dimanche 22 février 2015

"Kabaret Warszawski" Krzysztofa Warlikowskiego

Od dwóch dni jestem w Warszawie. Zawitałam do Polski na kilka dni żeby zobaczyć Kabaret Warszawski w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Czego się nie robi dla studiów...
Piszę właśnie pracę o bonimenteurs w kabarecie. Niestety nie znam polskiego tłumaczenia słowa bonimenteur i boniment. Nie wiem nawet czy słowo określające taką postać istnieje w języku polskim. W teatrze jest to rodzaj konferansjera lub osoba stojąca przed budynkiem i promująca spektakl czy jakąś atrakcję w bardzo specyficzny sposób. 
Przyznaję, że ta postać bardzo mnie interesuje. Tak bardzo, że pewnie poświęcę mu moją pracę magisterską. Dlatego pochłaniam spektakle, sztuki i filmy, w których taka postać występuje. 

Kabaret Warszawski powstał w oparciu o sztukę I'm a Camera Johna Van Druten oraz o film Shortbus Johna Camerona Mitchella. Jest podzielony na dwie części: przedwojenne Niemcy oraz współczesna Ameryka. Całość trwa 5 godzin z przerwą. Niestety nie mogłam zobaczyć drugiej części, ponieważ została ona odwołana z powodu choroby aktorki. Zadowoliłam się więc pierwszą częścią. Chociaż nie rozumiem dlaczego nie można było zastąpić tej aktorki dublerką. 

Przedwojenne Niemcy to Hitler, naziści oraz coraz truduniejsza sytuacja Żydów. I gdzieś w tych Niemcach, w Berlinie, zapodział się pisarz, Christopher Isherwood (Andrzej Chyra), oraz aktorka, piosenkarka, gwiazda kabaretu, Sally Bowles (Magdalena Cielecka). Na swojej drodze spotykają Żydówkę Natalię (Magdalena Popławska), zakochanego w niej Fritza Wendela (Wojciech Kalarus), bogatego Maksa (Maciej Stuhr) i jego matkę (Ewa Dałkowska) oraz Kit Kat Klub z konferansjerem (Zygmunt Malanowicz), tancerkami i zgasłymi gwiazdami estrady takimi jak Madame Jacqueline (Stanisława Celińska). W surowej scenografii z białych kafelków, przy akompaniamencie muzyków bohaterowie podejmują najtrudniejsze decyzje w ich życiu: wybór między karierą a miłością, między życiem a małżeństwem z Żydem...

Powiedzmy sobie szczerze: to ta sama historia co w filmie Boba Fossa czy musicalu Cabaret Sama Mendesa. Ale w estetyce Warlikowskiego. Nie będę się o tym rozpisywać, bo to był pierwszy spektakl Warlikowskiego jaki widziałam.
Spektakl bardzo mnie poruszył, tak jak Cabaret 3 i pół roku temu. Mimo że moja uwaga powinna skupić się w całości na konferansjerze, bo to on jest moim docelowym obiektem zainteresowania, to nie mogłam oderwać oczu od fenomenalnej Magdaleny Cieleckiej w roli Sally Bowles. Ta postać wywołuje u mnie niesamowite wzruszenie. Nie przez wzgląd na to, że dzięki niej robię teraz to, co robię, ale przez to, że jej historia porusza mnie za każdym razem, gdy ją widzę na scenie czy na ekranie. Jest mi bardzo bliska. Magdalena Cielecka była perfekcyjna. Właśnie tak widzę Sally kiedy czytam książkę Isherwooda czy I'm a Camera.