dimanche 7 juin 2015

Na początku była piosenka...

Konkretniej J'ai oublié de te dire Marca Lavoine. 
Następnie godziny spędzone nad klawiaturą komputera ze słuchawkami w uszach. 
I tak po dwóch tygodniach, na początku maja 2012 roku, skończyłam pisać pierwszą wersję Nuit Bouffe.
3 lata później, a dokładniej wczoraj, skończyłam prace nad ostateczną wersją mojej sztuki. Teraz trzeba tylko znaleźć teatr, załatwić formalności i zebrać trupę. Myślę, że to dobry moment, by opowiedzieć Wam jak przebiegały prace nad tym wiekopomnym dziełem. 


Dlaczego akurat ta piosenka?
Nie wiem. Słucham bardzo dużo muzyki, a te 3 lata temu bardzo aktywnie prowadziłam bloga, na którym umieszczałam tłumaczenia francuskich piosenek. Klik! Ktoś kiedyś poprosił mnie o przetłumaczenie jednej z piosenek Marca Lavoine, Toi mon amour, więc zainteresowałam się bardziej jego twórzością. Pewnego dnia miałam ochotę go posłuchać i wpadłam na tę piosenkę, a że bardziej zwracam uwagę na słowa piosenki niż na muzykę, to ta piosenka bardzo mnie poruszyła. W mojej głowie od razu zarysowała się główna postać: 30-letni mężczyzna, zniszczony przez życie, który właśnie stracił coś bardzo ważnego. Następnie zaczęłam układać sobie w głowie resztę historii. W ten sposób historia znalazła się w latach 30 ubiegłego wieku, mężczyzna otrzymał imię Lucien i towarzyszkę Rosę (to jedne z najczęściej spotykanych imion w tych czasach). Następnie dopisałam do tego resztę historii: Marguerite, która wynajmuje pokoje wspomnianej dwójce oraz prostytutce, Marii; kabaret, w którym pracuje Lucien, jego szefa, Frederica oraz dziewczynę z kabaretu, Loulou. W końcu przelałam to wszystko na papier. W trakcie pisania słuchałam tylko piosenki Lavoine'a oraz piosenki Je m'en fous z musicalu Cabaret, która znacząco wpłynęła na ostatnie sceny. 


Historia nie jest oryginalna. Pewnego dnia Rosa przyjeżdża do Paryża i chce zrobić karierę. Wynajmuje pokój, poznaje Luciena, który pracuje w kabarecie o wdzięcznej nazwie Nuit Bouffe. Oczywiście, między dwójką głównych bohaterów wytwarza się chemia. Romans jak każdy inny, ale nie to jest głównym powodem, dla którego napisałam tę sztukę. Chciałam przede wszystkim skupić się na psychologii tych dwóch postaci oraz na tym, co ich motywuje do podjęcia takiej a nie innej decyzji. Dodatkowo nie chciałam, żeby moi bohaterowi byli płascy czy żeby podążali tylko w jednym kierunku. Bardzo interesowało mnie również to, jak ludzie zmieniają się pod wpływem innych. Dlatego nie chciałam komplikować historii, ale przez nią pokazać różne motywy, skutki decyzji oraz przemianę dwóch różnych osób. Myślę, że mi się to udało sądząc po reakcjach jakie wywołuje pierwsza lektura u każdego, nowego czytelnika.

Pierwsza wersja Nuit Bouffe nazywała się zupełnie inaczej (Zapomniałem jej powiedziećJ'ai oublié de lui dire) i była po polsku. Kiedy ją pisałam, wiedziałam jednak, że wyjeżdżam i wiedziałam po co wyjeżdżam. Dlatego zdecydowałam się na osadzenie akcji w Paryżu, oraz na francuskie imiona. Pierwsze tłumaczenie było nafaszerowane błędami oraz polonizmami, więc pierwsze korekty (bo było ich kilka) dotyczyły głównie błędów językowych oraz moich kwiatków w tłumaczeniu. Nie powiem, zaciskałam zęby kiedy musiałam kasować lub zmieniać zdania, które były bardzo błyskotliwymi ripostami po polsku, ale niestety w ogóle nie sprawdzały w wersji francuskiej. Francuzi po prostu nie mówią o kimś cicha woda brzegi rwie (Il faut se méfier de l'eau qui dort.) ani komu w drogę temu siekierka w plecy... temu czas. Takie poprawki trwały ponad rok - nie jest łatwo wyłapać wszystko za jednym zamachem. 

Jak wiecie (lub nie), we wrześniu 2013 roku dołączyłam do Compagnie de la Pléiade (trupa, z którą gram w teatrze Nord-Ouest), w której poznałam Laurent Brusset. Dziś, prawie 2 lata później, mogę powiedzieć, że to był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Nie dlatego, że ten dzień uczynił mnie szczęśliwą (byłam super podekscytowana na myśl o mojej pierwszej roli w teatrze), ale dlatego, że los postawił tego człowieka na mojej drodze. Laurent sam dużo pisze, reżyseruje, asystuje, a przy tym jest świetnym aktorem. Kiedy spytałam go czy chciałby przeczytać Nuit Bouffe i powiedzieć mi, co o tym sądzi, nie myślałam, że po prostu zaczniemy razem pracować nad sztuką. Kilka tygodni później spędziliśmy 4 godziny w kawiarni, nanosząc pierwsze poprawki. To znaczy, on mówił, co nie gra, co trzeba wyrzucić, co dopisać, co zmienić, a ja dzielnie notowałam wszystko, co mówił. Te pierwsze poprawki miały na celu wyeliminowanie wszystkich powtórzeń czy opowiadania akcji. Musiałam nadać lepszy rytm sztuce żeby się nie rozlazła.
Okazało się, że naniesienie tych poprawek nie jest wcale takie łatwe. Potrzebowałam prawie 2 miesięcy na wszystkie korekty, napisanie jakiejś sceny od nowa, dodanie czegoś czy  nawet przekręcenie zdania (ach! te polonizmy!). Dlatego, kiedy ustaliłam datę pierwszej publicznej lektury, wpadłam w lekką panikę, bo tekst nie był gotowy, a wakacje za pasem. Obydwoje wyjeżdżaliśmy w tym czasie i wiedzieliśmy, że nie zobaczymy się do września. 

Udało nam się zgrać jakieś 3 tygodnie przed lekturą. Tym razem seans poprawkowy trwał 5 godzin, bo Laurent postanowił podnieść poprzeczkę i zaczęliśmy wchodzić w detale. Innymi słowy: zmienialiśmy wszystko, co nie pasowało: zdania, słowa, sceny, a także charakter postaci. Lektura mocno zweryfikowała tekst, aktorów, których wybrałam oraz to na ile nadaje się na scenę, więc spędziliśmy kojene 5 godzin na poprawkach. W sumie to tylko 3 godziny, bo przez ostatnie 2 oglądaliśmy film Francois Truffaut L'homme qui aimait les femmes i zastanawialiśmy się czy nie dorzucić Rosie choroby maniakalno-depresyjnej. Pomysł bardzo mi się spodobał co oznaczało, że trzeba napisać od nowa wszystkie sceny z Rosą (czyli większość). Zajęło mi to 3 miesiące. Na początku stycznia wysłałam Laurent dwie wersje - poprawioną bez zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i z zaburzeniami. Oboje stwierdziliśmy, że zaburzenia to jednak za dużo jak na tę sztukę, w której i tak dzieje się wiele rzeczy. 

Potem nastąpiło 5 miesięcy ciszy, ponieważ Laurent nie miał czasu żeby zagłębić się w tekst. Te 5 miesięcy dało mi sporo do myślenia. Miałam czas, żeby zaplanować różne rzeczy, sprawdzić formalności i przede wszystkim, zastanowić się co i jak chcę zrobić. W tym czasie brałam też udział w warsztatach prowadzonych przez dramaturga Michela Azama. Wyniosłam z nich bardzo wiele i przyda mi się to przy następnych sztukach (o warsztatach napiszę kiedy indziej). Dzięki tej przerwie, kiedy Laurent w końcu odesłał mi Nuit Bouffe z nowymi poprawkami - tym razem już naprawdę kosmetycznymi - mogłam powiedzieć mu o bardzo konkretnych rzeczach. Wiem, gdzie chcę grać, mam salę na próby, która nie zrujnuje mi portfela i wiem z kim chcę grać. Szybko naniosłam te ostatnie poprawki i w końcu dostałam tego wymarzonego maila: Tekst jest gotowy. Nie ma nic do poprawienia. Musimy się spotkać i porozmawiać, co dalej. A potem odpowiedź na moje rozterki. 

A tak pracujemy. Pierwszy komentarz mój, drugi Laurent. 
Czuję ulgę, że w końcu skończyliśmy pracę nad tekstem i że w końcu możemy ruszyć z miejsca. Jednocześnie wiem, że za jakiś czas zatęsknię za tymi godzinami spędzonymi nad poprawkami, a potem będzie brakowało mi godzin spędzonych na próbach. 
Myślę, że stworzyliśmy, razem z Laurent, niezły duet. Dobrze się rozumiemy i zależy nam na tym projekcie. Podczas pracy nad tekstem polegałam na jego doświadczeniu, co bardzo ułatwiło mi pracę i wiele mnie nauczyło. Niedługo on będzie polegał na mojej energii i pomysłowości, ponieważ nie wyobrażam sobie żeby ktoś inny mógł grać główną rolę. Mogłabym wymienić wszystkich innych aktorów (co po części zrobię), ale nie jego.
Jeśli o mnie chodzi, to prawdopodobnie nie przygarnę sobie żadnej roli, mimo że mam na to olbrzymią ochotę. Chcę skupić się na reżyserii, a wiem, że jeśli będę w dwóch miejscach na raz, to nie wyjdzie to tak jakbym chciała. Może, czasami, zastąpię kogoś na scenie, ale na pewno nie obsadzę siebie samej na stałe.