mercredi 22 juillet 2015

Coups de coeur 3.

Dawno nie pisałam o tym, co lubię i co mnie inspiruje, a trochę się tego nazbierało. Nie będę więc przedłużać.

Na początku przedstawię Wam kilka rzeczy, które używam praktycznie codziennie. Nie jest ich dużo, ponieważ wraz ze wzrostem temperatury zmniejsza się ilość kosmetyków na mojej skórze. 

Kilka miesięcy temu, kiedy spacerowałam po Sephorze próbując zdecydować jakie perfumy chciałabym dostać na urodziny, w ręce wpadł mi zapach Serge'a Lutens La fille de Berlin... i przepadłam. Nie chciałam jednak naciągać osoby, która bardzo chciała sprezentować mi flakonik perfum, więc wybrałam klasyka Chanel No 5. Uwielbiam te perfumy i markę ogólnie, o czym pisałam ponad 2 lata temu, kiedy dostałam mój pierwszy flakonik Chanel. Od tamtego czasu moja kolekcja już się rozrosła i myślę, że trafiłam na moje zapachy. Jednak, kiedy na dworzu robi sie coraz cieplej, perfumy Chanel stają się zbyt ciężkie i podduszające. 
Flakonik czerwonych perfum Serge Lutens chodził za mną od stycznia i nie dawał spokoju. W końcu poddałam się i zrobiłam sobie prezent. Zapach idealny na wiosnę i lato, przynajmniej dla mnie, bo te dwie pory roku kojarzą mi się z główną nutą zapachową perfum: różą. 
Serge Lutens ma jeszcze dwa zapachy, które mnie kuszą, ale na razie nie ulegnę, ponieważ cena jest jednak zaporowa. Poza tym nie mam w zwyczaju kupowania sobie perfum.


Jednym z bardzo banalnych gadżetów, które ostatnio używam namiętnie jest spinka do włosów. Tak, spinka do włosów. Jeśli obserwujecie mojego Instagrama, to zapewne wiecie, że mam krótkie/półdługie włosy. Niestety, w lutym miałam bardzo zły pomysł żeby odwiedzić moją byłą fryzjerkę z Warszawie. Dawno nie byłam tak niezadowolona z efektu, a co gorsza, musiałam czekać aż włosy odrosną, bo moja Monica z Coiff & Rock nie miałaby za bardzo co obcinać. Kiedy już moje szanowne włosy odrosły na tyle, żeby zacząć mi przeszkadzać, to akurat wpadłam w egzaminy, a przed egzaminem włosów się nie obcina. Przesąd głupi, ale wiadomo jak to jest... I tu z pomocą przyszła mi spinka do włosów, dzięki której ujarzmiłam kłaki i odmłodziłam się o jakieś 10 lat.

Ostatnią rzeczą, którą używam praktycznie codziennie są buty. Dosyć kontrowersyjne buty, bo gumowe i nie mówię tu o kaloszach.
Jakiś czas temu miałam ochotę coś zmienić w mojej garderobie. Odkąd mam problemy z kolanami unikam butów na obcasie, więc praktycznie ciągle chodzę w trampkach, przez co bardzo szybko je niszczę. Mniej-więcej w kwietniu do głowy wpadły mi baleriny. Długo szukałam modelu, który by mi się podobał i w końcu zdecydowałam się na baleriny Mel by Melissa, model Ultragirl. Melissa to brazylijska marka produkująca buty ze specjalnie opatentowanego tworzywa Mel-flex, które jest po prostu bardzo miękką, pachnącą (!) gumą. Przysięgam, z ręka na sercu, że są to najwygodniejsze buty jakie kiedykolwiek miałam. Nie odparzają, nie obcierają, stopa się nie ślizga. Są po prostu idealne!
Nie jest to mój pierwszy kontakt z tą marką, ponieważ mam jeszcze szpilki, które również są bardzo wygodne, jednak nie noszę ich zbyt często.
We Francji, Melissy nie są dostępne stacjonarnie. Ja swoje kupiłam na asos.fr.


Było coś dla ciała, to teraz coś dla duszy.

Zacznę od muzyki, bo ostatnio, słucham i odkrywam dużo nowych piosenek, artystów czy albumów.
Najpierw zrobiłam sobie swoisty powrót do przeszłości i na nowo odkryłam dwa zespoły, których słuchał mój tata kiedy byłam mała. Chodzi tu o Queen i Aerosmith. Co jakiś czas wracam do ich piosenek i za każdym razem zachwycają mnie coraz bardziej. Moimi absolutnymi hitami są Bohemian Rhapsody, Who wants to live forever,  I don't want to miss a thing oraz Crazy.
Jako ciekawostkę, mogę Wam powiedzieć, że Bohemian Rhapsody to pierwsza piosenka z mojego dzieciństwa jaką jestem w stanie sobie przypomnieć.

Jeśli zaś chodzi o nowości, to bardzo podoba mi się nowy album Julie Zenatti Blanc. Odkryłam go przez przypadek i przepadłam. Brakowało mi delikatnego, kobiecego albumu, a ten idealnie wypełnił tę lukę. Szczególnie wzruszył mnie utwór Les amis, ponieważ aktualnie przechodzę bardzo podobny okres: mam 25 lat i bardzo mocno zdaję sobie sprawę z tego, jak szybko czas płynie i że połowa moich znajomych ze szkoły czy z dzieciństwa ma już żony, mężów i dzieci.





Innym odkryciem, a zarazem jednym z 5 najbardziej oczekiwanych spektakli nadchodzącego sezonu jest La Légende du Roi Arthur. Album jest po prostu fenomenalny i nie mogę się doczekać aż zobaczę ten spektakl na scenie. Dodatkowo 4/5 trupy dysponuje świetnymi warunkami wokalnymi, które mogą przyprawić mnie o dreszcze.



Pozytywnie zaskoczył mnie teledysk do nowej piosenki Emmanuela Moire, Bienvenue. Sama piosenka jest taka sobie i mnie naprawdę nie zachwyca. Teledysk za to bardzo mi się podoba.
Normalnie nie lubię techniki użytej w teledysku, tzn. kręcenia z czyjejś perspektywy czy kręcenia z ręki. Większość horrorów, jakie miałam okazję ostatnio obejrzeć, były kręcone właśnie w taki sposób (np. Diabelskie nasienie z 2014) i uznałam to za dosyć kiczowate rozwiązanie. Tutaj, ta technika nie przeszkadza, wręcz przeciwnie - doskonale oddaje intymny nastrój.
Kiedy pokazywałam ten klip znajomym, często słyszałam, że jest zbyt intymny, że artysta nie powinien pokazywać urywków ze swojego prywatnego życia. Myślę, że właśnie ten efekt podglądania życia jest najbardziej interesujący, bo w gruncie rzecy, klipu nie stanowią faktyczne urywki z życia Emmanuela Moire, ale przez większość czasu widz myśli, że tak jest. Moim zdaniem, to bardzo interesujący sposób na skomentowanie piosenki.



Ostatnią piosenką, jaka za mną chodziła przez dłuższy czas, był cover piosenki France Gall, Diego, w wykonaniu Florent Mothe i Emmanuela Moire. Znałam tę piosenkę już wcześniej, ale dopiero ta wersja pokazała jej całe piękno. Posłuchajcie sami.



Jak już kiedyś pisałam, nie jestem wielką fanką seriali, ale od czasu do czasu trafi się perełka, od której nie mogę się oderwać dopóki nie obejrzę wszystkich sezonów. 
Obecnie katuję Dr House'a, który jest dla mnie jednym z najlepszych seriali wszechczasów, a którego nigdy nie miałam okazji obejrzeć w całości. Owszem, może serial sam w sobie jest monotonny, bo każdy odcinek ma mniej-więcej ten sam przebieg (trafia się pacjent z dziwną chorobą, House i jego zespół próbują go zdiagnozować metodą prób i błędów, żeby na koniec tytułowy bohater mógl doznać olśnienia i zdiagnozować jakąś niezwykle rzadką chorobę), ale to, co najbardziej lubię w tym serialu, to sama postać House'a. Uwielbiam jego cynizm i bardzo niekonwencjonalne zachowania. 
Dodam jeszcze, że serial oglądam z francuskim dubbingiem. Normalnie nie toleruję tego zjawiska, ale uważam, że dla takiego słuchowca jak ja, jest to świetny sposób na naukę słówek z jakiejś specjalistycznej dziedziny (w tym przypadku związanych z medycyną). Przyjemne z pożytecznym, a przy okazji serial pozwala mi przeczekać do października, kiedy to zacznie się nowy sezon mojego absolutnego serialowego ulubieńca, czyli Supernatural (Nie z tego świata).
Supernatural nie jest zbyt dobrze znanym serialem w Polsce. A szkoda, bo jest naprawdę świetnie napisany. Do tej pory powstało 10 sezonów, które w Stanach i we Francji cieszą się niemałą popularnością. 11 sezon zostanie wyemitowany dopiero w październiku.  Chodzi tu o 2 braci, którzy polują na demony i inne potwory znane z legend miejskich. Każdy sezon, oprócz regularnych polowań, ma przewodnią intrygę czy misję, którą bracia Winchester próbują rozwiązać. Im dłużej oglądamy serial, tym te misje stają się coraz bardziej zawiłe, a koniec jednej misji oznacza początek następnej. W pewnym momencie, serial wplata również wątek Boga, diabła i aniołów, ale robi to w tak niesztampowy sposób, że po prostu chce się tego więcej i więcej. Przyznam szczerze, że kiedy czytałam streszczenie kolejnych sezonów i zobaczyłam, że wchodzi temat piekła i nieba, myślałam, że będzie to kolejna płaska opowieść o dobrych aniołach i złych demonach. Nic bardziej mylnego. Postacie są tak wielowymiarowe, że często zastanawiam się kto  tak naprawdę jest dobry, a kto zły. 
Ogromnym plusem jest również genialna ścieżka dźwiękowa składająca się z klasyków rocka oraz niezwykle czarny humor.



W tym półroczu nie widziałam zbyt wielu przedstawień w teatrze, bo po prostu nie miałam na to czasu. Jednak, między pracą nad Nuit Bouffe a kolejnymi spektaklami Tebaidy, udało mi się wyjść kilka razy do teatru jako widz. 
Miałam okazję zobaczyć operę po raz pierwszy w życiu na żywo. Co prawda, musiałam ją zobaczyć na zajęcia, ale sprawiło mi to olbrzymią przyjemność.  Po pierwsze dlatego, że była to opera Claude'a Debussy, Pelleas et Melisande. Bardzo lubię tego kompozytora, a tej opery akurat nie znałam. Po drugie, opera była w reżyserii Boba Wilsona, czyli reżysera, którego trzeba znać jeśli studiuje się teatrologię. Przyznam szczerze, że nie jestem wielką fanką estetyki Wilsona, a szczególnie jego podejścia do tekstu w teatrze (bo tego tekstu najchętniej by się pozbył). Jednak kiedy już ten tekst jest, to spektakl jest po prostu ucztą dla oczu. Wyobraźcie sobie magika, który ożywia bardzo kolorowe obrazy i w dodatku, pozwala tym obrazom mówić. To właśnie Wilson. Pelleas et Melisande w jego reżyserii był spektaklem wyrwanym ze snu. 

Pelleas et Melisande w Operze Bastille. Źródło
Drugim spektaklem, który powalił mnie na kolana był musical Singin' in the rain w reżyserii Roberta Carsena, który miałam okazję zobaczyć w marcu w teatrze Châtelet. Być może ten spektakl nie byłby absolutnym numerem jeden tego sezonu, gdyby nie fakt, że cała obsada musicalu to aktorzy z londyńskiego West Endu. Niestety potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia: jeśli raz posmakowało się West Endu, to nie chce się oglądać niczego innego. No chyba, że Broadway. Poziom tych artystów jest po prostu fenomenalny. Kiedy patrzyłam na to, jak tańczą i śpiewają jednocześnie, czułam się jakbym oglądała musical pierwszy raz w życiu. 
Sama koncepcja spektaklu również była ciekawa, ponieważ zarówno scenografia jak i kostiumy były czarno-białe, co w bardzo ciekawy sposób nawiązywało do niemych filmów. 
Singin' in the rain wraca do Paryża 27 listopada i zostanie w teatrze Châtelet do 15 stycznia. Kupujcie szybko bilety, bo naprawdę warto!

Fenomenalny Dan Brown w roli Dona Lockwooda. Źrodło.