lundi 1 février 2016

Longue vie au Roi - La Légende du Roi Arthur.

Przyznam Wam się szczerze, że zabieram się do tego wpisu jak pies do jeża... Nie dlatego, że temat tego musicalu mi się znudził, ale dlatego, że niedawno użyłam go jako przykład w jednej z moich prac semestralnych. Po napisaniu 20 stron (z których jestem bardzo dumna) mam lekkie zmęczenie materiału jeśli chodzi o jakakolwiek analizę spektaklu. ;)
Niemniej jednak obiecałam, że napiszę recenzję po ostatnim spektaklu La Légende du Roi Arthur w Paryżu, tak więc oto i ona.

Król Artur (Florent Mothe) i jego magiczny sługa - Jeleń (Brahem Aïache).



Zacznijmy od historii...
La Légende du Roi Arthur opiera się na kilku wersjach legendy, które różnią się od siebie nie tylko czasem powstania, ale również motywami i postaciami. Najbardziej znaną wersją legend arturiańskich jest ta spisana przez Kretyna z Troi... o pardon... Krystiana z Troyes (Chrétien de Troyes). To on najdokładniej opisał Króla Artura i jego rycerzy inspirując się z krążących od dawna legend. Oczywiście jego legendy są jedną z najważniejszych podstaw dla tego musicalu, szczególnie do wątku Guenièvre i Lancelota. Jednak w tych legendach, Morgane, przyrodnia siostra Artura jest dobra. Dlatego drugiej, ważnej części inspiracji będziemy szukać w Śmierci Arthura (La Mort d'Arthur) Thomasa Malory'ego, który przedstawia wątek Morgany i Artura dokładnie tak jak w musicalu. Moim zdaniem to dosyć słuszny wybór, ponieważ przemieszanie wątków dodaje trójwymiarowości sztuce. Przy okazji chapeau bas dla twórców... Przejrzałam większość dostępnych wersji legend do mojej pracy semestralnej i myślałam, że zwariuję. ;) Dlatego oszczędzę Wam zagłebianie się w szczegóły kto z kim jak i dlaczego.

W musicalu historia zaczyna się w momencie, kiedy po śmierci Uthera Pendragona, wszyscy rycerze Bretanii stają do konkursu i próbują wyciągnąć miecz Excalibur ze skały. Oczywiście udaje się to tylko zwykłemu giermkowi o czystym sercu, Arturowi. Potem historia leci już szybko. Artur zostaje królem. Mamy wątek miłosny: Artur zakochuje się w Guenièvre. Wątek zemsty: Morgane wpada do zamku i mści się na bracie uprawiając z nim seks i zachodząc w ciążę. Wątek zdrady: Guenièvre zakochuje się w Lancelocie, najlepszym rycerzu Artura. Przy okazji Merlin odnosi porażkę, bo nie udaje mu się przywrócić pokoju w królestwie i w ogóle wszystko się wali. Kurtyna, brawa.
Ilość wątków, różnych dziwnych przeplatanek i tak dalej jest tak duża, że ciężko jest się w tym połapać jeśli ogląda się spektakl tylko raz. Ja za każdym razem odkrywałam coś nowego i jestem więcej niż pewna, że gdybym poszła jeszcze 4 i 5 raz, to znowu coś by mi się rzuciło w oczy. Tak skomplikowana historia ma swoje wady i zalety. Wadą jest chociażby to, że nie wszystkie wątki mają wystarczająco dużo czasu na scenie. To jest teatr, sceny muszą trwać, inaczej nie da się wszystkiego wyłapać. Inną wadą jest zaniedbywanie niektórych wątków czy nawet postaci na rzecz innych. W tym musicalu jeden, ważny moim zdaniem, wątek pozostaje nierozwiązany: Morgane jest w ciąży, ale słyszymy o tym tylko w pierwszym akcie, a potem cisza. W legendzie, z tego kazirodczego stosunku rodzi się syn Artura i Morgane, Mordred. Morgane wychowuje go w nienawiści do ojca i w końcu dochodzi do walki, w której Artur i Mordred zabijają się nawzajem. Wieść gminna niesie, że to tak specjalnie, bo podobno Dove Attia szykuje drugą część musicalu. Prawdę mówiąc, nie jestem przekonana do takiego sequelu, ponieważ nie wiem za bardzo na czym miałby się on opierać. Wszystkie wątki, oprócz tego ciążowego, są zamknięte. Jest tylko jeden wątek, którego w ogóle nie poruszano w spektaklu - Perceval i znalezienie Świętego Graala, a to wydaje mi się za mało jak na musical. Gdybym ja miała ogarnąć ten temat, prawdopodobnie postawiłabym na dłuższy spektakl, w którym można zawrzeć i rozwiązać wszystkie wątki.
Z kolei zaletą mnogości wątków jest wysuwanie na pierwszy plan postaci, które z założenia są tylko tłem. Siłą rzeczy ta technika świetnie sprawdza się przy produkcjach francuskich, które są promowane przez cały zespół, a nie przez głównych aktorów. Dodatkowo każda postać zyskuje trochę więcej charakteru, a podział na głównych bohaterów, postacie pierwszo- i drugoplanowe się zaciera. Widz też się nie nudzi śledząc kilka wątków jednocześnie.

Król Artur, Meleagant (Fabien Incardona) i Gauvain (Thomas Ronzeau)

Przejdźmy do artystów. Tak jak pisałam po premierze, wokaliści, z wyjątkiem Camille Lou, są najmocniejszym punktem tej produkcji. Panowie - Florent Mothe, Fabien Incardona i Charlie Boisseau - wciskają w fotel swoim wokalem. Bardzo dobrze radzą sobie również z grą, więc z przyjemnością obserwowałam jak ich interpretacja zmienia się z upływem czasu. Zaho również wciskała głosem w fotel, ale już gorzej radziła sobie z grą. Widać było, że jest piosenkarką, a nie aktorką. Trochę szkoda, bo jej postać jest najbardziej dwuznaczna i mogłaby z niej zrobić prawdziwą perełkę. Na wyróżnienie zasługuje również Tamara Fernando, którą do tej pory mogliśmy oglądać tylko we wspaniałych tanecznych solówkach. W tym musicalu powierzono jej rolę taneczno-aktorską. Leïa, którą Tamara gra w musicalu jest prawą ręką Morgane. To ona wciela w życie wszystkie diaboliczne plany swej pani. Bardzo podobało mi się jak Tamara żonglowała między postacią posłusznej służki Guenièvre a diabolicznej podwykonawczyni zemsty Morgane.
Jeśli zaś chodzi o Camille Lou... Ja wiem, że są osoby, które ją lubią, ale dla mnie ta dziewczyna ma bardzo przeciętny, słaby głos i bardzo, ale to bardzo słabo gra. Jest po prostu niewiarygodna. Mnie osobiście drażni na scenie. Gra i śpiewa dokładnie tak samo jak w 1789, Les Amants de la Bastille.  No ale gusta są różne. 

Leïa (Tamara Fernando) i Morgane (Zaho)
Nad kostiumami nie będę się zbyt długo rozwodzić, ponieważ o tym pisałam w mojej pracy semestralnej. Po bliższym przyjerzeniu się kostiumom muszę jednak odwołać to, co napisałam po premierze. W niczym nie przypominają faktycznych ubrań ze wczesnego średniowiecza. Widać kilka nawiązań, które naprowadzają delikatnie widza na epokę, w której rozgrywa się historia, ale możemy też zauważyć wiele innych odniesień, np. do strojów azjatyckich (kimona), do Starożytnego Rzymu, do comedia dell'arte i tak dalej... Poza tym stroje mają też przekazywać niektóre informacje na temat danej postaci. Bardzo podobało mi się klasyfikowanie głównych postaci poprzez kolory, które wskazują pozycję społeczną lub cechy charakteru dalej postaci, np. w kostiumach Artura dominuje czerwień, która symbolizuje miłość i władzę, w kostiumach Lancelota biel - niewinność (tylko rycerz o czystym sercu może znaleźć Świętego Graala), a Guenièvre to coś pomiędzy zielenią (świeżość, niewinność) a żółcią (zdrada). Kostiumy same w sobie są dosyć bajkowe i bardzo dobrze wpisują się w magiczną, legendarną konwencję spektaklu.

Rycerze Okrągłego Stołu.
Tak jak przy kostiumach, tak i tutaj muszę przyznać, że jednak te ekrany, na które tak narzekałam po premierze, mnie przekonały. Kiedy 13 listopada zawitałam ponownie w Palais de Congres, miałam okazję podziwiać spektakl z zupełnie innej perspektywy niż podczas premiery, a co za tym idzie, mogłam zobaczyć jak animacje zastępujące scenografię wpisują się w całość. Byłam bardzo mile zaskoczona, żeby nie powiedzieć oczarowana, ponieważ animacje okazały się bardzo przyzwoicie zrobione i wcale tak bardzo nie raziły. Powiem więcej: sprawiały, że niektóre sceny były o wiele ładniejsze, bardziej fantazyjne. Poczułam wtedy tę magię, o której mówił Dove Attia w wywiadach. Dlatego też nie przeszkadzał mi brak większej scenografii - animacje robiły za wszystko.

Początek drugiego aktu: Dors, Morgane, dors.
Muzyka jest najmocniejszym punktem każdego musicalu. Jak już wcześniej pisałam, musicale Dove'a Attia są specyficzne, ponieważ w założeniu jest to album z piosenkami, do którego jest dorabiany spektakl. Dlatego sam album musi być dobry. Jeśli śledzicie mojego bloga, to wiecie, że przyglądałam się tej produkcji na długo przed tym jak weszła na deski - przyciągnęły mnie do tego piosenki, które spodobały mi się praktycznie od pierwszego słuchania, co nie zdarza mi się często.
Na szczęście, wersja na żywo mnie nie zawiodła. Nawet jeśli wyobrażałam sobie niektóre sceny inaczej, w innym momencie spektaklu i tak dalej... to muszę przyznać, że pomysły Giuliano Peparini też przypadły mi do gustu. Może momentami było zbyt bajkowo, ale przecież fajnie jest czasami zachwycić się jak dziecko, nie?
Jeśli chodzi o moje ulubione momenty, to muszę wyróżnić na pierwszym miejscu instrumentalne utwory. Nigdy specjalnie za nimi nie przepadałam w innych produkcjach, jednak tutaj są dosyć ciekawe i bardzo przyjemnie się ich słucha. Niemniej jednak ciężko jest je wyłapać podczas spektaklu, co również jest na plus, ponieważ nie mamy wrażenia, że utwór instrumentalny to tylko zapchaj dziura, dzięki której ktoś może się przebrać albo technicy mogą zmienić scenografię. Moje ulubione to L'Ouverture d'Excalibur (Uwertura) oraz Le chant du dragon.
Innymi mocnymi punktami zarówno na płycie jak i w spektaklu są Quelque chose de magique, które na początku mnie zawiodło, dopóki nie zobaczyłam pełnej scenografii; Tu vas le payer - świetna scena zemsty Morgane; Si je te promets, który jest moim absolutnym numerem 1 - to moja ulubiona scena; Auprès d'un autre - scena końcowa, którą wyobrażałam sobie inaczej, ale która razem z Si je te promets tworzą idealne zakończenia aktów.
Trochę szkoda, że reżyser potraktował po macoszemu Dors, Morgane, dors - ta piosenka miała wielki potencjał, jednak z moim odczuciu Peparini nie poświęcił jej wystarczająco dużo czasu.

Okrągły stół i jego rycerze.
Podsumowując jest to bardzo dobry musical. Bardzo bałam się, że mnie zawiedzie, bo miałam wrażenie, że Dove Attia popada w lekką rutynę, a 1789 Les Amants de la Bastille w reżyserii Giuliano Peparini nie powalało. Na szczęście stało się inaczej.
Cieszę się, że mogłam śledzić tę produkcję przez te kilka miesięcy i wyrobić sobie o niej opinię, która jest podparta czymś więcej niż nagraniem na DVD czy jednym spektaklem. Miałam okazję zobaczyć jak spektakl ewoluuje, jak się zmienia i jak artyści dorastają razem z nim.
Mam nadzieję, że La Légende du Roi Arthur wróci jeszcze do Paryża. Na razie możecie ją zobaczyć w tournée z całej Francji, Belgii i Szwajcarii, więc jeśli macie możliwość wybrać się chociaż raz do któregoś z miast na długiej liście tournée, to nie wahajcie się ani chwili. Jeśli zaś nie możecie obejrzeć spektaklu na żywo to mam dla Was dobrą wiadomość: pod koniec tego roku wyjdzie DVD ze spektaklu. Musical został również nagrany w wersji 3D, więc pewnie możemy się spodziewać seansów z kinach.

Tymczasem... Longue vie au Roi ! - Niech żyje Król!

Finał