dimanche 1 mars 2015

La Thébaïde po premierze.

Wiem, że ostatnim razem pisałam, że w Tebaidzie można mnie będzie zobaczyć od 10 marca. Jednak kiedy usiadłyśmy z Marielle (druga Olympe) żeby podzielić się datami, wyszło na to, że mi bardziej pasuje gra w weekend, a jej w ciągu tygodnia. Wzięłam więc wszystkie weekendy oprócz 7 marca. I tym sposobem wczoraj grałam po raz pierwszy.

Sala była pełna, trema olbrzymia, a w dodatku była to druga data po premierze. Istnieje taki przesąd, który mówi, że drugie przedstawienie jest najgorsze. Może coś w tym jest, bo o ile sobie przypomnę wszystkie drugie daty, zawsze było coś. Najczęściej są to wielkie dziury w tekście. Racine oraz inne teksty napisane wierszem dziur nie przebaczają. Mi, na szczęście, dziura się nie przydarzyła, ale za to połamałam sobie język na dwunastozgłoskowcu w taki sposób, że nikt nie zrozumiał sensu zdania.
Miałam też szczęście, że Love grała Antygonę. Jak już pisałam wcześniej, lubię grać z Love, bo może żerować na jej emocjach. A nawet nie tyle żerować, co po prostu tyle czasu spędziłyśmy razem na próbach, że emocje przychodzą same, z automatu, z gestami, ze słowami. Jennifer, z którą będę grała 14 marca, jest zupełnie inna. Inaczej gra, inne gesty wprowadziła w naszych scenach, więc muszę się dostosować. Problem w tym, że praktycznie nie miałyśmy razem prób.
Premierę zaliczam do udanych. Nie ukrywam, że rozpiera mnie duma, że podołałam wyzwaniu (jeśli wierzyć krytykom, które otrzymałam po spektaklu), że moje ego zostało porządnie połechtane i że Racine robi dobrze mojemu CV. Ale jestem przede wszystkim dumna z tego, że idę na przód i że widzę,  że się rozwijam.

Teraz mogę wrócić do pracy nad Nuit Bouffe i innymi projektami.



Wszystkie daty możecie znaleźć w zakładce Teatr.
Gram w dni zaznaczone pogrubieniem.