mercredi 20 janvier 2016

Czy w tym mieście możemy być szczęśliwi? - Czyli Kabaret Warszawski.

Krzysztof Warlikowski wielkim reżyserem jest. - Mogłabym napisać tylko to zdanie i zakończyć ten wpis. Mało osób, które widziały pracę Warlikowskiego chociaż raz, mi się sprzeciwi.
Przyznam szczerze, że nie rozumiałam jego geniuszu dopóki nie obejrzałam Kabaretu Warszawskiego w całości. W lutym ubiegłego roku, wybrałam się na ten spektakl, ponieważ był mi potrzebny do napisania pracy semestralnej. Niestety, mogłam zobaczyć tylko jedną część, ponieważ druga została odwołana. Niby nic... Obsługa zapewniała mnie, że nic nie tracę, że te dwie części nie są ze sobą powiązane. I owszem, może i nie ma jakiegoś logicznego ciągu, elipsy czy czegokolwiek innego, co wiązałoby pierwszą część - nazistowskie Niemcy - i drugą - Nowy Jork po 11 września, ale cały sens tego widowiska jest zawarty w ostatnich zdaniach wypowiedzianych przez konferansjera drugiej części. Widz dostaje wtedy po twarzy, objawia mu się geniusz Warlikowskiego i nagle pojmuje wszystko to, co zobaczył na scenie przez ostatnie 5 godzin.


Zdjęcia: Marcin Oliva Soto
Warlikowski to jeden z naszych najlepszych towarów eksportowych. Każdy jego spektakl wyrusza w tournée po Europie, zbiera same pochlebne recenzje, a sale pękają w szwach. Nie każdy rozumie jego geniusz i ma do tego całkowite prawo - taki jest problem z wielkimi reżyserami, że ich estetyka nie dociera do wszystkich. Bałam się, że i ze mną tak będzie, bo mam ogromny problem z teatralnymi legendami: Wilson i Castellucci do mnie nie przemawiają, mimo że powinni. Nie lubię po prostu zbyt przekombinowanych spektakli.

Pierwsza część Kabaretu Warszawskiego podobała mi się - doskonale znam tę historię, swobodnie się po niej poruszam, więc nie miałam problemu z różnymi odniesieniami. Bazą dla tej części jest I am a Camera Johna Van Drutena. Ta sama sztuka posłużyła Fosse'owi do stworzenia kultowego filmu Cabaret z Lize'ą Minnelli. Rozumiem jednak, że tytuł spektaklu może zmylić, bo nie ma nic warszawskiego w tym kabarecie. Może z wyjątkiem aktorów i języka... Rozumiem też, że widz, który nie ma tych samych odniesień, co ja, bo nie widział nawet filmu Fosse'a, może mieć problemy ze zrozumieniem spektaklu. Warlikowski to jeden z tych reżyserów, którzy odnoszą się do konkretnych dzieł, ale nie zadają sobie trudu by wpleść choć trochę pedagogicznego wytłumaczenia kontekstu. Jeśli widz nie zna historii, do których odnosi się Warlikowski, to może nie zrozumieć spektaklu albo, co gorsza, zrozumieć go źle. Dlatego nie dziwią mnie słowa oburzenia, że Warlikowski uwielbia pokazywać spedalonych chłopców czy pochwala holocaust. Kiedy obejrzałam tylko tą pierwszą część w lutym, myślałam, że historia jest prosta i nie ma głębszego podtekstu: ot, Sally marzy o sławie, Hitler dochodzi do władzy, a jej kochanek nie zgadza się ani z jej marzeniami ani z nowym ustrojem politycznym. 

Druga część opiera się na filmie Shortbus, którego nigdy nie widziałam, jednak w tym wypadku nie przeszkodziło mi to w zrozumieniu spektaklu. Ta część jest bardzo wymowna i malownicza, więc myślę, że nawet kompletny laik zrozumiałby o co chodzi i potrafiłby odnaleźć się w kontekście historycznym - akcja rozgrywa się po zamachach z 11 września. Do gabinetu seksuolożki Sophie (Maja Ostaszewska), przychodzi para gejów, James (Piotr Polak) i Jamie (Maciej Stuhr). Para z długoletnim stażem ma problem, ponieważ James pragnie bardziej otwartego związku. Sophia, mimo że kocha swojego męża Boba (Wojciech Kalarus), nigdy nie miała orgazmu. Jej pacjenci namawiają ją na wypad do ekskluzywnego klubu, gdzie poznaje Severin (Magdalena Popławska), która na co dzień odgrywa rolę dominy i pomaga Sophie odkryć swoje ciało. James i Jamie spotykają się tam z Cethem (Bartosz Gelner), który ma urozmaicić ich życie seksualne. A całość jest dyrygowana przez transwestytę Justina Vivian Bonda (Jacek Poniedziałek). 



Nie zgodzę się z tezą, że Warlikowski w tym spektaklu promuje homoseksualizm w jakimś tylko sobie zrozumiałym neurotycznym transie. Dla mnie, ostatnie słowa wypowiadane przez, fenomenalnego swoją drogą, Jacka Poniedziałka są kluczem do wszystkiego: Czy w tym mieście możemy być szczęśliwi? 
Zastanówmy się dlaczego Warlikowski wybrał akurat tak różne, a zarazem podobne do siebie okresy: przedwojenne Niemcy i Nowy Jork po zamachach. Obydwa te okresy kojarzą nam się z terrorem, a terror, widmo śmierci i strach wywołują w nas odruchy, których w normalnej sytuacji może byśmy nie mieli. Próbujemy odnaleźć się w nowej sytuacji, ale ciężko jest dostosować się i pozostać sobą. W pewnym momencie coś pęka i nasze prawdziwe jestestwo wychodzi, a wraz z nim wszystkie lęki, frustracje, pragnienia... Warlikowski stawia nam pytanie: czy w mieście, w którym rozlewa się plag terroru możemy pozostać sobą? A jeśli tak, to gdzie jest granica, której nie możemy przekroczyć? Jak bardzo ograniczona jest nasza wolność i seksualność, której czasami nie sposób ignorować? Normy społeczne stają się więzieniem, a przecież każde napięcie musi znaleźć swoje ujście. I to dotyczy nas wszystkich niezależnie od orientacji czy wykonywanego zawodu.
Innym poruszającym momentem, chociaż mniej dającym po twarzy, był wątek o poświęceniu się dla sztuki w pierwszej części. Temat bliski memu sercu... Ale to już trzeba obejrzeć.



Kabaret Warszawski to jeden z najlepszych spektakli jakie widziałam w całym moim życiu i jeden z niewielu, który sprawił, że zaniemówiłam, a po policzkach lały mi się łzy. Te historie, ich wielowymiarowość w połączeniu ze scenografią, która była tłem do pięknych, wręcz magicznych, obrazów sprawiły, że mam ochotę na więcej. Nie mogę się już doczekać aż odkryję Francuzów w teatrze Chaillot oraz Fedry w Odeonie - te ostatnie będę miała okazję śledzić z bliska w ramach zajęć w tym semestrze już od przyszłej środy (taki prezent na urodziny).