lundi 26 octobre 2015

Warsztaty pisarskie.

Od 2 lat uczęszczam na warsztaty pisarskie w ramach zajęć praktycznych, które muszę zaliczyć w każdym semestrze. Trafiłam na nie przez przypadek na pierwszym roku, na drugim zapisałam się na nie dosyć niechętnie, ponieważ inne godziny mi nie pasowały, aż w końcu teraz nie wyobrażałam sobie wybrać innych warsztatów praktycznych. Dlatego opowiem Wam dlaczego moje zdanie tak bardzo się zmieniło i czego te warsztaty mnie nauczyły.
Od zawsze chętnie pisałam. Nigdy nie miałam większego problemu z wypracowaniami w szkole, pisałam pamiętniki, a potem blogi. W gimnazjum, jak pewnie spora część roztrzęsionych emocjonalnie nastolatek, pisałam wiersze, które potem publikowałam w serwisie Poema. Oczywiście musiałam się tam podpisać jakimś durnym pseudonimem, którego teraz nie pamiętam, więc nie mogę Wam pokazać tych wiekopomnych dzieł. Może to i lepiej. Umysł 15-latki, w większości wypadków, jest monotematyczny. ;) Pisałam również opowiadania. Tych z kolei nie publikowałam nigdzie. Innymi słowy: pisałam dużo. I byłam w tym całkiem dobra: moje wiersze przyniosły mi wyróżnienia w konkursach recytatorskich. 
W liceum moja radosna twórczość została trochę przystopowana przez ilość nauki i zajęć, ale pisałam dalej. Tym razem rzuciłam się w sztuki teatralne, które potem z mniejszym lub większym skutkiem usiłowałam przedstawić na scenie teatru w mojej szkole. Tak, moje liceum ma swój teatr (który swoją drogą obchodzi 20-lecie w tym roku). W klasie maturalnej wzięłam się za tłumaczenia piosenek (do tego też potrzeba wyobraźni), co można by było podciągnąć pod poezję aż w końcu znowu zaczęłam pisać scenariusze i tego bloga.

Zatem w czym jest problem skoro jakiś tam warsztat i doświadczenie mam? A w tym, że w pewnym momencie zaczęłam pisać po francusku i nie były to syntezy czy teksty argumentacyjne na romanistyce. 

Kiedy przeprowadziłam się do Paryża, mój francuski był na bardzo dobrym poziomie... akademickim. Mówiłam bardzo poprawnie. Praktycznie nie znałam języka potocznego. Co prawda liznęłam go rok wcześniej podczas pobytu na Ile de Re, ale niedługo po rozpoczęciu roku akademickiego wszystkie potoczne wyrażenia odeszły w niepamięć. Siłą rzeczy, kiedy wpadłam w towarzystwo osób, które mówiły tylko językiem potocznym, musiałam się go nauczyć i wyczuć co kiedy wypada powiedzieć. W końcu être énervé et être vénère nie są sobie równe, mimo tego samego znaczenia (no mniej-więcej). 
Kiedy zaczęłam pracować z Laurent nad Nuit Bouffe, również okazało się, że napisałam ją aż za poprawnie. Przyznam szczerze, że prawie dostałam załamania nerwowego, kiedy kasowałam wszystkie wyszukane słowa, pięknie ułożone zdania z subjonctif w roli głównej, przysłowia i idiomy, które albo nie funkcjonowały w języku francuskim albo znaczyły coś zupełnie innego (a tyle się ich naszukałam w słownikach). Wszystko opatrzone czerwonymi komentarzami: trop soutenu. Nawet jeśli to wszystko było poprawne z gramatycznego punktu widzenia, co broniłam jak lwica, to te wersje zostają na papierze. Francuz tak nie powie. 
Żeby się z tym oswoić, sama zaczęłam używać coraz więcej mowy potocznej, aż w końcu szala przechyliła się w drugą stronę. Do tego stopnia, że ciężko było mi napisać list motywacyjny, podanie czy pracę semestralną. Bogate słownictwo i wyszukane konstrukcje gramatyczne po prostu uleciały. Przyznam szczerze, że byłam załamana tak drastycznym spadkiem poziomu mojego francuskiego.

I tutaj z pomocą przyszły mi warsztaty pisarskie.
Trafiłam na nie zupełnie przez przypadek na pierwszym roku. Po prostu nie było już miejsc w innych grupach. Właściwie, to dopóki nie stawiłam się na zajęciach, nie wiedziałam, że są to warsztaty pisarskie (nie wiedziałam, że istnieją broszury informacyjne). Zajęcia były prowadzone przez pisarza Philippe'a Adama, który specjalizuje się w powieściach i opowiadaniach. Przyjęłam to jak zło konieczne, ponieważ nie tylko było mi ciężko pisać ze względu na fatalny, w tamtym okresie, poziom francuskiego, jak i wewnętrzną blokadę, którą podświadomie sobie narzuciłam pracując nad Nuit Bouffe. Mimo wielu pomysłów na nowe sztuki, bałam się pisać, żeby nie skupić się przypadkiem nad czymś nowym. Zabraniałam sobie pracować dopóki nie doprowadzę do premiery Nuit Bouffe. Dodatkowo, byłam święcie przekonana, że potrzebuję mocnej inspiracji żeby napisać coś dobrego.
Na szczęście, Philippe Adam postanowił pracować z nami nad krótkimi formami takimi jak opisy, wierszyki czy krótkie teksty satyryczne. Mimo to, miałam olbrzymi problem z pisaniem nie tylko z powodów, które już wcześniej wymieniłam, ale również dlatego, że, jako typowa perfekcjonistka, byłam zażenowana i onieśmielona, kiedy musiałam czytać moje bardzo niedopracowane wypociny. Tym bardziej, że moi znajomi z grupy popisywali się naprawdę dobrymi tekstami.

Na drugim roku, po traumie, chciałam uniknąć warsztatów pisarskich i wybrać jakieś inne warsztaty praktyczne. W pierwszym semestrze nawet mi się to udało, ale bardzo szybko pożałowałam swojej decyzji - nigdy więcej zajęć ze scenografii. W drugim semestrze, znowu zostałam przyciśnięta do ściany - albo wybiorę zajęcia praktyczne, które mnie interesują i mogę pożegnać się z zajęciami tematycznymi, na których mi zależało, albo wybiorę zajęcia tematyczne i wyląduję na warsztatach pisarskich lub zagracę sobie piątek. Wybrałam to drugie, piątek został wolny. Tym razem zajęcia byly prowadzone przez dramaturga, Michela Azama. Siłą rzeczy skupiliśmy się na teatrze, co było dla mnie strzałem w dziesiątkę, tym bardziej, że połowa zajęć była przeznaczona na teorię, której streszczenie dostawaliśmy następnie mailem. Wyniosłam nie tylko mnóstwo wiedzy z tych zajęć, ale również powoli zaczęłam przełamywać się, pisać, próbować, a co najważniejsze - słuchać innych i zapisywać słówka, których nie znałam, które mi się przypomniały czy spodobały. Na przykład moim absolutnym hitem było (i nadal jest) słówko se languir de quelque chose/quelqu'un (odczuwać brak czegoś/kogoś). Siłą rzeczy, mój francuski polepszał się. W dodatku Michel Azama zachęcał mnie i innych obcokrajowców do używania kalek, do mylenia się i wplatania w teksty charakterystycznych wyrażeń i zwrotów dla naszych rodzimych języków. Uważał, że czasami takie wstawki są poetyckie i dodają uroku.

W tym roku, nie miałam najmniejszych wątpliwości, że znowu wybiorę warsztaty pisarskie. Po pierwsze dlatego, że chciałam dalej się rozwijać, a po drugie, dlatego, że stanowi to jakąś całość i będę mogła sobie potem wpisać to doświadczenie w CV. Tym razem, warsztaty prowadzi Michèle Sigal, która pisze zarówno powieści, opowiadania, jak i sztuki teatralne. Według broszurki informacyjnej, te zajęcia mają nam pomóc znaleźć nasz własny styl pisania poprzez pisanie różnych form. Mnie ta forma bardzo odpowiada. Michèle Sigal uczy nasz jak umiejętnie poprowadzić historię, jak stworzyć postać, jak ulepszyć to, co już napisaliśmy oraz, co najważniejsze, jak wyrobić w sobie refleks pisania i zmusić wyobraźnię do pracy nawet jeśli nie mamy na to ochoty. Nie narzuca nam formy ani treści. Po prostu daje jakiś ogólny temat i czas, a my piszemy.
Przyznam szczerze, że te zajęcia odpowiadają mi najbardziej. Rozwijam przy niej skrzydła. Po 5 tygodniach zajęć, mój francuski przekroczył swój dawny poziom - jestem bogatsza o kilka nowych rejestrów, a ja jestem w stanie napisać dobry tekst o 9 rano, będąc jeszcze jedną nogą w łóżku. No i co najważniejsze - przekonałam się, że jestem dobra w tym, co robię - moje teksty cieszą się uznaniem zarówno moich znajomych, jak i Michèle Sigal.

Gdybym wiedziała to, co wiem teraz, to na pewno już podczas mojej nauki francuskiego zapisałabym się na jakieś warsztaty. Pisanie jest tak samo ważne jak mówienie. I nie chodzi tu tylko o pisanie tekstów akademickich. Ćwicząc pisanie, ćwiczymy nie tylko naszą wyobraźnię, ale również język. Dlatego, gdybym teraz udzielała korepetycji i miała udzielić jakiejś rady mojemu uczniowi, powiedziałabym: pisz.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Ogłoszenie parafialne!

Chcesz wiedzieć, co się u mnie dzieje na bieżąco? 
Śledź mnie na Instagramie (instagram.com/agnes.wieckowska). Tam znajdziesz migawki z codziennego życia w Paryżu. 

samedi 10 octobre 2015

Nowy tatuaż = nowy początek?

2 i pół roku temu zrobiłam sobie pierwszy tatuaż. Jak się z nim czuję teraz? Na tyle dobrze, że ponownie przekroczyłam próg MAT Tattoo, przez 3 godziny zagryzałam ręce z bólu i wyszłam z nowym nabytkiem na stopie.
Narzędzia zbrodni

Decyzja była spontaniczna. Ważne spotkanie wypadło mi akurat w środku dnia, więc opuściłam zajęcia, a co za tym idzie, miałam całe popołudnie wolne. Postanowiłam więc pozałatwiać sprawy, a jedną z tych spraw było umówienie się na zrobienie tatuażu. Kiedy dotarłam do MAT Tattoo (studio, w którym tatuowałam się po raz pierwszy), okazało się, że jakiś klient odwołał spotkanie, a ja mogę wskoczyć na jego miejsce. Nie miałam przy sobie zdjęcia mojego projektu, ale co tam. Wiedziałam co i gdzie chcę mieć, no i miałam powody żeby świętować. Wpadłam w ręce Juliena, który jest obecnym właścicielem MAT Tattoo i którego pamiętałam z mojej poprzedniej wizyty w studio. Cóż... Lepiej chyba trafić nie mogłam. 16 lat doświadczenia w zawodzie, a co za tym idzie, doskonała znajomość ludzkiego ciała, technik tatuażu oraz właściwości tuszu pozwalają mu na rządzenie się i narzucanie swojego zdania. Mi to akurat nie przeszkadza, bo tatuażysta jest artystą, który musi się jakoś wyżyć. Poza tym jest to osoba, której trzeba absolutnie zaufać - w końcu przez najbliższe kilka godzin będzie mi orała skórę igłami i to od niej zależy jakość tego, co znajdzie się na mojej skórze. Wolę więc wypracować jakiś kompromis z kimś doświadczonym niż mieć przed sobą kogoś, kto mi przytaknie, wytatuuje coś, co będzie źle wyglądało ze względu na rozmiar/miejsce/zły kolor, a ja w rezultacie będę tego żałować. Julien od razu wybił mi z głowy mój pomysł eterycznej róży na stopie w technice watercolor, w pastelowych kolorach. A może nie tyle wybił, co powiedział, że ok, on może mi to wytatuować, ale nie na stopie, bo pastele szybko wyblakną chociażby przez tarcie skarpetki o skórę. Kiedy już doszliśmy do porozumienia, zamknął się na dobre 45 minut w gabinecie żeby zaprojektować mój tatuaż. Po 3 godzinach słuchania metalu i robienia dobrej miny do złej gry, na mojej stopie pojawiła się piękna róża w stylu oldschool.


Przyznam szczerze, że trochę źle oceniłam moją wytrzymałość na ból. Pierwszy tatuaż zniosłam bardzo dobrze i przez to stwierdziłam, że pewnie zasłyszane opinie, że tatuowanie stopy bardzo boli, są trochę przesadzone. W końcu tatuaż wzdłuż kręgosłupa też miał boleć jak diabli. Domyślałam się jednak, że stopa będzie bardziej bolesna niż plecy, bo skóra jest cieńsza i tak dalej...
Cóż... W życiu nie czułam takiego bólu. Myślałam, że nic nie przebije bólu spowodowanego kolką nerkową czy złamaniem kości ogonowej, a tu niespodzianka. 
Ja osobiście przechodziłam przez dwie fazy w trakcie tatuowania: przez pierwsze półtorej godziny zastanawiałam się, co mi strzeliło do głowy; przez kolejne półtorej godziny było mi już wszystko jedno i nawet nie chciałam robić przerw, żeby jak najszybciej mieć to za sobą. Przerwa niestety narzuciła się sama, kiedy po ponad 2 godzinach prawie zemdlałam. Brzmi to dosyć dramatycznie, a prawda jest taka, że spędziłam cały dzień na owsiance - ból i pusty żołądek to nie jest dobre połączenie. 
Gojenie tatuażu potrwa około miesiąca. Wydaje mi się, że przy tatuażu na stopie proces gojenia jest bardziej upierdliwy. Stopa i kostka bardzo mi spuchły jeszcze w trakcie wykonywania tatuażu. Kiedy piszę ten tekst (noc z piatku na sobotę) opuchlizna już prawie zeszła. Jeszcze trochę ją widać przy kostce, ale myślę, że do niedzieli już wszystko wróci do normy. Sam tatuaż robiłam we wtorek (6 października), a zdjęcie powyżej w czwartek. Od wtorku do czwartku zakładanie skarpetki, butów czy nawet chodzenie było dosyć niekomfortowe, żeby nie powiedzieć bolesne. Myślę jednak, że bardzo regularne smarowanie tatuażu tłustym kremem robi swoje i proces gojenia przebiega szybciej. Niestety Bepanthen jest bardzo tłusty i brudzący, więc muszę nieźle się nagimnastykować żeby nie ubrudzić pościeli. 

Za tatuaż w kolorze zapłaciłam 200€. Czarno-biały kosztowałby 150€. Cena jest adekwatna do jakości, chociaż nie jest adekwatna do czasu jaki Julien włożył w wykonanie - dziubanie tej róży trwało dłużej niż zrobienie mojego tatuażu na plecach. Fakt - to droga ozdoba, ale warta swojej ceny. 

Jeśli ktoś z Was mieszka w Paryżu i zastanawia się nad tatuażem, to z czystym sumieniem mogę polecić MAT Tattoo. Dla mnie to studio ma wszystko, co powinno mieć: świetnych profesjonalistów, przystępne ceny, no i fajną atmosferę (dawno nikt tak nie dbał o mój komfort jak cała ekipa MAT Tattoo). Ja tam jeszcze wrócę i to nie tylko na wizytę kontrolną czy na kawę. 

Uprzedzając pytania, powiem Wam, że w dalszym ciągu nie spotkałam się z negatywymi głosami jeśli chodzi o tatuaże w teatrze. Większość aktorów nie ma tatuaży (albo ma je dobrze ukryte). Posiadanie tatuaży nie jest odbierane jako problem, tym bardziej, że rynek kosmetyczny jest na tyle rozwinięty, że z łatwością można kupić podkład czy korektor, który całkowicie zakryje tatuaż. Sama mam taki podkład w domu. 

Nawiązując do tytułu tego posta, to we Francji spotkałam się z przekonaniem, że osoba, która robi sobie piercing zmieni coś w swoim życiu. Z kolei osoba, która robi sobie tatuaż zamyka jakiś rozdział w swoim życiu i/lub zaczyna coś nowego. Nie wiem jeszcze, co w moim życiu się skończyło. Wiem za to, że przede mną 13 bardzo pracowitych i ważnych miesięcy. Odliczanie do premiery Nuit Bouffe właśnie się zaczęło. Byle do listopada 2016!