samedi 28 février 2015

Mamma Mia!

Po 3 latach nieobecności, w końcu mogłam rozsiąść się w fotelu na widowni Teatru Muzycznego Roma w Warszawie. Udało mi się odkupić bilet na najnowszy musical w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, Mamma Mia. Nie powiem, brakowało mi trochę tej nadętej atmosfery na polskiej widowni i o ile podczas Kabaretu Warszawskiego to nadęcie mi nie przeszkadzało, o tyle w Romie miałam już dość.
Teatralne nadęcie polskiej widowni polega na tym, że istnieje jakieś dziwne przekonanie, że w teatrze trzeba się pokazać, pokazać, że coś się o teatrze wie i że się tam bywa. Dzień po premierze to nadęcie sięga zenitu.
Zacznijmy od tego, że przywitały mnie oburzone spojrzenia, że jak to tak w dżinsach do teatru! Cóż... Jestem przyzwyczajona do francuskich widowni, gdzie nie ma specjalnego dresscode'u. Chyba że jest to Comédie Française czy Opera. Swoją drogą ciarki mnie przechodzą na myśl, że jutro muszę odstawić się jak stróż na otwarcie kanału, bo idę do Opery...
A potem nasłuchałam się tylu ciekawostek, które miały pokazać innym wielką wiedzę o teatrze, obeznanie i tak dalej... O przekazach, o gestach, o nienaturalnej grze... Najbardziej utkwiła mi w pamięci uwaga na temat czerwonych foteli. Bo takie eleganckie i można poczuć się jak w jakimś ekskluzywnym miejscu.
Fotele w większości teatrów są czerwone (lub czarne), ponieważ te kolory pochłaniają światło. Owszem, na początku ta czerwień była królewska, ale teraz chodzi raczej o zastosowanie praktyczne. Pierwszym teatrem, w którym obito fotele czerwonym materiałem był Odeon w Paryżu. Zrobiono to na rozkaz Ludwika XVIII, młodszego brata Ludwika XVI. Odeon został wybudowny dla Marii Antoniny i początkowo był pomalowany na kolor błękitny (co możemy jeszcze zobaczyć przy suficie i najwyższym balkonie). Ludwik XVIII nienawidził Marii Antoniny, więc po przejęciu władzy kazał odmalować Odeon na swój kolor - czerwień. Zauważono, że ten kolor pochłania światło, co pozwala skupić więcej uwagi na tym, co się dzieje na scenie i tak już zostało. Ot historia czerwonych foteli...

Przejdźmy do sedna sprawy: Mamma Mia! Jestem wielką fanką filmy z fenomenalną Meryl Streep, a piosenki Abby to moje dzieciństwo. Dlatego bałam się dwóch rzeczy: tłumaczeń i przeniesienia filmu na scenę, tak jak to było w przypadku Upiora w Operze. Tłumaczenia uważam za udane. Nawet bardzo. Przyjemnie się ich słuchało i były wierne oryginałom. Jedynie 2 piosenki nie do końca mi podeszły: Mamma Mia oraz Slipping through my fingers. Bałam się również o moją ukochaną scenę z tego musicalu: The winner takes it all. Na szczęście nie było katastrofy.
Miałam jednak wrażenie, że sporo rzeczy z filmu przeszło na scenę Romy. Na szczęście nie było to taka kopia jak w przypadku Upiora. Widać jednak było, że Donna czy Sophie to kopie Meryl Streep i Amandy Seyfried. W scenariuszu był też jeden moment, który bardzo rzucił mi się w uszy: Sophie podobno urodziła się w 1977 roku, a akcja rozgrywa się w 1997, czyli 20 lat później. Niestety tych lat 90 nie było widać na scenie. Roma dostała licencję non replica na ten musical, więc mogła zrobić z nim, co tylko chciała. Moim zdaniem, jeśli podkreśla się kilkakrotnie, że akcja rozgrywa się w latach 90, a tego nie widać, to nie ma to większego sensu. Równie dobrze można wywalić tę informację ze scenariusza.
Zdecydowanie najmocniejszym punktem tego musicalu jest obsada i jej energia. Trafiłam akurat na premierę drugiej obsady, więc się trochę wypowiem. Zacznijmy od plusów.
W roli Donny miałam przyjemność usłyszeć Alicję Piotrowską. Porwała mnie swoim głosem i wykazałą się niezwykłą naturalnością na scenie. Nie znałam jej wcześniej, ale kilka dni później miałam przyjmność obejrzeć ją w musicalowej wersji Chłopów i również się nie zawiodłam.
Janusz Kruciński w roli Sama Carmicheala. Odkąd zobaczyłam Krucińskiego w Les Misérables, uważam, że jest to jeden z najzdolniejszych polskich aktorów i wokalistów. Mistrzostwo świata i tak dalej... Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia.
Jan Bzdawka w roli Harry'ego Bright był bardzo poprawny. Ale ja od lat mam taki problem z Bzdawką, że raz go kocham, a raz ta miłość mi odpływa. Kochałam go w Les Misérables, to teraz trochę mniej. Taki bardzo sztywny mi się wydał.
Robert Rozmus jako Bill Austin. Mam słabość do Roziego. Jak tylko go widzę to mi się ryjek cieszy. I tym razem mnie nie zawiódł.
Barbara Melzer jako Tanya. Klasa i klasyka sama w sobie. Bardzo się cieszę, że mogłam ją podziwiać już w Metrze Józefowicza i że nadal mogę ją podziwiać na scenie w coraz to nowszych rolach.
Iza Bujniewicz w roli Rosie. Dawno nie miałam okazji zobaczyć jej na scenie i nie ukrywam, jej powrót sprawił mi niebywałą przyjemność. Kolejna utalentowana aktorka.
Jak możecie zauważyć, moje plusy to sami doświadczeni aktorzy. Minusami są młodzi z wyjątkiem Pawła Mielewczyka (Sky), który był ok, ale nie porwał mnie jakoś specjalnie.
Niestety, zarówno Paulina Łaba (Sophie) jak i Małgorzata Regent (Ali) oraz Agata Bieńkowska (Lisa) wydały mi się bardzo sztuczne, co mocno kontrastowało z naturalnością reszty zespołu. Paulina Łaba była ok dopóki tylko śpiewała i nie robiła żadnych gestów. Kiedy jednak gesty i zwykłe zdania się pojawiały, zaczynała się tragedia. Rozumiem jednak, że to była jej premiera i że, mam nadzieję, z czasem jej gra się wyrobi i nabieże naturalności. Tak czasami jest... Niektóre aktorki mają nabytą naturalność, inne się jej uczą. ;)
Na uwagę zasługują również choreografie grupowe, szczególnie do piosenki Voulez-vous. Wydaje mi się, że tego właśnie brakuje mi często we francuskich musicalach - choreografii z rozmachem, prosto z Broadwayu. Dzięki temu nogi same rwały się do tańca, a ja wyszłam z teatru naładowana energią.
Musical ma jednak jeden wielki minus. Jest nim scenografia. A raczej wielkie ekrany udające scenografię, bo do tej prawdziwej nie mogę się przyczepić. Była bardzo miła dla oka. Ekrany miały stanowić tło dla ślicznej greckiej tawerny. Dlaczego mi nie pasują? Po pierwsze: bardzo rozpraszają rażąc w oczy. Po drugie: uważam, że obraz wyświetlany na ekranach jest po prostu kiczowaty. A jeszcze bardziej kiczowata będzie awaria takiego ekranu. Po trzecie: Teatr Roma ma wystarczająco dużo środków by opłacić scenografa i porządną scenografię. Kupienie wielkich, ruchomych ekranów to pójście na łatwiznę. O ile w Akademii Pana Kleksa było to w miarę uzasadnione (chociaż też przeszkadzało) to w Mamma Mia te ekrany są zbędne.

Nie powiem, obejrzenie musicalu w Polsce sprawiło mi wiele przyjemności. Tym bardziej, że musical jest dobrze zrobiony (poza scenografią) i dał mi to, czego oczekuję od takiego widowiska: przyjemność i energię.
Czy polecam? Tak. Roma chciała otworzyć drzwi po remoncie z przytupem i jej się to udało. Ja na pewno jeszcze tam wrócę.