpopularniejsi, żyjący jeszcze reżyserzy tacy jak Bob Wilson czy Krzysztof Warlikowski.

Duch teatru.

Duchy, jak powsechnie wiadomo, dzielą się na te dobre i te złe. Taki podział nie omija duchów teatru. Dobre duchy to starsze osoby (aktorzy lub widzowie), które spędzają sporą część swojego dnia we foyer i, można by rzec, strzegą budynku przed nieczystymi siłami (np. przed złodziejami). Bardzo lubię te nasze dobre duchy. Zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia, a i widać, że chwila rozmowy sprawia im dużo przyjemności. Niestety, niedawno odszedł jeden z najbardziej znanych dobrych duszków teatru Nord-Ouest, Lucien Czarnecki. Nasze teatralne foyer bez niego to już nie to samo.
Jeśli chodzi o złe duchy, to jeszcze nie zrozumiałam dlaczego postanawiają zainstalować się w teatrze. Nie dziwi mnie, że starsze, samotne osoby bez rodziny szukają towarzystwa w teatrze, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto poświęci im chwilę uwagi, usiądzie obok i posłucha. Dziwi mnie za to, to, że młode osoby potrafią praktycznie mieszkać w teatrze i ciągle mieć siłę na psucie krwi innym. Mówię o mieszkaniu, bo znam dwóch aktorów, którzy śpią w teatrze lub odsypiają noc gdzieś w kącie na kanapie. Na początku się martwiłam, że może taka osoba ma problemy czy coś. Potem dowiedziałam się, że te osoby obgaduja absolutnie wszystkich próbując przy okazji wkręcić się do innych projektów. Kiedy już złość mi przeszła, doszłam do wniosku, że życie tych złych duchów jest bardziej smutne niż tych dobrych: nie mają nikogo, więc próbują zawrzeć przyjaźnie w teatrze, ale i to im nie wychodzi, bo mają podły charakter.

Gwiazda.

Ostatnią osobowością teatralną jest Gwiazda. Sądzę, że nie muszę tutaj tłumaczyć dlaczego tak akurat się nazywa. Gwiazdy, jak Duchy, dzielą się na dobre - czyli te, podziwiane za talent, ale niezadzierające nosa; i te złe - niezbyt utalentowane i zabiegające o uwagę lub utalentowane i zarozumiałe. Miałam doczynienia ze wszystkimi typami Gwiazd i moim zdaniem, najgorsze są te niezbyt utalentowane i zabiegające o uwagę. O jednej tego typu Gwiazdce i jej wyskokach chodzą już legendy i w sumie od żadnej osoby nie słyszałam ani jednego dobrego słowa na jej temat. Wniosek nasuwa się prosty: jedną z największych zalet aktora jest pokora.