dimanche 28 février 2016

Je t'ai cherché Roberto - Roberto Zucco.

Z jakiegoś bliżej mi nieznanego powodu, luty obfituje dla mnie w odkrycia i zachwyty teatralne. Jednym z tych odkryć/zachwytów został Roberto Zucco w reżyserii Richarda Brunela, na który trafiłam zupełnie przypadkiem - po prostu koleżanka z roku miała bilet do odsprzedania, a mnie wspomnienia chwyciły, no bo przecież jeszcze w Centre des Arts de la scène grałam Siostrę w tym spektaklu. Przyznam Wam się, że o mały włos, a by mnie ta perełka ominęła, bo akurat tamtego dnia dopadła mnie jakaś zimowa deprecha i nie miałam ochoty wystawić choćby jednego palca poza próg domu. Kiedy mam takie gorsze dni i nie chce mi się iść do teatru, to staram się przekonać czy warto zobaczyć dany spektakl, czy może sobie odpuszczę. Szukam różnych krytyk w internecie i tym sposobem dowiedziałam się, że tytułową rolę w Roberto Zucco gra Pio Marmaï - aktor, którego możecie kojarzyć z takich filmów jak Un heureux événement, o którym pisała Justyna, Toute première fois - niesamowicie śmieszna komedia o coming-in (gu) pewnego homoseksualisty; czy Le premier jour du reste de ta vie - film, za który Pio Marmaï otrzymał nominację do Cezara.
Ciekawość wzięła górę, bo bardzo chciałam zobaczyć jak aktor, który zazwyczaj gra tylko w filmach, poradzi sobie na scenie. Każdy aktor teatralny potrafi grać przed kamerą, ale nie każdy aktor filmowy potrafi grać na scenie.

Photo: Jean-Louis Fernandez



Poradził sobie. I to jeszcze jak!
Richard Brunel, reżyserując Roberto Zucco, odrzucał kompletnie koncepcję, którą łapie większość reżyserów - nie chciał opowiadać historii seryjnego mordercy, który zabijał, bo po prostu lubił zabijać. Jego Zucco to zwykły chłopak, który pewnego dnia wypadł z toru i z jakiegoś, nam nienznanego, powodu zabił swojego ojca. Zagubiony w tej, nowej dla niego, sytuacji, ucieka, znowu zabija i znowu ucieka aż w końcu musi stanąć twarzą w twarz z własnymi demonami. Taka interpretacja sztuki Koltesa przemawia do młodzieży, której na sali nie brakowało, tym bardziej, że Roberto Zucco był grany w teatrze Gerarda Philippe'a w Saint-Denis, gdzie młodocianych przestępców, którzy nagle zboczyli z drogi tak, jak Zucco, nie brakuje.
Pio Marmaï świetnie odnalazł się w tej roli. Byłam pod wielkim wrażeniem jego gry i tego, jak bardzo potrafi przekazać emocje innym - jest jednym z tzw. hojnych aktorów, którzy karmią swoich partnerów i publiczność własnymi emocjami i energią. Dla mnie to największa zaleta jaką może posiadać aktor.
Roberto Zucco w wykonaniu Marmaï jest jednocześnie zagubiony, szalony i brutalny, ale to właśnie to zagubienie wychodzi na pierwszy plan i w rezultacie nie oceniamy go surowo jako bezwzględnego mordercę, ale współczujemy mu i zastanawiamy się, co pchnęło go do pierwszego morderstwa. Jest wzruszający w swoim strachu i jednocześnie przerażający w swojej determinacji, by zabić kogoś nowego. Ja osobiście miałam ciarki w czasie spektaklu i trzęsłam się z wrażenia jeszcze długo po nim.



Niestety, reszta zespołu, z wyjątkiem Noemie Develay-Ressiguier i Evelyne Didi, trochę zaniżała poziom. Nie wiem czy to było zamierzone czy nie, ale ich gra była mało wiarygodna, bezpłciowa. Mniej-więcej taka, jaką zaprezentowała moja grupa, kiedy wystawialiśmy Roberto Zucco (czyli słaba...). Fakt, że tekst tej sztuki nie jest łatwy, ale mimo wszystko nie jest też tak skonstruowany żeby narzucić aktorom jedyną słuszną interpretację. 
Evelyne Didi urzekła mnie właśnie swoją naturalnością w roli matki Roberto i w roli sutenerki. Z kolei Noemie Develay-Ressiguier zaprezentowała La Gamine, która ma obsesję na punkcie swojego gwałciciela, ale mimo uczucia jakim go darzy, wpędza go w coraz gorsze tarapaty. 
Cały spektakl był utrzymany w dosyć mrocznej scenografii, która miała przypominać ubogie dzielnice, w których mnoży się patologia, ale musiała być jednocześnie mobilna, żeby z łatwością kształtować nowe przestrzenie na scenie. Do tego muzyka rockowa i odgłosy wystrzału z broni. 

Pio Marmai i Noemie Develay-Ressiguier
Wszystkie te elementy złożyły się w spektakl, który porywał widzów i wywoływał czasami uczucie dyskomfortu, dzięki któremu publiczność mogła lepiej zrozumieć główną postać. 
Przed spektaklem bałam się, że wyjdę zawiedziona. Tymczasem Roberto Zucco Richarda Brunela, mimo kilku niedociągnięć, wcisnął mnie w fotel tak bardzo, że nie chciałam wyjść z sali. Mogłabym oglądać go bez przerwy. 
Niestety, spektakl był grany tylko do 20 lutego, więc nie będzie można już go zobaczyć w regionie paryskim, ale trupa zawita jeszcze między innymi do Orleanu i do kilku innych miast w ramach tournee.