samedi 26 septembre 2015

Teatralny maraton.

Po czym poznać, że studenci teatrologii wrócili na uczelnię?
Po kolejkach rodem z PRL-u do uczelnianej bileterni oraz po wypełnionych po brzegi kalendarzach.

Jedną z największych zalet mojej uczelni jest właśnie bileternia, gdzie kupuję bilety do teatrów, na koncerty, festiwale i inne wydarzenia artystyczne za grosze. Często można kupić bilety, które nie są jeszcze dostępne w sprzedaży albo które oficjalnie zostały już dawno wyprzedane. Powiedzmy sobie szczerze - lubię to! Moi wykładowcy też to lubią, więc rezerwują nam bilety na spektakle, które musimy zobaczyć w ramach zajęć. Nic więc dziwnego, że na początku roku bileternia przeżywa oblężenie - wszyscy chcą jak najszybciej zaopatrzyć się w bilety na obowiązkowe spektakle, a przy okazji zawsze wpadnie coś ekstra. Swoistym konkursem na moim roku jest licytowanie się, kto ile wydał za jednym zamachem. W tym roku padł rekord - 460€.
Pokażę Wam, co udało mi się wywalczyć wczoraj po półtorej godziny stania w kolejce oraz opowiem Wam o pozostałych teatralnych planach.


11 października - Reality, reżyseria: Antonio Tagliarini/Daria Deflorian, Théâtre National de la Colline
Spektakl oparty na La vie est un reportage Mariusza Szczygła, który muszę obejrzeć w ramach zajęć z przedmiotu o wdzięcznej nazwie: Tekst w teatrze. Nawet pracę semestralną muszę o tym napisać. Do tej pory repertuar La Colline mnie nie przekonywał. Mam nadzieję, że w tym roku to się zmieni.

7 listopada - A ce projet personne ne s'opposait, reżyseria: Alexis Armengol, Théâtre National de la Colline 
Kolejny spektakl w ramach zajęć. Tym razem zainspirowany Prometeuszem w okowach Ajschylosa. Podobno ciekawy, a przynajmniej tak twierdzi mój wykładowca. Z reguły współczesne adaptacje antycznych sztuk są ciekawe.

12 listopada - Portrait de "famille", reżyseria: Jean-Francois Sivadier, CDC Atelier de Paris - Caroline Carlson.
Tak naprawdę to nie jest spektakl tylko prezentacja pracy warsztatów aktorskich pod kierownictwem Sivadiera. Uczestnicy warsztatów pracowali nad postaciami ze sztuk Sofoklesa, Ajschylosa i Eurypidesa, a efektem tej pracy ma być rodzinny portret Agamemnona i jego dzieci. 

13 listopada - La Légende du Roi Arthur, reżyseria Giuliano Peparini, Palais des Congres.
Mówiłam, że jeszcze tam wrócę i to na pewno nie będzie ostatni raz. :) Normalnie moja uczelnia nie współpracuje z Palais des Congres ani z nikim innym z tej produkcji, ale jak się dobrze zagada z dziewczynami, to wszystko jest możliwe. Niewątpliwą zaletą studiowania teatrologii są właśnie zniżki na samo hasło jestem z teatrologii (w domyśle: jak już chce przyjść to dlatego, że jest mi to potrzebne). Oczywiście, w tym przypadku, taki manewr działa tylko raz.

15 listopada - Life and Time 8, Nature Theatre of Oklahoma, Théâtre de la Cite internationale.
Spektakl złożony z rozmów telefonicznych. Po angielsku. Na zajęcia z tekstu w teatrze.

22 listopada - Fin d'histoire, reżyseria: Christophe Honore, Théâtre National de la Colline.
Spektakl w oparciu o teksty Gombrowicza. Brzmi ciekawie, nie? Dlatego wybieramy się tam z Niką i Holly. :)

24 listopada - Odipus der Tyrann, reżyseria: Romeo Castellucci, Théâtre de la Ville 
Wstyd się przyznać, ale nie widziałam jeszcze żadnego spektaklu Castellucciego, mimo że jest to jeden z reżeserów, których trzeba znać i oglądać kiedy studiuje się teatrologię. Jego sztuki są zazwyczaj określane jako specjalne. Pamiętam też, że kilka lat temu pół Europy (w tym Polska) chciało go ocenzurować za spektakl o Jezusie, dlatego myślę, że się polubimy. 

9 grudnia - Orestie, reżyseria: Romeo Castellucci, Théâtre de l’Odéon
Nie, nie zapałałam przedwczesną miłością do Castellucciego. Ten, jak i poprzedni, spektakl muszę obejrzeć na zajęcia o współczesnej iterpretacji antycznych tragedii. Podobno bilety na ten spektakl wyprzedają się w mgnieniu oka.

10 grudnia - Cabaret, reżyseria: Michel Kacenelenbogen, Théâtre National (Bruksela)
Chyba nie muszę mówić, że czekam na ten spektakl z niecierpliwością. ;) Przy okazji zwiedzę Brukselę i odwiedzę Nikę. 

W planach mam jeszcze wypad na one man show Verino s'installe w Le Grand Point-Virgule, ale czekam aż dziewczyny z bileterni dostaną bilety. Chodzę wokół tego one man show już od kilku miesięcy i jakoś dobić nie mogę.
Chcę też wybrać się jeszcze minimum raz na La Légende du Roi Arthur (tak, mam coś z głową). Prawdopodobnie będzie to 19 grudnia. 

Przyznam Wam się szczerze, że tak napięty grafik trochę mnie przeraża. W teatrze też nas nie oszczędzają, co oznacza, że czekają mnie długie maratony kiedy dzień z dzień będę na scenie lub na widowni. Tym bardziej, że moja zmienniczka nie ma już ochoty grać i w rezultacie zostałam sama. Trochę mi to pokrzyżowało plany, ponieważ kilka dat pokrywa mi się albo z zajęciami na uczelni albo z moimi wypadami do teatru, których nie mogę przełożyć albo z wizytą u lekarza, na którą czekam już dłuższy czas. Mimo że od 2 lat trąbię o tym, że nigdy nie znam moich dokładnych niedyspozycji (bo trzeba je podać zanim mam swój plan zajęć) i dlatego wolę mieć kogoś na zastępstwo, to zazwyczaj wychodzi tak jak teraz: wizyty u lekarza pewnie będę musiała przełożyć, kilka razy opuszczę zajęcia, no i narażę się na reprymendy jeśli trzeba będzie odwołać spektakl, bo nie będzie miał mnie kto zastąpić. W takich chwilach cieszę się, że Tebaida kończy się w grudniu i że niebawem zacznę pracować na swoje konto.

A jakie są Wasze plany teatralne na najbliższe miesiące?

vendredi 18 septembre 2015

La Légende du Roi Arthur.

Tak! Byłam na premierze! Wypad na premierę był nieplanowany, bo przez długi czas bilety nie były dostępne w sprzedaży. Można je było jedynie wygrać w różnych konkursach, do których kompletnie nie mam szczęścia. Dlatego, kiedy tydzień temu zobaczyłam, że otworzono sprzedaż biletów na premierę, a ich cena nie przyprawiała o ból głowy i wrzody żołądka, no to dwa razy nie trzeba mi było powtarzać - szybciutko wyskoczyłam z kasy. To był pierwszy raz w moim życiu kiedy mogłam uczestniczyć w premierze francuskiego musicalu i na pewno nie zapomnę tego dnia. 
Ten tekst nie będzie recenzją spektaklu. Chcę przedstawić tylko moje luźne wrażenia po premierze. Na pewno zagoszczę jeszcze minimum 2 razy na widowni Palais de Congres, więc się wstrzymam z wydawaniem opinii. 


Każdy, kto intersuje się tym specyficznym gatunkiem, jakim jest musical, wie, że francuskie produkcje są dosyć specyficzne i różnią się od tych londyńskich czy broadway'owskich. O ile słynne, angielskie i amerykańskie musicale próbują wkupić się w łaski środowiska teatralnego szanując praktycznie wszystkie zasady jakimi rządzi się teatralny światek, o tyle Francuzi już dawno zrezygnowali z prób wciskania musicali na ten sam poziom, który zajmują sztuki teatralne cieszące się dobrymi recenzjami. Kiedyś, mianem théâtre de boulevard (teatr bulwarowy, bulwarówki) określano, między innymi, wodewile i melodramaty, teraz mam wrażenie, że to lekko pejoratywne miano przypisuje się musicalom. Francuscy twórcy nie ukrywają nawet, że musicale po prostu świetnie się sprzedają - to nie ma być gatunek dla osób z wyszukanym gustem, ale raczej dla osób, które lubią kulturę, chcą od czasu do czasu rozerwać się i odchamić. Musicale przyciągają dzięki lekkiej formie i fajnej muzyce, dzięki czemu nawet ciężkie historie nie są przytłaczające. Francuzi (o ile się nie mylę) wymyślili też chwyt, dzięki któremu ich produkcje mają jeszcze większe wzięcie - najpierw tworzy się album z piosenkami, który ma się sprzedać i wypromować spektakl, a następnie myśli się o całym przedstawieniu. Przepis na sukces? Być może, skoro sprawdza się już od ponad 10 lat. 
Moje pierwsze wspomnienia związane z teatrem, to również musicale. Konkretniej musical Metro Janusza Józefowicza. Potem inne musicale teatru Studio Buffo, następnie teatru Roma. W końcu, 10 lat temu, obejrzałam mój pierwszy francuski musical, Romeo & Juliette. Wtedy mnie nie zachwycił, bo nie znałam francuskiego. Jednak 2 lata później, kompletnie oszalałam na punkcie Le Roi Soleil, który pchnął mnie do nauki francuskiego. Potem był jeszcze Mozart l’Opéra Rock - pierwszy francuski musical jaki miałam okazję obejrzeć na żywo, no i Cabaret 4 lata temu. Resztę historii już chyba znacie. Można by powiedzieć, że największy wpływ na mnie miały musicale wyprodukowane przez Dove'a Attia i Alberta Cohena, czyli dzięki tym dwóm panom, jestem tu, gdzie teraz jestem. Wypad na premierę La Légende du Roi Arthur był więc do przewidzenia. 


Na początek kilka informacji praktycznych.
La Légende du Roi Arthur zostaje w Palais de Congres w Paryżu do stycznia 2016 roku, następnie rusza w tournée po Francji. Ceny biletów wahają się od 25€ (4 kategoria) do 85€ (Carre d'Or). 
Moim zdaniem, nie opłaca się kupować biletów poza Carre d'Or i 1 kategorią. Ja akurat kupiłam bilet w 1 kategorii na billetreduc.com. To był błąd, ponieważ nie mogłam wybrać sobie miejsca i w rezultacie wylądowałam z boku. Teoretycznie byłam w miarę blisko sceny, ale mimo to uważam, że widoczność była kiepska. Wolę sobie nawet nie wyobrażać jak fatalna widoczność jest w kategoriach 2-4. Sala Palais de Congres jest olbrzymia, więc przypuszczam, że kategoria 4 nie obeszła się bez lornetek.  Następnym razem będę celować w Carre d'Or i najlepiej z pierwsze rzędy, żeby móc cieszyć się w pełni spektaklem. 
Cały spektakl trwa 2 i pół godziny z 20 minutową przerwą. Z racji wielkości sali, punktualne rozpoczęcie przedstawienia nie wchodzi w grę.

Florent Mothe

Jeśli chodzi zaś o sam spektakl, to było to cudowne doświadczenie. Dawno nie miałam okazji obejrzeć takiego widowiska i polecam je każdemu z całego serca. 
Najmocniejszą stroną musicalu są wokaliści (z jednym wyjątkiem) i muzyka. W moim przypadku częstotliwość ciar i opadania szczęki przekroczyła dopuszczalne normy. Jeśli raj istnieje, to chcę żeby w moim raju śpiewał Florent Mothe. Nigdy nie kryłam sympatii do tego artysty i zawsze twierdziłam, że ma świetny głos. Jednak nagrania, a wykonanie na żywo, to jak niebo i ziemia. Facet po prostu potrafi zrobić dobrze całej sali samym głosem. Na szczególną uwagę zasługują również Charlie Boisseau (Lancelot) oraz Fabien Incardona (Meleagant), których jakiś czas temu można było posłuchać we francuskiej wersji The Voice. Moim osobistym odkryciem zostali Zaho (Morgane) - trochę zapomniana piosenkarka - oraz Julien Lamassonne (Urien). Cała piątka ma świetne warunki wokalne. W połączeniu z muzyką, jest to po prostu uczta dla uszu. 
Z kolei ucztą dla oczu są kostiumy. Prawdziwy majstersztyk. Tak dopracowane, że ma się wrażenie, że zostały żywcem wyjęte z epoki Króla Artura. W połączeniu ze scenografią i historią wprowadzają nas w tej niezwykły świat Rycerzy Okrągłęgo Stołu. Magia działa. 
Choreografię i reżyserię powierzono Włochowi, Giuliano Peparini. O ile choreografia jest świetna, o tyle mam szczerą nadzieję, że niektóre elementy reżyserii zostaną poprawione. Cały spektakl skupia się na środku sceny, przez co mniej-więcej połowa wielkiej sceny jest niewykorzystana, a aktorzy często są odwróceni tyłem do osób siedzących po bokach sali. Tak, wiem, że narzekam, ale mi to naprawdę przeszkadza. 
Małym bemolem spektaklu jest, niestety, Camille Lou. Bardzo odstaje wokalnie (i nie tylko) od reszty. 

Dalsza część tego postu to będzie jeden wielki spoiler. Dlatego, jeśli macie zamiar obejrzeć La Légende du Roi Arthur i nie chcecie sobie psuć niespodzianki, to możecie już skończyć czytać. Z mojej strony mogę Wam tylko powiedzieć, że nie wahałabym się ani chwili dłużej i czym prędzej kupiłabym bilety. Sama to zrobię za jakiś czas. ;) Na końcu posta znajdziecie tylko kilka zdjęć i filmików.

Jeśli jednak interesuje Was małe streszczenie i mój subiektywny punkt widzenia, to zapraszam do dalszej lektury.

Florent Mothe & Camille Lou
Spektakl składa się z 27 utworów i nie zawiera dwóch piosenek, które ukazały się na pierwszej wersji plyty: Le monde est parfait w wykonaniu Charlie Boisseau oraz Tant de haine w wykonaniu Fabiena Incardony. 
Ogółem główny wątek historii jest dosyć prosty i można go streścić jednym zdaniem: Ona jedna, a ich trzech. Nie jest tajemnicą, że najlepiej sprzedają się skomplikowane historie miłosne i myślę, że musical na tym troszkę ucierpiał. Głównym bohaterem miał być w końcu Król Artur i jego poszukiwania Świętego Graala. Tymczasem mam wrażenie, że w centrum stawia się Guenièvre, która rzuciła Meleaganta, wyszła za Artura, a kocha Lancelota. Sporo jak na jedną niewiastę. Może to przekonanie wynika też z tego, że Camille Lou w roli Guenièvre jest po prostu mdła i nijaka. Bardzo słabo wypada na tle reszty zespołu zarówno wokalnie jak i aktorsko. Jedyna scena, w której mi się podobała to Tu vas le payer ze zdjęcia powyżej - Morgane, przyrodnia siostra Artura, rzuca czar na brata, przybiera postać Guenièvre i kocha się z nim (na stole. a jak!) żeby zajść z nim w ciążę i zemścić się na nim rozbijając jego szczęśliwe życie. 

No właśnie... Morgane... Zacznijmy od początku. Artur jest nieślubnym synem króla Bretanii, Uthera Pendragona, który pewnego razu poczuł miętę do księżnej Kornwalii. Księżna była zamężna, więc odmówiła. Król wściekł się i rozkazał Merlinowi (David Alexis) wymyślić jakiś podstęp, żeby móc ją zdobyć. Kiedy jej mąż wyjechał na wojnę, Merlin zmienił króla w księcia Kornwalii, a ten bez problemu posiadł kobietę. Całe zajście obserwowała 5-letnia Morgane (Zaho), która jako jedyna zorientowała się, że to nie jest jej ojciec. Księżna zaszła w ciążę i urodziła Artura (Florent Mothe), którego Merlin odebrał jej zaraz po porodzie i oddał na wychowanie rycerzowi Ke (Olivier Mathieu). Morgane poprzysięgła zemścić się na swoim przyrodnim bracie za krzywdę jaką jego ojciec wyrządził jej rodzinie. To wszystko opowiada piosenka A l'enfant, jedna z piękniejszych scen musicalu, kiedy to Morgane przybywa na dwór Króla Artura i wyjawia mu prawdę na temat jego przeszłości. 
Historia zaczyna się od momentu, w którym Uther Pendragon umiera zostawiając kraj w ruinie, a Merlin postanawia odnaleźć Artura, który jest giermkiem Ke i postawić go przed wyzwaniem Excalibura. I wszystko byłoby tutaj pięknie, gdyby nie to, że do Francji również zawitała ta okropna moda na ekrany zamiast scenografii z prawdziwego zdarzenia. W spektaklu jest mnóstwo animacji mniej lub bardziej kiczowatych, co mi osobiście przeszkadza, no ale cóż... Taka piękna scena z tym Excaliburem, a tak spartaczona przez kiczowaty obraz na ekranach w tle. 
Po tej scenie akcja toczy się wręcz błyskawicznie. Czasami nawet za szybko, przez co sceny wydają się niedopracowane. Jeszcze Artur dobrze się nie zastanowił kim jest (Qui suis-je?), a już jedzie ratować zamek Guenièvre z opresji. Fakt, że walki na miecze robią wrażenie, ale mogłyby być trochę dłuższe. 
Kiedy wyżej pisałam o tym, że spektakl skupia się na środkowej części sceny i że boki są niewykorzystane, miałam na myśli to, że czasami robi w centrum robi się straszny tłok. I nie mówię tu tylko o liczbie osób. Momentami miałam wrażenie, że aktorzy i tancerze po prostu sobie przeszkadzają. Bardzo źle to wyglądało, tym bardziej, że reżyser miał bardzo dużo miejsca do rozdysponowania. I tak na przykład w scenie Quelque chose de magique mamy Artura i Guenièvre, którzy po protu kleją się do siebie. Myślę, że ciekawszym rozwiązaniem byłoby pokazanie właśnie tego przyciągania zamiast sklejać ich od początku. Podobnie w ostatniej scenie pierwszego aktu (Si je te promets). Taka piosenka (jedna z moich ulubionych), takie rozterki (mamy tu już trójkącik Artur-Guenièvre-Lancelot) i taki tłok w centrum.  
Jeszcze inną wpadka, tym razem kostiumową, był świecący gorset Guenièvre w scenie Au diable, kiedy to Guenièvre przybywa na dwór króla. I kiedy mówię świecący, to nie mam na myśli brokatu, czy brylancików. Mam na myśli żarówki. Tak, żarówki. 

No ale koniec tego narzekania! Drugi akt jest zdecydowanie lepszy i chyba bardziej dopracowany. W tym akcie nie ma już takiego pędu za historią jak w pierwszym. Bardziej skupiamy się na tym, czy i jak Artur odkryje romans swojej żony z rycerzem. Wszystkie wątki rozwiązują się powoli, pokolei. Moim zdaniem, ostatnia scena (Auprès d'un autre) jest jedną z najpiękniejszych scen musicalowych. 
Na uwagę zasługuje również koncepcja Okrągłego Stołu oraz to jak to zostało rozwiązane mechanicznie. 

Jeśli chodzi jeszcze o mocne punkty tego spektaklu to na szczególną uwagę zasługuje wątek Morgane i Artura. Ich relacje są świetnie pokazane, tak jak lubię najbardziej - żadna z tych postaci nie jest płaska. Nie można tak naprawdę określić kto jest dobry, a kto zły. 
Podobnie jest z Merlinem - jest on wielowymiarowy, nawet jeśli sam mówi o sobie, że jest tylko narzędziem przeznaczenia i nie ma wpływ na sswoje decyzje. Żadna z tych postaci nie jest jednoznaczna. Takie lubię najbardziej. 
Ciekawą postacią jest również Leia - z jednej strony prawa ręka Morgane, z drugiej guwernantka Guenievre. Tamara Fernando jest doskonałą tancerką znaną z pięknych solówek z Mozarta czy 1789 Les Amants de la Bastille, dlatego cieszę się, że tutaj dostała większą rolę.

Jak w prawie każdym musicalu Dove'a Attia, tak i tutaj nie mogło zabraknąć komicznego duetu, którego teksty pewnie staną się niedługo kultowe. Tym razem padło na Ke i... Merlina! 

Mam nadzieję, że musical zostanie wydany na dvd. To prawdziwa perełka, którą trzeba zobaczyć. 






I na koniec film z wczoraj. Nie mój. Kocham tę atmosferę na koniec spektaklu.


mercredi 9 septembre 2015

Propaganda ma się dobrze.

Nie, to nie będzie kolejny wpis o uchodźcach. Nie przedstawię nawet mojego zdania na ten temat, bo ktoś już to zrobił za mnie, a ja lepiej bym tego nie ujęła. Jeśli jednak kogoś interesuje moje stanowisko, to zachęcam do przeczytania tekstu Jasona Hunta oraz komentarzy Michała Szymankiewicza pod tym właśnie tekstem. Opowiem Wam za to o pewnym zjawisku, które obserwuję, między innymi, na Facebooku. 

Propaganda to, według Słownika Języka Polskiegoszerzenie pewnych poglądów, idei, haseł, mające na celu pozyskanie zwolenników oraz technika sterowania poglądami i zachowaniami ludzkimi polegająca na celowym, natarczywym, połączonym z manipulacją oddziaływaniu na zbiorowość. Hasło niby znane, ale często zapominane, nie? 

Odkąd problem uchodźców narasta, na Facebooku co i rusz widzę grafiki czy linki do artykułów, które opowiadają się wyraźnie za lub przeciw przyjmowaniu Syryjczyków. Nie zdziwi Was pewnie fakt, że znaczna większość tych grafik, artykułów czy nawet urywków jakichś nagrań straszy przed islamizacją Europy. Tak samo jak nie zdziwi Was to, że właśnie te negatywne materiały są najchętniej kopiowane i wywołują coś na kształt dyskusji, w których próżno szukać jakiegokolwiek śladu inteligencji, bowiem większość wypowiedzi to, np. Do gazu z nimi!, Niech wypierdalają., Polki, które sypiają z Arabusami to kurwy. i tak dalej... i tak dalej... Tak, właśnie takie wypowiedzi znazlałam w jednej z grup dla Polaków w Paryżu na Facebooku. 
Kilka osób, w tym ja, próbowało wytłumaczyć autorom tych quasi-nazistowskich komentarzy, że może warto by było sprawdzić prawdziwość informacji podawanych w filmikach, kontekst wstawianych masowo zdjęć z martwymi ludźmi i inne informacje, które pochodzą z niepewnych źródeł, a które wszyscy odbierają jako świętą prawdę na temat uchodźców. Wszystkich uchodźców. Nie muszę chyba mówić, że efekt był mniej-więcej taki jakby rzucić grochem o ścianę i tyle. 
Wtedy jeszcze wydawało mi się, że może ślepota tych osób na inne argumenty, brak zdolności do wyszukania informacji czy nawet do przemyślenia tego, co już im się podaje jak na tacy wynika z niskiego wykształcenia. Wszak studia uczą nas jak wybierać źródła, szukać potrzebnych informacji i porównywać je między sobą. No a potem kilka znajomych po studiach również zaczęło zasypywać Facebooka różnymi, często nieprawdziwymi informacjami. Takimi jak to:




Jak widać na załączonych obrazkach, manipulacja zdjęciami, a także informacjami ma się świetnie.  Z jednej strony zdjęcie z kampanii, która wywołała poruszenie jakiś czas temu, z drugiej, zdjęcie z tej samej kampanii, ale już z nieprawdziwą informacją rozsyłaną przez spamerskie boty. W końcu trzecie zdjęcie: nadal fałszywa informacja z jakiejś podejrzanej strony. Takich przykładów na Facebooku jest na pęczki. Ktoś zadał sobie nawet trud żeby napisać wypowiedzieć jakiegoś niby-muzułmanina żyjącego w Polsce, który straszy zaplanowaną kolonializacją. Nie wiem już skąd bierze się ślepa wiara w to, że wszystko, co znajdzie się w internecie na pewno jest prawdziwe. I nie mam już nawet siły żeby tłumaczyć i walczyć z głupotą. 
Propaganda w tej sprawie działa nadzwyczaj skutecznie w obie strony. Jedni litują się nad 3-letnim chłopcem i są gotowi pomagać, a to się chwali, nawet jeśli trzeba było długo czekać aż ktoś ruszy palcem. To nie pierwsze i nie ostatnie dziecko, które zginie w tej wojnie. Jednak jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to dlaczego mielibyśmy nie pomóc te osobie? Nieważne czy jest katolikiem czy muzułmaninem, biały, czarny czy zielony. To też człowiek. 
Niestety propaganda przeciwko uchodźcom jest bardziej skuteczna i wywołuje czystą, bezpodstawną nienawiść, której nie rozumiem i nie akceptuję. Polscy uchodźcy z czasów Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej, a następnie z czasów PRLu nie byli lepsi ani gorsi od uchodźców z Syrii. Mimo to, współcześni Polacy, z tego samego kraju, który kiedyś był nazywany Krajem bez stosów, raczej plują w twarz tym, którzy kiedyś wyciągnęli rekę do naszych przodków. A wszystko to dlatego, że ciężko jest im sięgnąć po jakąś sensowną książkę, czy zweryfikować informacje podawane na Facebooku. 
Obawiam się, że szybciej Polska stanie się krajem idiotów niż Europa zostanie zislamizowana. 

mardi 8 septembre 2015

5 typów ludzi, których spotkasz w teatrze.

Sezon teatralny zaczął się dla mnie w ubiegły czwartek, 3 września, kiedy to Tebaida wróciła na deski teatru Nord-Ouest. Muszę przyznać, że trochę się rozleniwiłam i odzwyczaiłam od grania, bo chciałam jak najbardziej odpocząć i zebrać siły na ten nowy sezon. Teatru w wakacje nie odwiedziłam ani razu. Zresztą, nie było po co go odwiedzać, bo w teatrze był kręcony film, a co za tym idzie, panował wielki rozgardiasz. Ograniczyłam również kontakty z moimi kolegami i koleżankami do kilku kontrolnych smsów.
Kiedy jednak przekroczyłam próg teatru te kilka dni temu, uderzyło mnie to, co już wcześniej widziałam i o czym dzisiaj chcę Wam napisać. Przedstawię Wam 5 typów ludzi, którzy najbardziej wyróżniają się w pozytywny lub negatywy sposób w teatralnej społeczności.



Jego Ekscelencja Spamer.

Pierwszym typem jest osobnik, który nie przeżyje dnia bez promowania spektaklu, w którym gra lub który wyreżyserował, swojej własnej osoby lub swoich dzieci, które stawiają pierwsze kroki na scenie czy przed kamerą. Jeśli teatr proponuje kilka różnych spektakli w tygodniu, Spamer powiesi afisz swojego spektaklu i rozłoży ulotki w najbardziej widocznym miejscu, tak żeby było go widać już przy wejściu. Afisze i ulotki zostawi również poza teatrem, gdzie tylko się da, np. przypnie je do każdej tablicy informacyjnej na uczelni (moja uczelnia oraz Université Paris 8 są regularnie obwieszane afiszami jednego ze Spamerów z teatru Nord-Ouest i nie jestem to ja). Do tego, kilka razy dziennie aktualizuje swojego Facebooka przypominając kiedy gra, w czym gra, zapraszając do kilku wydarzeń dotyczących tej samej sztuki. Zdaża mu się również zaśmiecać tablice swoich znajomych oraz wszystkie możliwe grupy dotyczące pracy aktora. Spamer nie ma wakacji ani dni wolnych. Jest aktywny 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku.  
Zazwyczaj działania Spamera przynoszą odwrotny skutek do zamierzonego. Natrętna promocja zniechęca do obejrzenia spektaklu, który i tak, zazwyczaj, jest bardzo przeciętny.

Człowiek Orkiestra.

Reżyser, aktor, oświetleniowiec, dźwiekowiec, producent, księgowy, scenograf i kostiumolog w jednym? Czy to Superman? Nie. To Człowiek Orkiestra!
To taki typ człowieka, który zajmuje się absolutnie wszystkim i potrafi wszystko zorganizować tak, żeby to miało ręce i nogi. Nie ma nic w tym złego, bo większość grup teatralnych, które nie mają producenta i nie mogą opłacić z własnej kieszeni chociaż dwóch z wyżej wymienionych osób, muszą mieć w składzie chociaż jednego Człowieka Orkiestrę, który ogarnie to wszystko za nich. Ja również wpisuję się trochę w ten typ, bo moge robić wszystko sama i stety/niestety będę musiała ogarnąć sama moją grupę teatralną. Wolę jednak znaleźć sobie dobrych znajomych, którzy są chętni mi pomóc.
Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy Człowiekowi Orkiestrze woda sodowa uderza do głowy i zaczyna uważać, że nie potrzebuje nikogo do pomocy, bo on to wszystko zrobi najlepiej. To znaczy zrobi spektakl, w którym sam zagra główną rolę, bo według niego nikt nie dorówna jego świetności na scenie. Efekt jest taki, że na kilka dni przed premierą lepiej nie podchodzić do Człowieka Orkiestry bez kija.

Artysta przez wielkie A.

Jeśli ktoś z Was obracał się kiedyś w artystycznym środowisku, to na pewno znacie ten typ. Artysta przez wielkie A nigdy nie przechodzi niezauważony. Zawsze patrzy na innych z góry, twierdząc, że ludzie nie znają się na prawdziwej sztuce, a on, jako Artysta, czuje się, a może nawet ma misję, bycia niezrozmianym i niedocenionym.
W teatrze, Artysta przez wielkie A nie będzie trudnił się wyreżyserowaniem tekstu, który już kiedyś był zrobiony. On znajdzie coś niespotykanego, coś nowego. Ewentualnie przerobi jakiś nieteatralny tekst albo zrobi spektakl bez tekstu. Jeśli już weźmie się za jakiś klasyczny tekst, to też go przerobi tak, że z oryginału niewiele zostanie. Wszystko to jest w duchu jego artystycznego poświęcenia dla sztuki wyższej, która może teraz będzie niedoceniona, ale po jego śmierci ludzie na pewno poznają się na jego wielkim talencie i na pewno zapisze się w kanonie największych rezyserów. Spektakle Artysty przez wiele A są bardzo charakterystyczne. Zwykle utrzymane w estetyce teatru absurdu, z wieloma nawiązaniami do teorii jednego ze znanych reżyserów czy dramaturgów (np. jeśli Artysta jest zafascynowany Grotowskim, to jego spektakl będzie opierał sie na pracy jaką wykonuje ciało aktora; jeśli fascynuje go Brecht to skupi się na funkcji polityczno-epickiej teatru i w centrum spektaklu postaw tekst... i tak dalej...). Widać w nich również fascynację i próby odtworzenia tego, co reprezentują najpopularniejsi, żyjący jeszcze reżyserzy tacy jak Bob Wilson czy Krzysztof Warlikowski.

Duch teatru.

Duchy, jak powsechnie wiadomo, dzielą się na te dobre i te złe. Taki podział nie omija duchów teatru. Dobre duchy to starsze osoby (aktorzy lub widzowie), które spędzają sporą część swojego dnia we foyer i, można by rzec, strzegą budynku przed nieczystymi siłami (np. przed złodziejami). Bardzo lubię te nasze dobre duchy. Zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia, a i widać, że chwila rozmowy sprawia im dużo przyjemności. Niestety, niedawno odszedł jeden z najbardziej znanych dobrych duszków teatru Nord-Ouest, Lucien Czarnecki. Nasze teatralne foyer bez niego to już nie to samo.
Jeśli chodzi o złe duchy, to jeszcze nie zrozumiałam dlaczego postanawiają zainstalować się w teatrze. Nie dziwi mnie, że starsze, samotne osoby bez rodziny szukają towarzystwa w teatrze, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto poświęci im chwilę uwagi, usiądzie obok i posłucha. Dziwi mnie za to, to, że młode osoby potrafią praktycznie mieszkać w teatrze i ciągle mieć siłę na psucie krwi innym. Mówię o mieszkaniu, bo znam dwóch aktorów, którzy śpią w teatrze lub odsypiają noc gdzieś w kącie na kanapie. Na początku się martwiłam, że może taka osoba ma problemy czy coś. Potem dowiedziałam się, że te osoby obgaduja absolutnie wszystkich próbując przy okazji wkręcić się do innych projektów. Kiedy już złość mi przeszła, doszłam do wniosku, że życie tych złych duchów jest bardziej smutne niż tych dobrych: nie mają nikogo, więc próbują zawrzeć przyjaźnie w teatrze, ale i to im nie wychodzi, bo mają podły charakter.

Gwiazda.

Ostatnią osobowością teatralną jest Gwiazda. Sądzę, że nie muszę tutaj tłumaczyć dlaczego tak akurat się nazywa. Gwiazdy, jak Duchy, dzielą się na dobre - czyli te, podziwiane za talent, ale niezadzierające nosa; i te złe - niezbyt utalentowane i zabiegające o uwagę lub utalentowane i zarozumiałe. Miałam doczynienia ze wszystkimi typami Gwiazd i moim zdaniem, najgorsze są te niezbyt utalentowane i zabiegające o uwagę. O jednej tego typu Gwiazdce i jej wyskokach chodzą już legendy i w sumie od żadnej osoby nie słyszałam ani jednego dobrego słowa na jej temat. Wniosek nasuwa się prosty: jedną z największych zalet aktora jest pokora.