samedi 10 octobre 2015

Nowy tatuaż = nowy początek?

2 i pół roku temu zrobiłam sobie pierwszy tatuaż. Jak się z nim czuję teraz? Na tyle dobrze, że ponownie przekroczyłam próg MAT Tattoo, przez 3 godziny zagryzałam ręce z bólu i wyszłam z nowym nabytkiem na stopie.
Narzędzia zbrodni

Decyzja była spontaniczna. Ważne spotkanie wypadło mi akurat w środku dnia, więc opuściłam zajęcia, a co za tym idzie, miałam całe popołudnie wolne. Postanowiłam więc pozałatwiać sprawy, a jedną z tych spraw było umówienie się na zrobienie tatuażu. Kiedy dotarłam do MAT Tattoo (studio, w którym tatuowałam się po raz pierwszy), okazało się, że jakiś klient odwołał spotkanie, a ja mogę wskoczyć na jego miejsce. Nie miałam przy sobie zdjęcia mojego projektu, ale co tam. Wiedziałam co i gdzie chcę mieć, no i miałam powody żeby świętować. Wpadłam w ręce Juliena, który jest obecnym właścicielem MAT Tattoo i którego pamiętałam z mojej poprzedniej wizyty w studio. Cóż... Lepiej chyba trafić nie mogłam. 16 lat doświadczenia w zawodzie, a co za tym idzie, doskonała znajomość ludzkiego ciała, technik tatuażu oraz właściwości tuszu pozwalają mu na rządzenie się i narzucanie swojego zdania. Mi to akurat nie przeszkadza, bo tatuażysta jest artystą, który musi się jakoś wyżyć. Poza tym jest to osoba, której trzeba absolutnie zaufać - w końcu przez najbliższe kilka godzin będzie mi orała skórę igłami i to od niej zależy jakość tego, co znajdzie się na mojej skórze. Wolę więc wypracować jakiś kompromis z kimś doświadczonym niż mieć przed sobą kogoś, kto mi przytaknie, wytatuuje coś, co będzie źle wyglądało ze względu na rozmiar/miejsce/zły kolor, a ja w rezultacie będę tego żałować. Julien od razu wybił mi z głowy mój pomysł eterycznej róży na stopie w technice watercolor, w pastelowych kolorach. A może nie tyle wybił, co powiedział, że ok, on może mi to wytatuować, ale nie na stopie, bo pastele szybko wyblakną chociażby przez tarcie skarpetki o skórę. Kiedy już doszliśmy do porozumienia, zamknął się na dobre 45 minut w gabinecie żeby zaprojektować mój tatuaż. Po 3 godzinach słuchania metalu i robienia dobrej miny do złej gry, na mojej stopie pojawiła się piękna róża w stylu oldschool.


Przyznam szczerze, że trochę źle oceniłam moją wytrzymałość na ból. Pierwszy tatuaż zniosłam bardzo dobrze i przez to stwierdziłam, że pewnie zasłyszane opinie, że tatuowanie stopy bardzo boli, są trochę przesadzone. W końcu tatuaż wzdłuż kręgosłupa też miał boleć jak diabli. Domyślałam się jednak, że stopa będzie bardziej bolesna niż plecy, bo skóra jest cieńsza i tak dalej...
Cóż... W życiu nie czułam takiego bólu. Myślałam, że nic nie przebije bólu spowodowanego kolką nerkową czy złamaniem kości ogonowej, a tu niespodzianka. 
Ja osobiście przechodziłam przez dwie fazy w trakcie tatuowania: przez pierwsze półtorej godziny zastanawiałam się, co mi strzeliło do głowy; przez kolejne półtorej godziny było mi już wszystko jedno i nawet nie chciałam robić przerw, żeby jak najszybciej mieć to za sobą. Przerwa niestety narzuciła się sama, kiedy po ponad 2 godzinach prawie zemdlałam. Brzmi to dosyć dramatycznie, a prawda jest taka, że spędziłam cały dzień na owsiance - ból i pusty żołądek to nie jest dobre połączenie. 
Gojenie tatuażu potrwa około miesiąca. Wydaje mi się, że przy tatuażu na stopie proces gojenia jest bardziej upierdliwy. Stopa i kostka bardzo mi spuchły jeszcze w trakcie wykonywania tatuażu. Kiedy piszę ten tekst (noc z piatku na sobotę) opuchlizna już prawie zeszła. Jeszcze trochę ją widać przy kostce, ale myślę, że do niedzieli już wszystko wróci do normy. Sam tatuaż robiłam we wtorek (6 października), a zdjęcie powyżej w czwartek. Od wtorku do czwartku zakładanie skarpetki, butów czy nawet chodzenie było dosyć niekomfortowe, żeby nie powiedzieć bolesne. Myślę jednak, że bardzo regularne smarowanie tatuażu tłustym kremem robi swoje i proces gojenia przebiega szybciej. Niestety Bepanthen jest bardzo tłusty i brudzący, więc muszę nieźle się nagimnastykować żeby nie ubrudzić pościeli. 

Za tatuaż w kolorze zapłaciłam 200€. Czarno-biały kosztowałby 150€. Cena jest adekwatna do jakości, chociaż nie jest adekwatna do czasu jaki Julien włożył w wykonanie - dziubanie tej róży trwało dłużej niż zrobienie mojego tatuażu na plecach. Fakt - to droga ozdoba, ale warta swojej ceny. 

Jeśli ktoś z Was mieszka w Paryżu i zastanawia się nad tatuażem, to z czystym sumieniem mogę polecić MAT Tattoo. Dla mnie to studio ma wszystko, co powinno mieć: świetnych profesjonalistów, przystępne ceny, no i fajną atmosferę (dawno nikt tak nie dbał o mój komfort jak cała ekipa MAT Tattoo). Ja tam jeszcze wrócę i to nie tylko na wizytę kontrolną czy na kawę. 

Uprzedzając pytania, powiem Wam, że w dalszym ciągu nie spotkałam się z negatywymi głosami jeśli chodzi o tatuaże w teatrze. Większość aktorów nie ma tatuaży (albo ma je dobrze ukryte). Posiadanie tatuaży nie jest odbierane jako problem, tym bardziej, że rynek kosmetyczny jest na tyle rozwinięty, że z łatwością można kupić podkład czy korektor, który całkowicie zakryje tatuaż. Sama mam taki podkład w domu. 

Nawiązując do tytułu tego posta, to we Francji spotkałam się z przekonaniem, że osoba, która robi sobie piercing zmieni coś w swoim życiu. Z kolei osoba, która robi sobie tatuaż zamyka jakiś rozdział w swoim życiu i/lub zaczyna coś nowego. Nie wiem jeszcze, co w moim życiu się skończyło. Wiem za to, że przede mną 13 bardzo pracowitych i ważnych miesięcy. Odliczanie do premiery Nuit Bouffe właśnie się zaczęło. Byle do listopada 2016!