mercredi 28 janvier 2015

Je cherche l’émotion.

Mamy już koniec stycznia, a to oznacza, że za niecały miesiąc będziemy opijać premierę Tebaidy. Oznacza to też, że luty zapowiada się pracowicie. Afisz już wisi na drzwiach teatru.
Udało mi się wywalczyć dublerkę. Jakoś tak wyszło, że każdy miał dublera oprócz Beatrice, Orcy'ego i mnie. Egzminy nie były wystarczającym powodem żebym została zastąpiona. Krótki wyjazd do Polski, przez który ominie mnie premiera, już tak. I w ten sposób zadebiutuję w roli Olympe nie 25 lutego, a 10 marca. Jednak nie jestem z tego tytułu zwolniona z prób. Właściwie to pojawiam się na nich częściej niż moja dublerka. Ale uwielbiam to!

Nie tak dawno zastanawiałam się, który okres wolę: przed czy po premierze. Odpowiedź poznałam dzisiaj podczas próby. Zdecydowanie wolę być przed premierą, próbować, bawić się, szukać, śmiać sama z siebie. Nawet jeśli powtarzanie jednej sceny dwadzieścia razy jest męczące. A jest! 
Lubię w próbach to, że mogę eksperymentować, obserwować mojego partnera i czerpać z jego gry. Lubię też taką dziwną, śmieszną lampkę, która zapala się w głowie: graj, nie graj, graj, nie graj. Emocje na zawołanie. Tak jak dzisiaj, kiedy grałam z Love. 

To był pierwszy raz kiedy grałam z Love. Mimo że obydwie gramy w Tailleur pour dames i że Love czytała rolę Marii podczas lektury Nuit Bouffe, to nigdy wcześniej nie miałyśmy okazji być ze sobą w kontakcie na scenie. Love czerpie dużo ze Stanislavskiego. Odczuwa bardzo mocno emocje, które gra. Mimo że nie jestem za odczuwaniem emocji naprawdę, to stan w jaki moja partnerka się wprowadziła, bardzo mocno zadziałał na moje emocje i grę. Oczywiście nic nie dzieje się automatycznie. Powtarzałyśmy scenę kilkakrotnie żeby znaleźć odpowiednie gesty, ruchy, a także intonację, rytm. Zaskoczyło mnie to, jak szybko, dzięki Love, mogłam przejść od stanu głupawki totalnej (zdarza się...) do pełnego skupienia i ciężkich emocji, które musiałam wyrazić w piątym akcie. Tebaida to sztuka ciężkiego kalibru, a ja bardzo chcę jej podołać. 

Po 25 lutym, nie będzie już odwrotu. Został mi mniej-więcej miesiąc na opanowanie dwunastozgłoskowców - to najgorsze łamańce językowe! - oraz na znalezienie właściwych emocji. Czuję, że coś się powoli wykluwa. Mam nadzieję, że rozwinie skrzydła do premiery.

dimanche 25 janvier 2015

Najpiękniejsze sceny musicalowe.

Zapraszam na mały przegląd scen z musicali,które przyprawiają mnie o gulę w gardle i łzy w oczach. Czasami jest to jedna, krótka scena, czasami kilka. Mam nadzieję, że zrozumiecie o co chodzi bez zbędnego tłumaczenia. ;)

Metro.
Pierwszy musical w moim życiu i ten, od którego wszystko się zaczęło 18 lat temu. Pierwszy raz tata zabrał mnie do teatru na Metro kiedy miałam 8 lat. Przyznaję, że niewiele z tego pamiętam... Drugi raz, w 2005 roku, pamiętam już bardzo dobrze. Ciężko jest mi wybrać jedną scenę, która mnie wzrusza, bo gdy tylko słyszę pierwsze dźwięki Uwertury mam łzy w oczach. Dlatego poniżej zamieszczam trzy sceny, które najbardziej poruszają mnie w tym musicalu: Uwertura, A ja nie i Tylko w moich snach.







Akademia Pana Kleksa
Chciałam wstawić tutaj Świat bez magii, ale niestety nie udało mi się znaleźć nagrania.

Koty
Grizabella



Upiór w Operze
The point of no return/Stąd odwrotu nie ma już. Wolę angielską wersję, szczególnie filmową z Gerardem Butlerem w roli Upiora. Kilka lat temu miałam lekką obsesję na punkcie tego musicalu. Do tego stopnia, że moja prezentacja maturalna dotyczyła właśnie adaptacji filmowej i teatralnej książki Gastona Leroux. Marzyłam też, żeby móc na własne oczy zobaczyć lożę numer 5. To marzenie spełni się 28 lutego.



Les Misérables
Un peu de sang qui pleure/To tylko pada deszcz.
Bo Eponine to jedna z moich ulubionych postaci. Zarówno w książce, jak i w musicalu.



Notre Dame de Paris
Nigdy nie byłam wielką fanką tego musicalu. Jest jednak jedna piosenka, która doprowadza mnie do łez: Le pape des fous. Garou powinien dostać Oskara tylko za tę piosenkę.



Romeo et Juliette
Niespodzianka: Avoir une fille. Dlaczego? Bo zawsze byłam córeczką tatusia i wiem, że mój tata identyfikuje się z tą piosenką.



Autant en emporte le vent
Przyznam, że dopiero po przeczytaniu książki, polubiłam ten musical. A zwłaszcza dwie sceny: Que savez-vous de l'amour i Je vous aimais.





1789, les amants de la Bastille
Jak już kiedyś pisałam, ten musical nie przekonał mnie za bardzo. Jednak doceniłam postać Marii Antoniny i jej ostatnią scenę: Je vous rend mon âme.



Mozart l’Opéra Rock
Je dors sur les roses



Mistinguett
W tym wypadku nie wzruszyła mnie sama piosenka, ale cała scena, każdy jej detal. Oczywiście nie znalazłam na youtube'ie odpowiedniego nagrania, które oddałoby piękno tej sceny, więc musiałam zadowolić się samą piosenką.



Cabaret
Dotarliśmy w końcu do wisienki na torcie. Tego musicalu nie mogło zabraknąć. Pewnie macie już dość moich wywodów na temat Cabaretu. Moi wykładowcy też niedługo będą mieli dosyć, bo zamierzam rozwodzić się nad nim w mojej pracy magisterskiej. Tutaj, podobnie jak przy Metrze, wszystko mnie wzrusza. Jednak tylko dwie piosenki zasługują na szczególne uznanie: Je m'en fous/I don't care much i Cabaret.





That's all folks !

samedi 10 janvier 2015

Próby... Próby...

Pierwszy raz w tym roku poszłam do teatru. Na próbę do nowego spektaklu. 
Na ulicach panuje dosyć ponura atmosfera. Życie toczy się normalnie, ale czuć, że coś się zmieniło. Przeszło mi przez myśl, że może tak czuli się ludzie, kiedy wiedzieli, że wojna się zaczęła, ale była jeszcze wystarczająco daleko by przerwać bieg życia codziennego? Wszystko jest jakby bardziej ciche, bardziej uważne, a policja i wojsko uzbrojone po zęby stara się czuwać nad bezpieczeństwem innych. 
Kiedy na ekranie w metrze zobaczyłam, że stacje Porte de Vincennes i Saint Mande są zamknięte z powodów bezpieczeństwa, przeszedł mnie zimny dreszcz. Nie wiedziałam, co się stało, bo nie włączyłam telewizji od wczoraj. Rano powtarzałam tekst. Wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego. Nie pomyliłam się...

Teatr przywitał mnie naklejką Je suis Charlie na drzwiach. Na szczęście w środku czekali na mnie bardziej pozytywni ludzie, cieplejsze powitanie i ulga, że wszyscy jesteśmy cali i zdrowi. Nie obyło się oczywiście bez długich dyskusji na temat zamachu na scenie, w barze, w garderobach czy w biurze. Każdy miał coś do powiedzenia i czasami byłam zaskoczona poglądami moich znajomych. Byłam zaskoczona również opiekuńczością moich znajomych - wysyłali smsy lub dzwonili do każdej osoby, która mieszka lub mogła znaleźć się w obrębie miejsca ataku. Dla własnego spokoju wysłałam smsa do Fabiana. Sama też dostałąm kilka wiadomości czy przypadkiem nie mieszkam jeszcze w St Mande, czy pracuję jeszcze w Montrouge i jak daleko moja obecna praca jest od siedziby Charlie Hebdo. 

Sama próba była trochę inna niż wszystkie jakie do tej pory przeszłam. Bo sztuka też jest inna. Od początku stycznia, w Théâtre du Nord-Ouest trwa sezon Racine'a. Nie powiem, że nie cieszyłam się kiedy zaproponowano mi rolę w La Thébaïde. Racine w CV to zawsze bardzo mocny punkt, bo kiedy gra się klasykę teatru francuskiego nie liczy się talent, ale technika. Dwunastozgłoskowce muszą być wypowiedziane perfkcyjnie, do tego postawiliśmy na bardzo surową i statyczną wersję tej sztuki, przez co jedyną linią obrony jest gra aktorska. 
La Thébaïde jest trudną sztuką. Niektórzy uważają ją za najnudniejszą i nieudaną (bo pierwszą) sztukę Racine'a. Jean-Luc Jeener uważa ją z kolei za jedno z największych dzieł. Dla mnie jest sporym wyzwaniem. Pracowałam już nad dwunastozgłoskowcami, ale pracować czy recytować, a grać to jednak dwie różne sprawy. Przydzielono mi rolę Olympe, powiernicy królowej.  Myślę, że nie chciałabym na ten moment podjąć się roli Antygony. I tak jestem dosyć często na scenie, dwunastozgłoskowce skutecznie łamią mi język i nie miałabym czasu żeby w te 2 i pół miesiąca (bo próby do La Thébaïde zaczęliśmy na początku grudnia) ogarnąć wszystkie tyrady Antygony - muszę poświęcić więcej czasu na przyzwyzajenie języka do łańców niż Francuzi. Wiem, że za jakiś czas będzie lepiej. 
Premiera przewidziana jest na 25 lutego. Wszystkie daty znajdują się w zakładce Teatr. 
Oby ten czas szybko minął!

jeudi 8 janvier 2015

Je suis Charlie.

Dzień zaczął się od zamkniętej stacji metra Richard Lenoir na linii 5. Zastanawiałam się czy przez Paryż nie przetacza się jakaś manifestacja, bo stacje zamknięte z powodów bezpieczeństwa nie są codziennością. Bardzo rzadko kręcę się w tamtej okolicy, więc szybko o tym zapomniałam i dotarłam na uczelnię bez większych problemów.

To miał być wielki dzień dla mojego roku. Walczyliśmy o swoje prawa. Jeden wykładowca, z którymi mieliśmy wykłady notorycznie spóźniał się na zajęcia albo w ogóle nie przychodził. W końcu sprawa wylądowała u dyrektora departamentu, bo egzamin się zbliżał, a my przerobiliśmy zaledwie 1/5 tego, co powinniśmy. W dodatku estetyka teatralna, nie jest przedmiotem, który jest łatwo nadrobić samemu. Wykładowca, który na każdym kroku podkreślał, że ma Bac +12 (na polski: profesor zwyczajny, nadzwyczajny, niezwyczajny, habilitowany i kanonizowany), zobowiązał się do tego, że egzamin będzie tylko z tego,  co na zajęciach, a resztę nam wyśle żebyśmy sobie doczytali. My chcieliśmy jednak zaliczenia, a nie egzaminu, bo zaliczenie nie będzie się liczyć do średniej. Nie zgodził się. Materiałów też nie wysłał... Postanowiliśmy wywalczyć więc nasze prawa i zbojkotować egzamin. Dlatego postanowiliśmy zrobić rewolucję i zablokowaliśmy wejście do sali. Własnymi ciałami. Cały rok jak jeden mąż. Przy aprobacie ochrony, innych wykładowców, studentów i dyrekcji.
Kiedy wykładowca przyszedł (spóźniony 15 minut), myśleliśmy, że się rozpłacze. Po długiej dyskusji, udało nam się wywalczyć zaliczenie. Wywalczyliśmy nasze prawa, tak jak jest to zapisane w statucie uczelni. To było coś niesamowitego.

Poszliśmy to opić do pobliskiej restauracji. Tam dowiedzieliśmy się, że kiedy my robiliśmy swego rodzaju rewolucję, żeby mieć wolność wyboru i dostęp do naszych studenckich praw, ktoś próbował ograniczyć wolność słowa dokonując zamachu na siedzibę satyrycznego tygodnika Charlie Hebdo. W imię religii.

Wolność słowa to pierwsze prawo zapisane w Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela w 1789 roku. Zamach na nią w imię chorej ideologii, w kraju, który ją uchwalił godzi nie tylko we Francuzów, ale w całą cywilizację europejską.
Jestem poruszona tym, co się stało. Dobrze znałam Charlie Hebdo i miałam wrażenie, że ten tygodnik mówi głosem ludu, tak jak mój rok przemówił dziś głosem studentów. Zamachowcy zabili 12 osób, próbowali rzucić Francję na kolana, a sprawili, że 66 milionów mieszkańców Francji powstało i mówi jednym głosem.

Je suis Charlie.

Razem na placu Republiki w Paryżu. 

jeudi 1 janvier 2015

Coups de coeur 2014

Rok 2014 był bardzo udany, ale intensywny dla mnie. W moim  życiu pojawiło się wiele nowych osób i spełniłam kolejne marzenia. Przyszły rok zapowiada się równie pracowicie, więc jestem bardzo pozytywnie nastawiona. Mam głowę pełną planów i pomysłów.

A teraz czas na krótkie podsumowanie i krótką listę rzeczy, które towarzszyły mi przez ten rok i które mnie zainspirowały.


Najpierw kosmetyki.
1. Perfumy: Chanel Coco Noir. To zdecydowanie mój zapach. Wcześniej używałam Chanel Chance, ale trochę mi się znudził. Dostaję dużo komplementów kiedy mam te zapachy na sobie.
2. Pudry HD Inglot. Jeden matujący, drugi rozświetlający. Utrzymują moje kremy BB na miejscu.
3. Róż Dior Rosy Glow. Od kilku miesięcy jedyny róż jakiego używam.
4. Paletka cieni Naked Basics 2. Zrobiłam rewolucję w swoich kosmetykach i zostawiłam bardzo mało cieni. Teraz używam głównie tej paletki.
5. Kremy BB Doktor G. Idealny, lekki podkład.
6. NYX Soft Matte Lip Cream. Produkt, który pobił na głowę moje ulubione Rouge Edition Velvet od Bourjois.

W tym roku przeprosiłam się również z biżuterią i kupiłam dwie rzeczy, które od dawna mi się marzyły.


Pierwsza rzecz to bransoletka Apartu z grupą krwi. Dobrze, że nie kupiłam jej wcześniej, bo w wakacje okazało się, że mam inną grupę krwi niż przypuszczałam.
Drugą rzecz znalazłam pod choinką i jest to zegarek od Daniela Wellingtona, model Canterbury Lady. Od dawna nie nosiłam zegarków, ponieważ nie podobają mi się zegarki na bransolecie, a zegarki na pasku też nie były jakieś specjalne... W tym zegarku zakochałam się od pierwszego wejrzenia, ponieważ łączy prostotę z elegancją. Ma prostą tarczę, jest na pasku, którego kolor i materiał można zmieniać wedle uznania. Teraz nie będę już się bała, że nie wyrobię się w czasie na egzaminie.

Jeśli zaś chodzi o muzykę, to oczarował mnie album Sia 1000 Forms of Fear. Zazwyczaj nie słucham pierwszych miejsc z list przebojów, ale tu zaintrygował mnie teledysk do Chandelier, który uważam za jeden z lepszych.





W tym roku wciągnęłam się również w gry komputerowe. Kiedy mieszka się z prawdziwym komputerowym geekiem, ciężko jest nie zacząć grać wcześniej czy później. Zaczęło się od Fable II, a potem wpadłam... Fable pozostaje moją ulubioną serią. Bo tak, przeszłam wszystkie części. Pod koniec roku odkryliśmy jedną z najpiękniejszych graficznie gier, czyli Diablo III. Niektórym może się to wydać dziecinne, że dwie dorosłe osoby pykają w gry, ale żebyście wiedzieli jak to odprężą i pozwala pozbyc się stresu!

Jeśli chodzi o kino, seriale i aktorów kinowych to najbardziej popłakałam się na Le premier jour du reste de ta vie. To był jeden z najlepszych filmów jakie kiedykolwiek widziałam. Między innymi dzięki temu obrazowi, poznałam Pio Marmai, którego uważam za jednego z lepszych francuskich aktorów, ale o nim będzie więcej w innym poście.



W tej kategorii mam też dwa seriale: Dexter, którym zaczęłam rok, oraz Nie z tego świata (Supernatural), którym ten rok skończyłam. Dextera chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Serial o psychopacie pracującym w policji. Bardzo lubiłam tę postać i czesto go usprawiedliwiałam, Nico z kolei nie miał dla niego litości.



Supernatural odkryliśmy przez przypadek. Po prostu mieliśmy ochotę obejrzeć jakiś serial... Supernatural ma 10 sezonów, ale równie dobrze mógłby skończyć się na 5, bo te są najbardziej interesujące. Serial opowiada o dwójce braci, którzy polują na demony, duchy i inne legendy miejskie. Historia jest świetnie pociągnięta, czarny humor bardzo czarny i niesamowita ścieżka dźwiękowa. Obydwa seriale polecam oglądać po angielsku.



Moją dumą tego roku jest mój kot, Etoile. Przede wszystkim dlatego, że przygarnęłam go z ulicy i wyleczyłam. Uważam to za dobry uczynek, a wiadomo, że dobro powraca. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez tego kota.


Oczywiście, w tym roku, najwięcej działo się u mnie w teatrze. Nowe role, nowe wyzwania, nowe projekty!
Wydarzeniem roku była lektura Nuit Bouffe,która odbyła się 30 września. Bardzo długo czekałam na te półtorej godziny na scenie. Mam nadzieję, że przyszły rok przyniesie mi więcej godzin z Nuit Bouffe. Zarówno prób jak i przedstawień.



Za spektakl roku uważam Huis Clos z Martą Corton Vinals. Nie dlatego, że jest to wyjątkowo popularne przedstawienie czy sztuka, ale dlatego, że bardzo mnie poruszył. Doskonale znałam ten tekst, ale interpretacja aktorów, zwłaszcza Marty Corton Vinals w roli Ines, niezwykle mnie wzruszyła.

Huis Clos, Marta Corton Vinals i Alicia Roda
Autorem roku jest dla mnie Bertolt Brecht. Wcześniej znałam Brechta tylko z jego teorii o Verfremdungseffekt, która nie do końca przypadła mi do gustu. No ale potem mówiliśmy o Brechtcie na zajęciach, więc zaczęłam czytać i czytać... I go pokochałam. Jego estetyka to, coś co do mnie przemawia. Tak samo jak treść jego sztuk. Moje ulubione? Kariera Artura Ui i Matka Courage i jej dzieci. Lubię też Operę za trzy grosze i tekst teoryczny Brechta Mały Orgenon dla teatru. 

Kariera Artura Ui, reż. Heiner Muller
 I tym optymistycznym akcentem życzę Wam Bonne Année!