samedi 28 novembre 2015

Versailles

Kilka miesięcy temu miałam okazję odwiedzić plan zdjęciowy nowego serialu Canal +, Versailles, w ramach zajęć z historii kostiumu. Od dwóch tygodni śledzę efekty w telewizji i jestem bardzo mile zaskoczona.

Serial produkcji francusko-kanadyjskiej skupia się na życiu Ludwika XIV i zaczyna w momencie, kiedy ten ma 28 lat i postanawia przeprowadzić dwór do starego zamku do polowań swojego ojca. Słynnego zamku jeszcze nie ma, a sam Ludwik jest tylko Królem Francji, a nie Królem Słońcem. W dodatku dręczą go koszmary związane z Frondą oraz ze śmiercią matki, Anny Austriaczki. Żeby przyciągnąć do siebie arystokrację, a tym samym scentralizować władzę, postanawia wybudować najwspanialszy zamek na świecie - Wersal.

Jak może wiecie, albo i nie, kilka lat temu miałam praktycznie obsesję na punkcie Ludwika XIV. Wszystko za sprawą musicalu Le Roi Soleil, który popchnął mnie do nauki francuskiego i dzięki któremu pochłonęłam mnóstwo książek na temat Króla Słońce, jego dworu, miłości i innych. To był mój konik. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo cieszyłam się i przeżywałam pierwszą wizytę w Wersalu.
Dlatego też cieszyłam się na myśl o tym serialu i jednocześnie bałam się, że mnie zawiedzie. Wiadomo, że kiedy siedzimy po uszy w jakimś temacie, automatycznie wychwytujemy każdy, nawet najmniejszy błąd. Z drugiej strony jednak, większość seriali czy programów poświęconych Ludwikowi XIV - a z okazji 300 rocznicy śmierci jest ich sporo - są napompowane powagą i patetycznym tonem. Ot, serial kostiumowy, którego twórcy chcą przekazać biografię, wychwalić króla pod niebiosa i pochwalić się kostiumami. Nie mówię, że wychwalanie jest złe - jest w sumie potrzebne Francuzom w dobie kryzysu, żeby przypomnieć im, że kiedyś Francja była świetnościa - ale, moim zdaniem, brakuje tym serialom jakiejś głębi. Postacie są płaskie, przekazuje się suche fakty, które słyszelśmy już wiele razy. W dodatku kostiumy są fatalne.
I nagle pojawia się produkcja, która serwuje nam ucztę dla oka pod względem kostiumowym (dlatego nasz wykładowca zabrał nas na plan) i postanawia zaryzykować i zaprezentować widzom Króla, który jest taki jak wszyscy - ma swoje obsesje, lęki, radości. I nagle okazuje się, że historia może być ciekawa i przekazana w interesujący sposób. A wszystko w rytmie rocka.
Oczywiście serial ma kilka niedociągnięć - tego nie da się uniknąć tym bardziej, że serial jest produkowany również przez Kanadyjczyków (a kto mówi Kanada, mówi też USA). Postacie są bardzo wygłądzone, wręcz anielskie - mniej-więcej tak jak w Marii-Antoninie Coppoli. No i nie dało się uniknąć kilku stereotypów.
Nie zmienia to jednak faktu, że serial jest warty uwagi i godny polecenia. Mam tylko nadzieję, że nie stanie się nic, co zmieni moje zdanie.


jeudi 19 novembre 2015

La Légende du Roi Arthur 2.

Jak mówiłam, tak zrobiłam.
Wróciłam na widownię Palais de Congres w piątek, 13 listopada. Miał to być jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Miał, bo nie muszę mówić jak się skończył.

We wrześniu pisałam o moich wrażeniach z premiery. Podtrzymuję moją opinię i mogę jedynie dodać że teraz spektakl jest prawdziwą perełką. Wszystko (poza Camille Lou) zostało świetnie dopracowane, dzięki czemu spektakl objętości na scenie. Widać też, że ekipa cuje się dobrze w swoich rolach.
Na plus mogę zaliczyć to, że spektaklu nie przerwano i że ekipa, mimo że wiedziała, co dzieje się w Paryżu, nie dała nic po sobie poznać. Skrócono jedynie finał ze względów bezpieczeństwa, a Florent Mothe dosyć enigmatycznie życzył nam szczęśliwego powrotu do domu. Oczywiście tego dnia nie było możliwości zrobienia sobie zdjęcia z artystami.
Z ostateczną recenzją wstrzymam się do 16 stycznia, bo to wtedy zobaczę musical ostatni raz. Tymczasem mam dla Was zdjęcia. Mam nadzieję, że wcześniej udało mi się zachęcić Was do obejrzenia tego spektaklu. Jeśli nie, to mam nadzieję, że zdjęcia Was zachęcą.
Uwielbiam oglądać spektakle z pierwszych rzędów.

Niech żyje król!

Pojedynek Króla Artura z Meleagant. 

Quelque chose de magique. Jedna z najpiękniejszych scen.

Quelque chose de magique - scenografia. 

Tu vas le payer. Zaho jako Wróżka Morgane. 

Tu vas le payer - podstęp Morgane'y.



Délivre-nous. Florent Mothe i Julien Lamassonne. Dwa wielkie głosy.

Si je te promets. Camille Lou, Florent Mothe i Charlie Boisseau. 



Si je te promets - zdecydowanie moje ulubiona scena. 

Król Artur i Excalibur.

Dors, Morgane, dors.


Ślub Artura i Guenièvre. Zwróćcie uwagę na grę świateł. 

Ce que la vie a fait de moi. Cała intryga na jednym zdjęciu. 

Je me relève. A w tle Okrągły Stół.

Je me relève. Król Artur i jego rycerze.

Faire comme si. Charlie Boisseau w roli Lancelota oraz Camille Lou w roli Guenièvre. 

A nos vœux sacrés. Zaho oraz Fabien Incarnadona w roli Meleagant. 

David Alexis w roli Merlina. 

Wake Up

I jeszcze trochę intrygi na jednym zdjęciu.

Mon combat.

Auprès d'un autre

Auprès d'un autre. Piękna scena i piękna piosenka.

Finał.

Ukłony.

I jeszcze krótki bis.

Koniec.

dimanche 15 novembre 2015

Toujours debout.

Nie możemy pozwolić by strach nas zdominował. Gdyby tak się stało, oznaczałoby to poddanie się i zwycięstwo tych, którzy próbują zastraszyć nas swoją ignorancją i nienawiścią do życia. 

Wczoraj, poddałam się na chwilę. Świadomość, że zamachowcy mogli wybrać salę, w której ja byłam, jest okropna i przytłaczająca. Ale z każdą nową wiadomością od znajomych, przyjaciół czy współpracowników wracały mi siły, by się podnieść i powiedzieć sobie, że nigdy się nie poddam. 
Paryż również się podniesie i nigdy się nie podda. W końcu w każdej historii zawsze zwycięża ten, kto wierzy w miłość, dobro i wolność. 






vendredi 13 novembre 2015

Portrait de famille.

Nie wiem czy znacie to uczucie, kiedy jakiś film, piosenka, książka, sztuka teatralna czy po prostu osoba, którą spotkaliście, zaskakuje Was tak mocno, że jeszcze długo po tym nie możecie dojść do siebie. Po prostu policzkuje Was, rozkłada na łopatki, a Wy nie jesteście w stanie wydusić z siebie ani słowa żeby opisać to spotkanie. Nawet nie tyle nie jesteście w stanie wydusić słowa, co boicie się powiedzieć cokolwiek na ten temat, żeby nie zepsuć delikatnego sacrum, które właśnie tworzy się wokół tej rzeczy. 
Ta rzecz zostaje z Wami. Nawet jeśli o niej nie myślicie, to siedzi gdzieś z tyłu głowy. Czasami wypływa na powierzchnię, czasami siedzi w ukryciu, ale jest. Takich spotkań się nie zapomina.

Wczoraj miałam okazję obejrzeć Portrait de famille w ramach Festival d'Automne w Ateliers de Paris La Cartoucherie de Vincennes. Spektakl jest prezentacją pracy aktorów uczestniczących w warsztatach prowadzonych przez Jean-François Sivadier i opowiada historię rodu Atrydów w oparciu o sztuki Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa i Shakespeare'a. 
Krótkie przypomnienie z historii: ród Atrydów, czyli Agamemnon, który złożył w ofierze swoją córkę, najechał na Troję, wygrał wojnę, został zabity przez swoją żonę, Klitajmestrę, i jej kochanka, Ajgistosa, po powrocie z Troi, a następnie pomszczony przez córkę Elektrę i syna Orestesa. Więcej informacji o tym kto z kim, jak i dlaczego znajdziecie na Wikipedii albo w trylogii Ajschylosa Oresteja. Ja nie będę się więcej rozwodzić na ten temat, bo to nie to jest tutaj najważniejsze. 

Problem klasyków, a tym bardziej mitów, jest taki, że są oklepane. Pisarze czy reżyserzy wyciągnęli z nich wszystko, co mogli wyciągnąć, powtarzając ciągle te same histore. Dlatego młodzi twórcy starają się być jak najbardziej oryginalni w swojej własnej interpretacji oklepanego na wszystkie strony tematu. Rezultat: przekombinowane przedstawienia. Kiedy tydzień temu obejrzałam A ce projet personne ne s'opposait na podstawie Prometeusza w okowach Ajschylosa w teatrze narodowym La Colline, byłam bardzo zniechęcona do wczorajszego spektaklu. Właśnie dlatego, że ten pierwszy był przekombinowany. Dlatego nie skakałam z radości kiedy dowiedziałam się, że Portrait de famille trwa 3 godziny. Tymczasem okazało się, że już w pierwszej minucie dostałam w twarz. 

Nie potrafię znaleźć słów, które opisałyby dokładnie to, co czułam w trakcie spektaklu. Po prostu siedziałam przez 3 godziny jak dziecko przed witryną z cukierkami, śmiałam się i płakałam, śledziłam bohaterów, żyłam z nimi. Zdarzyło mi się to chyba 3 raz w życiu żebym z takim zapałem śledziła akcję, gesty, słowa. 

Cały spektakl był utrzymany w stylu kabaretowym. Od razu widać inspirację teoriami Brechta i jego teatrem epickim, w którym teoretycznie nie mamy się utożsamiać czy zżywać z postaciami na scenie i wszystko przypomina nam, że jesteśmy w teatrze i, że to, co dzieje się na scenie to fikcja. Cóż... w moim wypadku to nie zadziałało. Początkowo scenografia mnie przeraziła i spodziewałam się małej katastrofy. W efekcie, uważam, że była bardzo udana. Dobrze służyła aktorom, a jej kabaretowość dodała świeżości całemu przedstawieniu. 
Jeśli chodzi o tekst, to to był prawdziwy majstersztyk godny Nobla. Jako że spektakl bazował na kilku innych sztukach, obawiałam się, że może być niezrozumiały, że będzie to po prostu zlepek cytatów. Nic bardziej mylnego! Przypuszczam, że tekst powstał dzięki licznym improwizacjom, które aktorzy wykonywali podczas warsztatów, ale był on tak dobrze skonstrowany, że widać było, że aktorzy czują się z nim swobodnie. Owszem, były i cytaty, ale one też były ta wplecione w tekst, że ja, jako (bardziej obeznany w temacie) widz, nie potrafiłam wyczuć granicy między tekstem, a cytatem. Tekst po prostu płynął mieszając wątki komiczne z tragicznymi i wywołując co i rusz salwy śmiechu, a następnie łzy. To był 3-godziny gwałt emocjonalny w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Ogromnym plusem była również muzyka grana na żywo przez aktorów. Nie za głośna, nie za cicha... Idealnie komponowała się ze spektaklem. 

Przejdźmy teraz do wisienki na torcie, czyli do aktorów. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy nie widziałam lepszych (poza Magdą Cielecką w roli Sally Bowles). Ogrom pracy jaki włożyli w ten spektakl po prostu zwala mnie z nóg. Marzę żeby kiedyś zbliżyć się choć trochę do ich poziomu. 
Na specjalną uwagę załuguje Marc Arnaud, który wcielił się w rolę Klitajmestry. Tak, facet grał rolę kobiety. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta rola pasowała mu jak ulał. Jego charyzma i olbrzymi talent sprawiły, że na scenie nie widziałam mężczyzny, ale postać w jaką się wcielał. Nie potrzebował nawet peruki żeby zagrać ją po mistrzowsku. Jego kreacja przebiła wszystko i tak zapisała mi się w pamięci jako demoniczna żona Agamemnona, że spokojnie mogę go dopisać do mojej listy niezapomnianych kreacji aktorskich. Na pewno będę śledzić jego poczynania. 
Drugą aktorką, która najbardziej mnie poruszyła była Emma Pluyaut-Biwer w roli Elektry. Najśmieszniejsze jest to, że przez większość spektaklu była prawie niewidzialna. Dopiero na koniec, w jednym z najważniejszych monologów doprowadziła mnie do łez i w ten sposób zapisała się w mojej pamięci. Można by powiedzieć, że to była tajna broń reżysera. Chyba nie było na sali osoby, która nie doceniłaby jej kreacji. 
Jeśli chodzi o pozostałą dziesiątkę, to również trzymali poziom. Nie mam im nic do zarzucenia. 

Podsumowując: Portrait de famille to jeden z najlepszych spektakli jakie kiedykolwiek miałam okazję obejrzeć. Niezwykle wysoki poziom aktorów, świetny tekst, dopracowana całość. Coraz rzadziej spotyka się takie spektakle, a szkoda... Nigdy go nie zapomnę i mam nadzieję, że kiedyś zbliże się choć trochę do poziomu moich nowych idoli. 
Polecam Wam zapoznać się bliżej z pracą Jean-François Sivadier. Ja na pewno to zrobię, bo podobno jego inne spektakle są równie dobre. Jeśli chcielibyście obejrzeć Portrait de famille, to musicie się pospieszyć: zostały tylko 3 przedstawienia: 13 listopada o 20.00 i 14 listopada o 15.00 i 20.00 w La Cartoucherie de Vincennes. 
tutaj znajdziecie kilka dodatkowych informacji, zdjęcia oraz wywiad z reżyserem.