vendredi 8 janvier 2016

Egzamin na odległość.

Pamiętacie ten moment, kiedy z jakiegoś powodu nie mogliście udać się na egzamin, a wizja poprawki przyprawiała Was o dreszcze? Cóż... Mnie też to się zdarzyło. Na studiach w Polsce udawało mi się uniknąć poprawek - trafiła mi się tylko jedna. Na studiach we Francji poprawki to norma i w dodatku nikt nie robi problemów jeśli student nie stawi się na egzaminie w pierwszym terminie, który zazwyczaj odbywa się na ostatnich zajęciach w semestrze. Dlatego też, kiedy jeden z moich wykladowców, a zarazem mój przyszły promotor, postanowił zrobić egzamin w prawdziwej sesji egzaminacyjnej, 5 stycznia, cała grupa jęknęła z niezadowolenia.
Do tej pory pamiętam jak w ubiegłym roku wracałam do Francji nocnymi pociągami w nocy z 4 na 5 stycznia, żeby zdążyć na egzaminy. Po 4 godzinach na dworcu w Berlinie, godzinie w Kolonii i 2 nadprogramowych godzinach w Brukseli, byłam tak zmęczona, że nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Rezultat: na egzaminy nie dotarłam. Obyło się wtedy bez poprawek, bo moi wykładowcy okazali się na tyle wyrozumiali, że pozwolili mi napisać te egzaminy tydzień później. A potem i tak spędzałam ferie w Paryżu i przeklinałam tego, który ułożył tak beznadziejny kalendarz na rok akademicki 2014/2015.
Dlatego w tym roku, kiedy okazało się, że w sumie będziemy mieć miesiąc wolnego na uczelni (2 tygodnie ferii zimowych + tydzień sesji, w której normalnie nie mam egzaminów + tydzień ferii), skakałam z radości na myśl o dłuższym pobycie w Polsce. No a potem jęknęłam z niezadowolenia na myśl o egzaminie 5 stycznia. 
Miałam więc 3 wyjścia: wrócić do Francji wcześniej, zdać i nudzić się przez 2 tygodnie, polecieć tylko na egzamin, a następnie wrócić do Polski lub olać sprawę i pójść na poprawkę. 
Jak możecie się domyśleć, wybrałam 3 opcję. Taka ze mnie pilna studentka. 
Jednak, kiedy okazało się, że napisałam całkiem niezłą pracę semestralną, to szkoda mi było stracić tę ocenę i być może pogorszyć ją sobie poprawką. Dlatego napisałam do mojego wykładowcy maila, w którym usprawiedliwiłam moją nieobecność i poprosiłam o drugi termin w pierwszym tygodniu nowego semestru. Prawdę mówiąc, nie myślałam, że się zgodzi.
Zgodził się, a nawet zaproponował... żebym zaliczyła egzamin na odległość. Tak, teraz pewnie macie taką minę jak ja, kiedy przeczytałam jego wiadomość. 
Przystałam na tę propozycję i wczoraj zdałam mój pierwszy egzamin na odległość.
Jak to wyglądało? O umówionej godzinie dostałam na maila temat i miałam 3 godziny i 15 minut na napisanie i odesłanie pracy. Zero kontroli, 100% zaufania. Uprzedzając wszelkie pytania: nie, nie ściągałam, bo nie mialam nawet czego ściągnąć. Temat był typowy dla francuskiej teatrologii i nie wymagał żadnych pomocy naukowych: tylko znajomość tragedii i spektakli omawianych na zajęciach. Innymi słowy: korzystaj z własnej wiedzy. Dla mnie bomba, bo uwielbiam teksty argumentacyjne.
2 i pół godziny później odesłałam pracę, jednak muszę przyznać, że był to jeden z najcięższych egzaminów w moim życiu. Nienawidzę pracować w domu, a tym bardziej pisać prac czy egzaminów. Zawsze znajdę pierdyliard rzeczy, które mnie rozpraszają: koty, muzyka, siostra, lodówka i niezwykle fascynujące ściany. Dlatego nie polecam tego typu egzaminów. Niemniej jednak było to fajne doświadczenie.