lundi 18 janvier 2016

Kabaret w Teatrze Dramatycznym.

Drogi Czytelniku! Jeśli trafiłeś/-aś na ten post w poszukiwaniu informacji na temat tego spektaklu, niebawem wybierasz się do Teatru Dramatycznego i nie chcesz psuć sobie niespodzianki, to nie czytaj tego postu. Wróć za to po spektaklu i podziel się ze mną swoimi wrażeniami.

--------------------------------------------------------------------

Wypad na Kabaret w Teatrze Dramatycznym był spontaniczny. Po prostu zobaczyłam afisze na warszawskich ulicach, wklepałam w Google, zadzwoniłam do siostry i miałam już dwa bilety na 9 stycznia. Cieszyłam się jak dziecko, bo, jak wiecie, Kabaret to mój ulubiony musical, do którego mam wielki sentyment - bez niego prawdopodobnie nie spełniłabym swoich marzeń. 
Stety/Niestety w głowie utkwiło mi wspomnienie francuskiej wersji tego musicalu, który był idealną kopią Cabaretu z Broadway'u. Nie oznacza to, że jestem całkowicie przeciwna nowym, bardziej współczesnym wersjom tego musicalu - brukselska odsłona Cabaretu bardzo przypadła mi do gustu. Ale z tą polską wersją mam problem. Duży...


Krzysztof Szczepaniak w roli Konferansjera. (fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska)
Pamiętam jak jeszcze niedawno pisałam, że wolę nie oceniać spektaklu, który dopiero co miał swoją premierę. Tutaj muszę zrobić wyjątek od reguły, ponieważ Kabaret miał swój przedpremierowy pokaz w Sylwestra, a co za tym idzie cały tydzień na dopracowanie spektaklu przed premierą. Ciężko byłoby mi również oceniać spektakl po kilku miesiącach, ponieważ Kabaret nie jest grany jednym ciągiem przez kilka miesięcy, tylko jest rozstrzelony w krótkie, 3-dniowe, sesje. Każde takie wznowienie jest jak premiera.
Kolejnym powodem, dla którego ocenię ten spektakl była jego nierówność - z jednej strony świetnie przygotowany Konferansjer i orkiestra, z drugiej reszta aktorów słabo przygotowana. Tak słabo, że było widać jak wokalistki-tancerki grające dziewczyny z Kit Kat Klubu odliczają w myślach kroki. Nie wiem skąd wynika ten brak równowagi w spektaklu i nie będę wysuwać tutaj żadnych hipotez. Po prostu widać brak pracy i obawiam się, że będzie go widać przy każdym wznowieniu.

Sally Bowles (Anna Gorajska) i dziewczyny z Kit Kat Klub.
Zacznijmy od aktorów. Jak już wyżej wspomniałam - Konferansjer grany przez Krysztofa Szczepaniaka to najmocniejszy punkt tego spektaklu. Facet jest po prostu bombą energii, która rozsadza całą salę. Świetnie przygotowany, z niezwykłą charyzmą potrafi porwa publiczność. I to by było na tyle z mocnych punktów... Reszta zespołu wypada blado na tle Konferansjera, chociaż panowie z kabaretu - Bobby (Waldemar Barwiński) i Victor (Maciej Radel) rzucają się w oczy i są wiarygodni w swoich, niestety małych, rolach.
Główna rola żeńska, Sally Bowles, została powierzona Annie Gorajskiej, która ma wielki potencjał jeśli chodzi o wokal, ale jej gra była bardzo sztywna i bezpłciowa. Być może jest to też spowodawane tym, że sama postać Sally Bowles została bardzo okrojona i pozbawiona dwóch z trzech najważniejszych piosenek, które pozwalają widzom ją zrozumieć - Mein Herr i Maybe This Time. Z drugiej strony jednak, postać Clifforda Bradshawa (Mateusz Weber) nie jest tak bardzo okrojona, a gra jest tak samo drętwa. Podobnie jest w przypadku reszty aktorów, którzy momentami wydają się źle dobrani. Tak jest, na przykład, w przypadku Fraulein Schneider (Agnieszka Wosińska), która jest zbyt młoda do tej roli i nikt sobie nie zadał trudu, żeby nawet ją postarzyć charakteryzacją. Kobieta po 40 śpiewająca, że jest za stara na miłość i małżeństwo, a przy tym wyliczająca wszystkie starcze dolegliwości jest bardzo niewiarygodna, tym bardziej, że pani reżyser, Ewelina Pietrowiak, postanowiła uwspółcześnić musical. Wygląd Fraulein Schneider kontrastuje również z wyglądem jej scenicznego partnera Herr Schultza (Piotr Siwkiewicz), który już został postarzony.
Prawdę mówiąc, myślałam, że ze mną jest coś nie tak. Jakieś zboczenie teatrologiczne czy coś.  No bo jak można spieprzyć Kabaret? Zawsze, kiedy jakiś spektakl mi się nie podoba, boję się, że budzi się we mnie teatrologiczny snob i to on krytykuje. Jednak moje siostra, kompletny laik teatralny, podzielała moje zdanie. Uznałam, że może jeszcze nie jest ze mną tak źle.

Koniec pierwszego aktu.
Przejdźmy zatem do reżyserii.
recenzji Krzysztofa Mroziewicza zamieszczonej na stronie teatru Dramatycznego możemy przeczytać:
Po filmie „Kabaret” (osiem Oscarów) wystawiać  na scenie „Kabaret” to zadanie karkołomne, wręcz chyba niewykonalne. Jeśli już, to reżyserować  albo lepiej albo inaczej.  W Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy – wszelkie proporcje zachowawszy –  zrobiono „Kabaret”  tak samo, ale aktualniej.
Problem polega na tym, że Ewelina Pietrowiak nie wyreżyserowała Kabaretu ani lepiej ani inaczej ani nawet tak samo. Widać, że czerpała zarówno z filmu jak i ze scenicznej wersji Sama Mendesa, ale mam wrażenie, że trochę pogubiła się w swoich inspiracjach próbując na siłę zrobić coś nowego. Moim zdaniem, Kabaret, to taki spektakl, który nie potrzebuje zbyt wielu cięć ani zmian. Powiedziałabym nawet, że żadna zmiana nie wychodzi mu na dobre chociażby przez ilość bardzo złożonych wątków. W tej wersji, pani reżyser chciała wysunąć na pierwszy plan politykę - dojście Hitlera do władzy - kosztem Sally Bowles, ale przez ten zabieg ta postać nie miała już racji bytu. Żeby było jeszcze ciekawiej to zamiast krytyki nazizmu, mogliśmy zobaczyć jego... poparcie, ponieważ wszystkie elementy krytyki zostały wycięte. Podobnie postąpiono z wątkiem o homoseksualizmie Cliffa - coś tam mimochodem przebąknięto dwa razy, tak żeby nie szokować i żeby przypadkiem jakiś skandal nie wybuchł. Konferansjer z jednej strony idzie w stronę wersji Mendesa, czyli mamy przed sobą rozochoconego libertyna, z drugiej strony ten Konferansjer jest bardzo oszczędny w prowokujących, czasami obscenicznych gestach, które są tak charakterystyczne dla tej postaci w wersji scenicznej. Podobnie jest z końcówkami aktów, które w założeniu mają dać widowni w twarz. Na koniec pierwszego aktu mamy więc wielkie lustro, w którym widownia może się przejrzeć, podczas gdy aktorzy wykonują nazistowskie pozdrowienie. Scena piękna i przerażająca zarazem, jednak kurtyna opada zbyt szybko. Publiczność nie ma czasu żeby odczuć szok związany z tą sceną. Podobnie jest na końcu drugiego aktu. Najpierw mamy rozwiązanie historii Sally i Cliffa kiedy to Sally prosi Cliffa na odchodny by ten zadedykował jej książkę. Oczywiście to ostatnie zdanie, w którym kryje się cały sens postaci zostało wycięte. Następnie możemy zobaczyć pożegnanie Konferansjera. W oryginalnej wersji zdejmuje on płaszcz i pokazuje nam się w pasiaku z obozu koncentracyjnego, co jest niezwykle mocnym zakończeniem. W tej wersji, widzimy na scenie nieruchome tancerki i Konferansjera, który podnosi ręce w geście poddania się. Ta scena również trwa niezwykle krótko i gdybym nie widziała tego samego zabiegu w Brukseli, nigdy do głowy by mi nie przyszło, że nieruchome tancerki są martwe. 
Ostrożność nie jest dobrą cechą w teatrze. Jeśli reżyser nie potrafi wziąć na bary problematyki spektaklu i wyciągnąć z niej jak najwięcej, to nic dobrego z tego nie będzie. 
Fakt jednak, że polska wersja jest zrobiona aktualniej. Rzuca się to w oczy dzięki neonom i lekko tandetnym kostiumom, które mają nawiązywać do wersji Mendesa. Niestety aktualniej nie znaczy lepiej...
Tłumaczenie piosenek powierzono Wojciechowi Młynarskiemu, dzięki czemu uniknięto większych faux pas. Jedyne, co mi przeszkadzało to zachowanie niektórych angielskich słów, które swobodnie można zastapić polskimi i nie zmieniłoby to rytmu piosenki.


Czuję się zawiedziona tym spektaklem, bo zawsze pokładam w nim ogromne nadzieje. Nieprzemyślana reżyseria robiona na siłę nie jest jednak najlepszym pomysłem. Szkoda, bo Kabaret to spektakl, z którego można wyciągnąć wiele, jeśli tylko nie chce się zrobić czegoś na siłę. 
Niemniej jednak przeraża mnie to jak bardzo ten musical stał się aktualny.