vendredi 18 septembre 2015

La Légende du Roi Arthur.

Tak! Byłam na premierze! Wypad na premierę był nieplanowany, bo przez długi czas bilety nie były dostępne w sprzedaży. Można je było jedynie wygrać w różnych konkursach, do których kompletnie nie mam szczęścia. Dlatego, kiedy tydzień temu zobaczyłam, że otworzono sprzedaż biletów na premierę, a ich cena nie przyprawiała o ból głowy i wrzody żołądka, no to dwa razy nie trzeba mi było powtarzać - szybciutko wyskoczyłam z kasy. To był pierwszy raz w moim życiu kiedy mogłam uczestniczyć w premierze francuskiego musicalu i na pewno nie zapomnę tego dnia. 
Ten tekst nie będzie recenzją spektaklu. Chcę przedstawić tylko moje luźne wrażenia po premierze. Na pewno zagoszczę jeszcze minimum 2 razy na widowni Palais de Congres, więc się wstrzymam z wydawaniem opinii. 


Każdy, kto intersuje się tym specyficznym gatunkiem, jakim jest musical, wie, że francuskie produkcje są dosyć specyficzne i różnią się od tych londyńskich czy broadway'owskich. O ile słynne, angielskie i amerykańskie musicale próbują wkupić się w łaski środowiska teatralnego szanując praktycznie wszystkie zasady jakimi rządzi się teatralny światek, o tyle Francuzi już dawno zrezygnowali z prób wciskania musicali na ten sam poziom, który zajmują sztuki teatralne cieszące się dobrymi recenzjami. Kiedyś, mianem théâtre de boulevard (teatr bulwarowy, bulwarówki) określano, między innymi, wodewile i melodramaty, teraz mam wrażenie, że to lekko pejoratywne miano przypisuje się musicalom. Francuscy twórcy nie ukrywają nawet, że musicale po prostu świetnie się sprzedają - to nie ma być gatunek dla osób z wyszukanym gustem, ale raczej dla osób, które lubią kulturę, chcą od czasu do czasu rozerwać się i odchamić. Musicale przyciągają dzięki lekkiej formie i fajnej muzyce, dzięki czemu nawet ciężkie historie nie są przytłaczające. Francuzi (o ile się nie mylę) wymyślili też chwyt, dzięki któremu ich produkcje mają jeszcze większe wzięcie - najpierw tworzy się album z piosenkami, który ma się sprzedać i wypromować spektakl, a następnie myśli się o całym przedstawieniu. Przepis na sukces? Być może, skoro sprawdza się już od ponad 10 lat. 
Moje pierwsze wspomnienia związane z teatrem, to również musicale. Konkretniej musical Metro Janusza Józefowicza. Potem inne musicale teatru Studio Buffo, następnie teatru Roma. W końcu, 10 lat temu, obejrzałam mój pierwszy francuski musical, Romeo & Juliette. Wtedy mnie nie zachwycił, bo nie znałam francuskiego. Jednak 2 lata później, kompletnie oszalałam na punkcie Le Roi Soleil, który pchnął mnie do nauki francuskiego. Potem był jeszcze Mozart l’Opéra Rock - pierwszy francuski musical jaki miałam okazję obejrzeć na żywo, no i Cabaret 4 lata temu. Resztę historii już chyba znacie. Można by powiedzieć, że największy wpływ na mnie miały musicale wyprodukowane przez Dove'a Attia i Alberta Cohena, czyli dzięki tym dwóm panom, jestem tu, gdzie teraz jestem. Wypad na premierę La Légende du Roi Arthur był więc do przewidzenia. 


Na początek kilka informacji praktycznych.
La Légende du Roi Arthur zostaje w Palais de Congres w Paryżu do stycznia 2016 roku, następnie rusza w tournée po Francji. Ceny biletów wahają się od 25€ (4 kategoria) do 85€ (Carre d'Or). 
Moim zdaniem, nie opłaca się kupować biletów poza Carre d'Or i 1 kategorią. Ja akurat kupiłam bilet w 1 kategorii na billetreduc.com. To był błąd, ponieważ nie mogłam wybrać sobie miejsca i w rezultacie wylądowałam z boku. Teoretycznie byłam w miarę blisko sceny, ale mimo to uważam, że widoczność była kiepska. Wolę sobie nawet nie wyobrażać jak fatalna widoczność jest w kategoriach 2-4. Sala Palais de Congres jest olbrzymia, więc przypuszczam, że kategoria 4 nie obeszła się bez lornetek.  Następnym razem będę celować w Carre d'Or i najlepiej z pierwsze rzędy, żeby móc cieszyć się w pełni spektaklem. 
Cały spektakl trwa 2 i pół godziny z 20 minutową przerwą. Z racji wielkości sali, punktualne rozpoczęcie przedstawienia nie wchodzi w grę.

Florent Mothe

Jeśli chodzi zaś o sam spektakl, to było to cudowne doświadczenie. Dawno nie miałam okazji obejrzeć takiego widowiska i polecam je każdemu z całego serca. 
Najmocniejszą stroną musicalu są wokaliści (z jednym wyjątkiem) i muzyka. W moim przypadku częstotliwość ciar i opadania szczęki przekroczyła dopuszczalne normy. Jeśli raj istnieje, to chcę żeby w moim raju śpiewał Florent Mothe. Nigdy nie kryłam sympatii do tego artysty i zawsze twierdziłam, że ma świetny głos. Jednak nagrania, a wykonanie na żywo, to jak niebo i ziemia. Facet po prostu potrafi zrobić dobrze całej sali samym głosem. Na szczególną uwagę zasługują również Charlie Boisseau (Lancelot) oraz Fabien Incardona (Meleagant), których jakiś czas temu można było posłuchać we francuskiej wersji The Voice. Moim osobistym odkryciem zostali Zaho (Morgane) - trochę zapomniana piosenkarka - oraz Julien Lamassonne (Urien). Cała piątka ma świetne warunki wokalne. W połączeniu z muzyką, jest to po prostu uczta dla uszu. 
Z kolei ucztą dla oczu są kostiumy. Prawdziwy majstersztyk. Tak dopracowane, że ma się wrażenie, że zostały żywcem wyjęte z epoki Króla Artura. W połączeniu ze scenografią i historią wprowadzają nas w tej niezwykły świat Rycerzy Okrągłęgo Stołu. Magia działa. 
Choreografię i reżyserię powierzono Włochowi, Giuliano Peparini. O ile choreografia jest świetna, o tyle mam szczerą nadzieję, że niektóre elementy reżyserii zostaną poprawione. Cały spektakl skupia się na środku sceny, przez co mniej-więcej połowa wielkiej sceny jest niewykorzystana, a aktorzy często są odwróceni tyłem do osób siedzących po bokach sali. Tak, wiem, że narzekam, ale mi to naprawdę przeszkadza. 
Małym bemolem spektaklu jest, niestety, Camille Lou. Bardzo odstaje wokalnie (i nie tylko) od reszty. 

Dalsza część tego postu to będzie jeden wielki spoiler. Dlatego, jeśli macie zamiar obejrzeć La Légende du Roi Arthur i nie chcecie sobie psuć niespodzianki, to możecie już skończyć czytać. Z mojej strony mogę Wam tylko powiedzieć, że nie wahałabym się ani chwili dłużej i czym prędzej kupiłabym bilety. Sama to zrobię za jakiś czas. ;) Na końcu posta znajdziecie tylko kilka zdjęć i filmików.

Jeśli jednak interesuje Was małe streszczenie i mój subiektywny punkt widzenia, to zapraszam do dalszej lektury.

Florent Mothe & Camille Lou
Spektakl składa się z 27 utworów i nie zawiera dwóch piosenek, które ukazały się na pierwszej wersji plyty: Le monde est parfait w wykonaniu Charlie Boisseau oraz Tant de haine w wykonaniu Fabiena Incardony. 
Ogółem główny wątek historii jest dosyć prosty i można go streścić jednym zdaniem: Ona jedna, a ich trzech. Nie jest tajemnicą, że najlepiej sprzedają się skomplikowane historie miłosne i myślę, że musical na tym troszkę ucierpiał. Głównym bohaterem miał być w końcu Król Artur i jego poszukiwania Świętego Graala. Tymczasem mam wrażenie, że w centrum stawia się Guenièvre, która rzuciła Meleaganta, wyszła za Artura, a kocha Lancelota. Sporo jak na jedną niewiastę. Może to przekonanie wynika też z tego, że Camille Lou w roli Guenièvre jest po prostu mdła i nijaka. Bardzo słabo wypada na tle reszty zespołu zarówno wokalnie jak i aktorsko. Jedyna scena, w której mi się podobała to Tu vas le payer ze zdjęcia powyżej - Morgane, przyrodnia siostra Artura, rzuca czar na brata, przybiera postać Guenièvre i kocha się z nim (na stole. a jak!) żeby zajść z nim w ciążę i zemścić się na nim rozbijając jego szczęśliwe życie. 

No właśnie... Morgane... Zacznijmy od początku. Artur jest nieślubnym synem króla Bretanii, Uthera Pendragona, który pewnego razu poczuł miętę do księżnej Kornwalii. Księżna była zamężna, więc odmówiła. Król wściekł się i rozkazał Merlinowi (David Alexis) wymyślić jakiś podstęp, żeby móc ją zdobyć. Kiedy jej mąż wyjechał na wojnę, Merlin zmienił króla w księcia Kornwalii, a ten bez problemu posiadł kobietę. Całe zajście obserwowała 5-letnia Morgane (Zaho), która jako jedyna zorientowała się, że to nie jest jej ojciec. Księżna zaszła w ciążę i urodziła Artura (Florent Mothe), którego Merlin odebrał jej zaraz po porodzie i oddał na wychowanie rycerzowi Ke (Olivier Mathieu). Morgane poprzysięgła zemścić się na swoim przyrodnim bracie za krzywdę jaką jego ojciec wyrządził jej rodzinie. To wszystko opowiada piosenka A l'enfant, jedna z piękniejszych scen musicalu, kiedy to Morgane przybywa na dwór Króla Artura i wyjawia mu prawdę na temat jego przeszłości. 
Historia zaczyna się od momentu, w którym Uther Pendragon umiera zostawiając kraj w ruinie, a Merlin postanawia odnaleźć Artura, który jest giermkiem Ke i postawić go przed wyzwaniem Excalibura. I wszystko byłoby tutaj pięknie, gdyby nie to, że do Francji również zawitała ta okropna moda na ekrany zamiast scenografii z prawdziwego zdarzenia. W spektaklu jest mnóstwo animacji mniej lub bardziej kiczowatych, co mi osobiście przeszkadza, no ale cóż... Taka piękna scena z tym Excaliburem, a tak spartaczona przez kiczowaty obraz na ekranach w tle. 
Po tej scenie akcja toczy się wręcz błyskawicznie. Czasami nawet za szybko, przez co sceny wydają się niedopracowane. Jeszcze Artur dobrze się nie zastanowił kim jest (Qui suis-je?), a już jedzie ratować zamek Guenièvre z opresji. Fakt, że walki na miecze robią wrażenie, ale mogłyby być trochę dłuższe. 
Kiedy wyżej pisałam o tym, że spektakl skupia się na środkowej części sceny i że boki są niewykorzystane, miałam na myśli to, że czasami robi w centrum robi się straszny tłok. I nie mówię tu tylko o liczbie osób. Momentami miałam wrażenie, że aktorzy i tancerze po prostu sobie przeszkadzają. Bardzo źle to wyglądało, tym bardziej, że reżyser miał bardzo dużo miejsca do rozdysponowania. I tak na przykład w scenie Quelque chose de magique mamy Artura i Guenièvre, którzy po protu kleją się do siebie. Myślę, że ciekawszym rozwiązaniem byłoby pokazanie właśnie tego przyciągania zamiast sklejać ich od początku. Podobnie w ostatniej scenie pierwszego aktu (Si je te promets). Taka piosenka (jedna z moich ulubionych), takie rozterki (mamy tu już trójkącik Artur-Guenièvre-Lancelot) i taki tłok w centrum.  
Jeszcze inną wpadka, tym razem kostiumową, był świecący gorset Guenièvre w scenie Au diable, kiedy to Guenièvre przybywa na dwór króla. I kiedy mówię świecący, to nie mam na myśli brokatu, czy brylancików. Mam na myśli żarówki. Tak, żarówki. 

No ale koniec tego narzekania! Drugi akt jest zdecydowanie lepszy i chyba bardziej dopracowany. W tym akcie nie ma już takiego pędu za historią jak w pierwszym. Bardziej skupiamy się na tym, czy i jak Artur odkryje romans swojej żony z rycerzem. Wszystkie wątki rozwiązują się powoli, pokolei. Moim zdaniem, ostatnia scena (Auprès d'un autre) jest jedną z najpiękniejszych scen musicalowych. 
Na uwagę zasługuje również koncepcja Okrągłego Stołu oraz to jak to zostało rozwiązane mechanicznie. 

Jeśli chodzi jeszcze o mocne punkty tego spektaklu to na szczególną uwagę zasługuje wątek Morgane i Artura. Ich relacje są świetnie pokazane, tak jak lubię najbardziej - żadna z tych postaci nie jest płaska. Nie można tak naprawdę określić kto jest dobry, a kto zły. 
Podobnie jest z Merlinem - jest on wielowymiarowy, nawet jeśli sam mówi o sobie, że jest tylko narzędziem przeznaczenia i nie ma wpływ na sswoje decyzje. Żadna z tych postaci nie jest jednoznaczna. Takie lubię najbardziej. 
Ciekawą postacią jest również Leia - z jednej strony prawa ręka Morgane, z drugiej guwernantka Guenievre. Tamara Fernando jest doskonałą tancerką znaną z pięknych solówek z Mozarta czy 1789 Les Amants de la Bastille, dlatego cieszę się, że tutaj dostała większą rolę.

Jak w prawie każdym musicalu Dove'a Attia, tak i tutaj nie mogło zabraknąć komicznego duetu, którego teksty pewnie staną się niedługo kultowe. Tym razem padło na Ke i... Merlina! 

Mam nadzieję, że musical zostanie wydany na dvd. To prawdziwa perełka, którą trzeba zobaczyć. 






I na koniec film z wczoraj. Nie mój. Kocham tę atmosferę na koniec spektaklu.